Atakują Rosjanie i Marsjanie
Świat obiegły niedawno informacje o panice w Gruzji wywołanej inscenizowaną telewizyjną relacją o rosyjskiej inwazji. To nie pierwsza tego typu historia. Fantazjom mediów nie oparli się też Amerykanie, Francuzi i Belgowie.

W sobotę 13 marca, w porze wieczornych wiadomości, Imedi, jeden z większych kanałów gruzińskiej telewizji, wyemitował fikcyjną relację pokazującą rozpoczęcie rosyjskiej inwazji na Gruzję. Przed kamerami zasiadł popularny prezenter, a na ekranie pojawiły się obrazy bombardowań. Podana na początku wiadomość, że to dziennikarska symulacja, właściwie umknęła widzom, nie mówiąc o tych, którzy włączyli odbiorniki w trakcie programu. Mieli prawo być przekonani, że pokazywane wydarzenia dzieją się naprawdę i że zaraz także na nich spadną bomby.

Program zaczął się od wiadomości o zamordowaniu prezydenta separatystycznej Osetii Południowej Eduarda Kokojty. Pokazano rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, który o zamach oskarżył Gruzinów, jego słowa przetłumaczono: „Saakaszwili to terrorysta. Musimy uwolnić od niego Gruzję”. Wyglądający na zdenerwowanego prezenter donosił o sporadycznych walkach na ulicach Tbilisi i rosyjskich bombardowaniach. Widzom pokazano kolumny rosyjskich czołgów i atakujące samoloty (Imedi wykorzystała zdjęcia z wojny z 2008 r. między Rosją a Gruzją o Osetię Południową). Następnie powiadomiono o ewakuacji rządu oraz prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego, a w chwilę później o jego śmierci i utworzeniu nowego rządu z opozycjonistką Nino Burdżanadze na czele. Program trwał pół godziny i po doniesieniach „o straszliwych bombardowaniach lotnisk i portów Gruzji” telewizja poinformowała, że nadała tylko specjalny reportaż o potencjalnie możliwym przebiegu zdarzeń.

W trakcie emisji w Gruzji doszło do paniki. Strachem można się zarazić szybciej niż grypą. Na ogół infekcja rozchodzi się w dół hierarchii społecznej, od osób posiadających autorytet, uchodzących za dobrze poinformowane. Stąd taka rola w powstawaniu paniki, np. dziennikarzy, naukowców, kapłanów.

W Tbilisi padła przeciążona sieć komórkowa. Podobno niektórzy dostali ataku serca, agencje doniosły o jednym zgonie z tego powodu. Część mieszkańców rzuciła się do sklepów robić zapasy. Pod stacjami benzynowymi i bankomatami ustawiły się kolejki. Z wiosek położonych przy granicy z Osetią Południową zaczęli uciekać ludzie.

W prawdziwość doniesień uwierzyli nawet eksperci. W „Christian Science Monitor” Shorena Lortkipanidze, pracująca dla think tanku Center for Conflict and Negotiation w Tbilisi, przyznała: „Wszystko wydawało się tak realistyczne, że nie wątpiłam, że to prawda”. Sobotni wieczór spędziła w swoim mieszkaniu z trójką dzieci, z przerażeniem oglądając doniesienia o rzekomej inwazji.

Gdy do wszystkich dotarło, że dali się nabrać, ludzi ogarnęła wściekłość. Pod budynkiem telewizji zaczął gromadzić się tłum. Gruzini wygrażali Imedi i osobiście Saakaszwilemu, którego część osób oskarżyła o inspirację i chęć zastraszenia obywateli. Nino Burdżanadze, liderka gruzińskiej opozycji, z oburzeniem pytała: „Czy wyobrażacie sobie kraj, w którym można zrobić coś takiego?”. Warto na to pytanie odpowiedzieć. Nie ma potrzeby używać wyobraźni, wystarczy sięgnąć do nie tak odległej historii.

Desant kosmitów

Najsłynniejsza jest erupcja strachu, jaka wybuchła w USA po nadaniu przez radio w noc Halloween 1938 r. słuchowiska według „Wojny światów” Wellesa. Przypomnijmy. O ósmej wieczorem 30 października sławny Orson Welles z grupą innych aktorów zajął miejsce przed mikrofonami studia CBS w Nowym Jorku. Jego talent dramatyczny i aktorski w połączeniu z doskonałym tekstem dał piorunujący efekt. W ciągu kilku następnych godzin wielu ludzi, od stanu Main po Kalifornię, umierało ze strachu wierząc, że armia potworów z kosmosu dokonuje apokaliptycznego zniszczenia. Tysiące wpadły w panikę.

Na wstępie uważni słuchacze mogli się dowiedzieć, że mają do czynienia z przedstawieniem teatru radiowego. Najpierw przemówił Orson Welles, później były hiszpańskie rytmy, które nagle zostały przerwane: „Panie i panowie, przerywamy nasz program muzyki tanecznej, żeby przedstawić wam specjalne doniesienie z Intercontinental Radio News. O godzinie siódmej czterdzieści czasu centralnego prof. Farrel z Obserwatorium Mount Jennings w Chicago poinformował o zaobserwowaniu licznych eksplozji żarzącego się gazu, następujących w regularnych odstępach na planecie Mars”.

Później nastąpił ciąg dziennikarskich rozmów z naukowcami na temat prawdopodobieństwa życia na Marsie. I kolejny komunikat: „Jak nam donoszą, o godzinie ósmej pięćdziesiąt wielki, płonący obiekt, prawdopodobnie meteoryt, spadł na farmę w pobliżu Grovers Mill, w New Jersey, dwadzieścia dwie mile od Trenton”. Znów był swing, a po nim seria różnych komunikatów i doniesień z frontu walki z Obcymi, z minuty na minutę coraz bardziej dramatycznych.

Słuchowisko trwało godzinę. Nim się skończyło – w całych Stanach modlono się, ludzie płakali, uciekali w panice z domów. Posiadacze telefonów ostrzegali krewnych, wzywali pogotowie i policję. Przynajmniej 6 mln słuchało audycji, co najmniej 1,7 mln potraktowało ją jako rodzaj wiadomości radiowych, około 1,2 mln się przeraziło. Amerykański socjolog Hadley Cantril nie miał wątpliwości, że „była to ogólnonarodowa panika”.

Zespół przez niego kierowany postawił sobie za cel wyjaśnienie genezy wybuchu masowego strachu. Ponieważ panika powstaje w wyniku błędnej oceny sytuacji, Cantril uznał, że trzeba znaleźć czynniki, które spowodowały, że część słuchaczy oceniła audycję prawidłowo jako sztukę radiową. Pomogła im w tym umiejętność krytycznego myślenia, którą zwykle zdobywa się, pokonując kolejne szczeble edukacji. Badania ankietowe pokazały, że wraz ze wzrostem wykształcenia malała liczba osób, które uwierzyły, że słuchają prawdziwych wiadomości radiowych.

Inny czynnik to bieda. Osoby o niższych dochodach bardziej były skłonne traktować sztukę Wellesa jako wiadomości radiowe niż lepiej zarabiający. Autorzy nie znaleźli jednego czynnika psychologicznego, który odpowiadałby za zachowania panikarskie. Na podstawie wywiadów z osobami, które wpadły w panikę po wysłuchaniu „Wojny światów”, stwierdzili, że bardziej zasadne jest mówienie o całym kompleksie psychicznych nawarstwień. Należały do nich: poczucie braku bezpieczeństwa, fobie, lęki, brak pewności siebie, fatalizm, religijność, częste chodzenie do kościoła.

Był jeszcze jeden czynnik – ogólna atmosfera lęku. Gdy nadawano „Wojnę światów”, od dłuższego czasu wiele społecznych norm znajdowało się w stanie nieustannej zmiany. Niepewność stworzył Wielki Kryzys. Nowy strach („War scare”) przynosiły doniesienia z Europy i Azji o nadciągającej wojnie.

Żart atomowy

Myliłyby się, kto by sądził, że zachodni Europejczycy są wolni od tego typu reakcji. 4 lutego 1946 r. Radio Francuskie, po wieczornym programie informacyjnym „Ce Soir en France”, bez zapowiedzi, że rozpoczyna słuchowisko radiowe, nadało wypowiedź rzekomego profesora, specjalisty od badań jądrowych. Omówił on znaczenie Projektu Manhattan i ostrzegł przed zagładą świata, do jakiej może dojść w efekcie przyciśnięcia jednego małego guzika. Powiedział także o prowadzonych testach nad rozpadem jądrowym. Miały być pierwsze ofiary tych prób: w Kanadzie i na Syberii. Jednocześnie ostrzegł, że mogą nastąpić podziemne wstrząsy, pojawią się błyski na niebie, urządzenia elektryczne będą źle działały.

Przez następne 30 minut programu słuchacze byli bombardowani dramatycznymi komunikatami o awariach sprzętu i śmiertelnych wypadkach, a także o gigantycznej fali nadciągającej w kierunku Europy przez Atlantyk, trzęsieniach ziemi i pożarach zagrażających Paryżowi. Na koniec także francuskie radio uległo katastrofie. Słychać było dźwięki stającego w płomieniach studia, okrzyki ludzi. Później zaległa cisza.

Po krótkiej przerwie „profesor” oznajmił, że to był żart. Jak się okazało, część słuchaczy rzecz całą potraktowała śmiertelnie serio. Niektóre teatry przerwały przedstawienia, przy odbiornikach płakały dzieci, ponoć doszło do poronień i ataków serca. Były przypadki obłędu oraz samobójstw. Podczas nadawania audycji komisariaty policji, a także redakcje gazet, zostały zasypane wezwaniami o pomoc.

Do paniki z pewnością by nie doszło, gdyby nie olbrzymi kapitał zaufania, jakim cieszyło się wówczas radio. Ważniejszy był jednak stan emocjonalny mieszkańców Francji. Łatwiej wpadają w panikę osoby „po przejściach”, żyjące w czasach niepewnych, kryzysowych. Zrzucenie przez Amerykanów bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r. wywołało olbrzymie wrażenie. Prasa pisała o tym bezustannie.

Gazety nad Wisłą z lubością i wyższością rozpisywały się o paryskich imaginacjach: „Paryż oszalał!”. Miesiąc później Polacy sami wpadli w panikę. Bez wątpienia widać w niej odbicie wojennej traumy, powojennego zagubienia, a też nadziei niektórych na trzecią wojnę, wyrażanych powiedzeniem: „Truman zrzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”.

Niewykluczone, że psychozę wojenną podsycił dekret z 30 marca 1945 r. o mobilizacji kobiet do pomocniczej służby wojskowej. Ktoś wiosną pisał z Gdyni w liście przechwyconym przez cenzurę: „Kto wie, co jeszcze z nami będzie, bo jeszcze daleko, wojna nie skończona, jedną wojnę będziemy jeszcze przeżywać”.

Przewidywano, że skoro II wojna światowa wybuchła 1 września, to również III światowa zacznie się też tego dnia, ewentualnie niewiele później, ale we wrześniu. Przez kraj przechodziły kolejne fale pogłosek. Jednak największa panika wybuchła po wystąpieniu 5 marca 1946 r. Winstona Churchilla w Westminster College w Fulton. Iskrą zapalną okazały się audycje słuchanego w Polsce Londynu, na którego falach szeroko cytowano i komentowano słynną frazę Churchilla o żelaznej kurtynie.

W Warszawie panika pod tytułem: „A więc wojna!” zaczęła się 8 marca. Zapewne coś jeszcze musiało się wydarzyć, np. przemarsz jakiejś radzieckiej jednostki wojskowej (rzecz wówczas na porządku dziennym), miasto obiegły bowiem pogłoski: „Wielkie oddziały sowieckie w Otwocku! Wawer zajęty przez wielkie siły! Olbrzymie ilości artylerii i czołgów sowieckich idą do Niemiec!”. Warszawiacy rzucili się na targowiska wykupywać ziemniaki, mąkę, cukier, sól, słoninę. Ceny podstawowych artykułów żywnościowych skoczyły o 50–100 proc. Wykupywano również ubrania, lampy naftowe, zapałki, naftę.

Pod datą 12 marca Maria Dąbrowska zapisała w swoim dzienniku: „Atmosfera jest bodaj cięższa niż w czasie Monachium (1938 r. – red.). Ale, o Boże, jak nie chciałoby się przeżywać trzeciej wojny”.

Wybuch nowego konfliktu zbrojnego miał nastąpić w ciągu trzech dni, inni mówili, że w ciągu miesiąca. W Krakowie twierdzono, że wybuch wojny będzie oznaczać koniec świata, do której to zagłady ma doprowadzić bomba atomowa. Jak czytamy w jednej z gazet: „Mieszkańcy miasta byli przekonani święcie o tym, co szeptana propaganda szerzyła. Konfesjonały w kościołach były oblężone; każdy pragnął uczynić porządek ze swym sumieniem, aby w obliczu wielkiej, grożącej wszystkim katastrofy, w wypadku śmierci stanąć przed Bogiem oczyszczonym”.

Powtarzano, że Warszawa została obsadzona przez wojska radzieckie. Inna wersja tej pogłoski mówiła, że okupowany jest Kraków bądź Poznań. W Radomiu krążyła pogłoska, że „Sowiety ustawiły na granicy artylerię i obsadziły polskie lotniska do wojny z Anglią”. W okolicach Szczecina byli ludzie, którzy twierdzili, że Amerykanie już zajęli lotniska w Turcji, stosunki dyplomatyczne między krajami anglosaskimi a ZSRR zostały zerwane, a bomby atomowe wysłane.

Z Ziem Odzyskanych zaczęli uciekać polscy osadnicy, obawiający się powrotu Niemców. Napięcie lękowe utrzymało się do końca marca.

Gdzie są sukienki?

Ale nie brakuje także przypadków całkiem współczesnych. W 2006 r. podobna do gruzińskiej prowokacja dziennikarska miała miejsce w Belgii. 13 grudnia francuskojęzyczna stacja RTBF (belgijska TV publiczna jest dwujęzyczna) ogłosiła w porze największej oglądalności rozpad państwa. Setki tysięcy Belgów dały się nabrać.

O ósmej piętnaście RTBF przerwała program. Na ekranie pojawili się znani reporterzy telewizyjni. Poinformowali setki tysięcy zaskoczonych widzów, że przed chwilą lokalny parlament flamandzkojęzycznej części kraju, Flandrii, ogłosił niepodległość prowincji, a król Albert II wojskowym samolotem uciekł z kraju. Kilku belgijskich polityków, wcześniej zaangażowanych do programu, uwiarygodniało go swoimi wypowiedziami.

– Belgia umarła! – oświadczył grobowym tonem reporter, nadając na żywo sprzed Pałacu Królewskiego w Brukseli.

Następnie na ekranie pojawili się kolejni dziennikarze z sensacyjnymi wiadomościami. Obrazy: tysiące Flamandów radujących się z uzyskanej niepodległości w Antwerpii; zatrzymania przez nowo utworzoną flamandzką straż graniczną tramwaju kursującego pomiędzy francusko- i flamandzkojęzyczną dzielnicą Brukseli.

Redakcje zostały zalane telefonami od przerażonych słuchaczy i czytelników, na kilkanaście godzin zablokowała się strona internetowa RTBF. Nawet niektórzy zagraniczni ambasadorowie zaczęli słać alarmujące depesze do swoich stolic o rozpadzie Belgii.

Yves Thiran, szef działu informacyjnego RTBF, przyznał później: „Oczywiście, przestraszyliśmy wiele osób – może więcej, niż przypuszczaliśmy”. Tłumaczył, że chodziło o ukazanie realnego niebezpieczeństwa rozpadu Belgii w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

Przygotowania do prowokacji trwały niemal dwa lata. Jakoś nikt nie zwrócił uwagi na planszę „To może nie być fikcja”, która przez sekundę mignęła tuż przed emisją programu.

Bardziej prozaiczną telewizyjną nabierankę opisuje „Polityka” z 27 maja 1972 r. w rubryce „Coś z życia”. „Telewizja nadała w piątek 12 maja w audycji »Nie tylko dla Pań« reklamę sukienek, odrzutów z eksportu, które miały się pojawić tego dnia w Domach Centrum »Sawa«. Tłum pań, które zaufały masowym środkom przekazu, napierał na stoisko, złorzecząc na dziennikarzy i handlowców. Zirytowana kierowniczka stoiska złożyła trzy kolejne oświadczenia: Sukienki sprzedane wczoraj. Tłum: – Nieprawda, wieczorem sukienek nie było! Sukienki sprzedane dziś. Tłum: – Nieprawda, stoimy tu od otwarcia sklepu. I wreszcie trzecie oświadczenie, najbardziej prawdopodobne: – Szanowne Panie, ekspedientki są też kobietami różnych rozmiarów i wag, do nich także skierowana była reklama TV, a zatrudniamy ich tu mrowie. Trudno się dziwić, chyba tylko paniom z redakcji telewizyjnej, które znając magiczne działanie TV narażają nas na frustrację”.

 

Autor korzystał m.in. z publikacji Hadley Cantril, „The Invasion from Mars. A Study the Psychology of Panic”, Princeton University Press, New York 1966 oraz David Pace, „Voila les atomes qui arrivent. The fear of science and the great atomic panics of 1946”, „French Cultural Studies” 1992, nr 3.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną