Klęska Jana Karskiego

Polska Kasandra
Rozmowa z Yannickiem Haenelem, francuskim pisarzem, autorem powieści „Jan Karski”
Yannick Heanel, autor książki Jan Karski
SIPA PRESS/EAST NEWS

Yannick Heanel, autor książki Jan Karski

Jan Karski, 1997 r.
Forum

Jan Karski, 1997 r.

Na okładce książki Haenela widnieje napis: powieść. Lecz to powieść nietypowa. Dwie pierwsze części przypominają raczej esej lub scenariusz filmu dokumentalnego – pierwsza poświęcona jest czterdziestominutowemu wywiadowi z Karskim w filmie „Shoah” Claude’a Lanzmanna, druga streszcza pamiętniki Karskiego wydane pod koniec wojny. Trzecia, prawdziwie powieściowa, jest próbą zgłębienia tego, co Karski myślał lub przeżył po zakończeniu wojny, kiedy wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Książka Haenela wywołała we Francji dyskusję w prasie i w kręgach uniwersyteckich o roli Polaków w czasie drugiej wojny światowej. Pisarz otrzymał za nią prestiżową nagrodę Interallié. Dwa wydania świadectwa Karskiego, spisanego w 1944 r., z obszernym aparatem krytycznym, znajdą się za kilka dni we francuskich księgarniach. W przeciągu kilku miesięcy Karski stał się najbardziej znanym Polakiem nad Sekwaną.

MAJA SZYMANOWSKA: – Dlaczego francuski pisarz z Bretanii poświęcił książkę katolickiemu bohaterowi, który jako jeden z pierwszych próbował powiadomić świat o dokonującej się na terenie Polski zagładzie Żydów przez hitlerowców?

YANNICK HAENEL: – Z Polską nie mam wiele wspólnego, chociaż spędziłem tu kilka tygodni i jeden wątek mojej poprzedniej powieści – „Le Cercle” (Krąg) – umieściłem w Polsce. Nie jestem potomkiem żadnego katolickiego emigranta, który chciałby zmienić francuskie pojęcie (mgliste i nie zawsze przychylne) o Polakach wobec Zagłady. Nie chciałem napisać książki na cześć pewnej wizji Polski. Instynkt powieściopisarza podpowiadał mi, żeby nie dawać wiary stereotypom o Polakach antysemitach. Zupełnie bezwiednie napisałem książkę, która może być interpretowana jako rehabilitacja polskiego ruchu oporu, o którym we Francji mało kto wie. Nie było to moim zamiarem, ale w pewnym sensie miło mi, że moja książka może być interpretowana w ten sposób. Dzięki Karskiemu odkryłem Polskę filosemicką…

Pierwszy raz zobaczył pan Jana Karskiego w filmie Claude’a Lanzmanna „Shoah”, krytykowanym w Polsce za wydźwięk antypolski.

Trudno zamknąć film Lanzmanna w dwóch słowach. Tyle już wywołał debat w Polsce i we Francji. Wybór podczas montażu sprawił, że zachowały się wyłącznie gesty antysemickie. Sama rozmowa z Karskim jest pod tym względem znacząca. Wywiad nagrany przez Lanzmanna w 1978 r. był dużo dłuższy niż wersja zachowana w filmie. W trakcie montażu Lanzmann musiał dokonać wyboru (jego film i tak trwa ponad dziewięć godzin) i wolał skoncentrować się na opisie getta i obozu, niż zachować np. passus o milczeniu aliantów i o tym, że nikt nie chciał słuchać Karskiego, kiedy ten próbował przekazać jako kurier podziemia wiadomości o Zagładzie. Oczywiście, wśród Polaków byli antysemici, ale byli też tacy, którzy Żydów ratowali.

Jednak to prawda, to film Lanzmanna zwrócił moją uwagę na Karskiego.

Pierwszy rozdział pana książki to analiza wypowiedzi Karskiego przed kamerą Lanzmanna. Przytoczę tu początek powieści: „Pod koniec filmu mężczyzna próbuje coś powiedzieć, ale nie może. Ma koło sześćdziesiątki i mówi po angielsku; wysoki, chudy, ma na sobie elegancki szaro-niebieski garnitur. (...). Mówi: »powracam 35 lat wstecz«, potem od razu ogarnięty paniką, oddycha głęboko, jego ręce drżą: »Nie, nie powracam..., nie…, nie«. Łka, chowa twarz, nagle wstaje i opuszcza kadr. Kamera go szuka. Kiedy wraca na swoje miejsce, jego nazwisko pokazuje się na ekranie: »JAN KARSKI (USA)«. A potem, w momencie, kiedy siada: »Dawny kurier polskiego rządu na wygnaniu«. Jego oczy są bardzo niebieskie, pełne łez. »Jestem gotów«, mówi”.

Jego niemoc, jego ból od razu przykuły moją uwagę. Ale jeszcze bardziej zainteresowało mnie to, czego dowiedziałem się później, a czego w filmie nie było widać. Zacząłem gromadzić olbrzymią dokumentację na temat Karskiego i uderzyły mnie trudności, które musiał pokonać, których nie udało mu się pokonać, aby przekazać to, co widział. Coraz bardziej fascynowała mnie jego podwójna wiedza: wiedza o Zagładzie, ale szczególnie wiedza o pasywności aliantów, wiedza o własnej klęsce jako kuriera. Nikt nie wysłuchał Kasandry. To mnie dotknęło najbardziej: nie tyle fakt, że Jan Karski był jednym ze świadków naocznych przerażającej rzeczywistości getta warszawskiego, ale pasywność aliantów. Zadałem sobie pytanie: jak żyć, kiedy jest się świadkiem horroru, o którym nikt nie chce słyszeć? Interesowało mnie szczególnie jego milczenie po publikacji książki z jego świadectwem, milczenie, które trwało od 1945 do 1970 r.

Oto jak przemawia Karski w pana książce: „Niedawno, podczas pobytu w Jerozolimie, pewien rabin spytał mnie, co tak naprawdę dla mnie znaczy bycie Polakiem. Odpowiedziałem, że Polak znaczy dla mnie ruch oporu i że bycie Polakiem znaczy bycie przeciwko wszystkim tyraniom. Polak to ktoś, kto walczył przeciwko Hitlerowi, ale też przeciwko Stalinowi. (…) Polak to ktoś, kto nie dał się złapać w sidła kłamstwa komunizmu (...). Polak jest zawsze odosobniony. To odosobnienie jest jedyną prawdziwą postawą polityczną. (...)”.

Taką miałem intuicję wobec Karskiego. Skojarzył mi się z tym obrazem Rembrandta, który opisuję w książce: malutki obrazek wiszący w Nowym Jorku, zatytułowany „Polski jeździec”. Karski partyzant, Karski kurier, Karski bohater przypominał mi elegancję postawy i pełne spokojnego wyzwania spojrzenie jeźdźca Rembrandta.

Zarzucono panu wiele nieścisłości historycznych. W pierwszym wydaniu obóz Auschwitz znalazł się o 100 km od Warszawy. Wyrzucano panu we Francji, że Karski nie jest reprezentatywny w stosunku do tego, co działo się w Polsce, zachowań Polaków…

Moja ksiażka nie jest podręcznikiem historycznym; nie chciałem napisać wyczerpującego eseju o okresie wojennym, tym bardziej nie pisałem książki o antysemityzmie. Nie mam opinii o Polsce ani w tamtym okresie, ani teraz. To jest wyłącznie literatura. Nie można mi zarzucać błędów historycznych. Wybrałem Polskę, ponieważ jest ona dla mnie, jeśli chodzi o ten okres drugiej wojny, jak czarna skrzynka, która przechowuje trudną pamięć tamtych dni.

A jednak pana Karski nie jest wyłącznie powieściowy: część pracy to streszczenie książki napisanej przez Karskiego w 1944 r.

Te pamiętniki Karskiego są ciekawe. To prawie raport wojskowy, nie ma w nich miejsca na rozważania o tym, co Karski czuł czy myślał. Poza tym wiele w nich luk lub przemilczeń związanych z okresem, w którym świadectwo pisemne Karskiego powstawało, w 1944 r., jeszcze przed końcem wojny. Nie mógł powiedzieć wszystkiego, aby nie zranić Amerykanów z jednej strony, Rosjan z drugiej. Zdecydowałem się na taką strukturę mojej książki, ponieważ musiałem przybliżyć Karskiego czytelnikowi we Francji.

Druga część mojej książki ma wymiar prawie pedagogiczny, poznawczy. Miałem skrupuły, aby pominąć to, co Karski sam powiedział czy napisał. Musiałem użyć najpierw formy reportażu, formy dokumentu, aby dotrzeć do tego, co mnie najbardziej interesowało: wizji literackiej Karskiego po wojnie. Nie chciałem mieszać czystej fikcji z formą dokumentalną, stąd trzyczęściowa struktura mojej powieści. Ten Karski po 1945 r., który wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, jest moim wymysłem; Karski, który zamilkł, ponieważ nikt go nie słuchał, Karski osamotniony, pozostawiony sam na sam z duchami przeszłości, Karski nie znajdujący spokoju ani snu.

Ta ostatnia część bardzo przeszkadzała we Francji… Posunął się pan do tezy, że proces norymberski przeciwko hitlerowcom był jedynie maskaradą, która miała zatuszować odpowiedzialność aliantów w Zagładzie… Początek wymyślonego monologu Karskiego brzmi: „Dopuściliśmy do eksterminacji Żydów. Nikt jej nie próbował powstrzymać, nikt nie chciał spróbować. (…) Jak świat, który dopuścił do Zagłady, może nazywać się wolnym światem? Jak może utrzymywać, że cokolwiek wygrał? Nie było zwycięzców w 1945 r., byli tylko współwinni i kłamcy”.

Mój Karski przeszkadza we Francji, ponieważ wolimy przemilczeć nasze zachodnie przypadłości. Portret Karskiego po 1945 r., który kreślę, obnaża antysemityzm Zachodu. Nie ma tylko antysemityzmu polskiego, jest też antysemityzm amerykański, francuski, rosyjski. Znam historyków, którzy nie dopuszczają myśli, że Stany Zjednoczone mogą być czymś innym niż krajem wyłącznie niewinnym i bohaterskim, który przyniósł wolność i zwycięstwo. To zaślepienie nie jest dziś tak silne jak w latach 50., ale wciąż istnieje. W Polsce oczywiście recepcja mojej książki może być zupełnie inna...

Mówi pan, że nikt nie słuchał Karskiego, ale jego książka „The story of the secret state”, wydana w 1944 r. w Stanach, a we Francji w 1949 r. pod tytułem „Mon témoignage devant le monde”, w swoim czasie była bestsellerem, sprzedała się w samych Stanach w nakładzie 300 tys. egzemplarzy.

To jest ironia losu. Książka Karskiego była sukcesem wydawniczym. Nikt nie próbował zamknąć Karskiemu ust. Nikt go nie cenzurował. Ale też żaden historyk nie zainteresował się bliżej jego świadectwem. To pytanie mnie nurtowało: czy i w jaki sposób prawda przez nas wypowiedziana może zmienić świat? Wymiar tragiczny losu Karskiego polega na tym, że tak naprawdę słuchano go, przyjmowano, wysłuchiwano grzecznie, ze zrozumieniem, czasem tylko kręcąc głową z niedowierzaniem. Ale to nic nie zmieniło. Wysłuchiwano go, ale go nie słyszano.

To jest istota naszego współczesnego świata. Wszystko jest wypowiedziane. Nic nie jest utajnione. Nie ma dziś cenzury. Informacja jest dostępna w każdej chwili. Ale nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość. Dlatego poruszam poprzez postać Karskiego problem sumienia. Przykład Karskiego pokazuje dobitnie i w sposób okrutny, że nie można poruszyć sumienia świata (jak o to proszą Żydzi spotkani w getcie). Sumienie świata nie istnieje; świat cierpi na głuchotę. Ale może trzeba czasu, żeby ten głos Karskiego został usłyszany, dotarł do świadomości? Wierzę, że właśnie teraz przyszedł czas zastanowienia nad Zagładą, nad postawą Zachodu wobec Zagłady.

Do tego rachunku sumienia nie wystarczy jedynie historia, archiwa, dokumenty. Według mnie literatura może odgrywać rolę takiego przekaźnika. Na pytanie, które umieściłem na początku mojej powieści, sformułowane przez Paula Celana: „Kto świadczy za świadka?”, może mam początek odpowiedzi: świadczy literatura, fikcja, powieść i ci, którzy zaczynają pisać na te trudne tematy. Jestem przekonany, że to nie praca historyka, ale literatura pozwala naprawdę poznać człowieka.

Maja Szymanowska była długoletnią korespondentką tygodnika „Le Point” w Warszawie.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną