Wojna o pokój
Delegaci Kongresu Intelektualistów w auli Politechniki Wrocławskiej.
PAP

Delegaci Kongresu Intelektualistów w auli Politechniki Wrocławskiej.

27 sierpnia 1948 r. Od lewej: Pablo Picasso, architektka z Cejlonu Minnette De Silva, amerykanski rzezbiarz Jo Davidson i delegat z Indii, pisarz Mulk Raj Anand.
PAP

27 sierpnia 1948 r. Od lewej: Pablo Picasso, architektka z Cejlonu Minnette De Silva, amerykanski rzezbiarz Jo Davidson i delegat z Indii, pisarz Mulk Raj Anand.

Pisarz Aleksander Fadiejew zaatakował kolegów z Zachodu, czym wywołał powszechną konsternacje.
PAP

Pisarz Aleksander Fadiejew zaatakował kolegów z Zachodu, czym wywołał powszechną konsternacje.

Kongres Intelektualistów zorganizowano nie licząc się z kosztami. Nie wszystkich jednak udało się pozyskać – nie przyjechał, choć bardzo nalegano, Walter Lippman. Odmówili – karni zwykle – niektórzy komuniści. Wybitny niemiecki krytyk i profesor literatury Hans Mayer przyznał po latach, że Johannes R. Becher, wcześniej dobry ekspresjonistyczny poeta, w czasie wojny emigrant w Moskwie, a po utworzeniu NRD – minister kultury, uparł się: „Do Breslau pojadę, ale nie do Wrocławia”. Ci z Niemców, którzy przyjechali, nie kwapili się z zabraniem głosu. Oczekiwano wystąpienia Anny Seghers, ale autorka „Siódmego krzyża” jedynie przedstawiła oficjalnego mówcę delegacji, głównego ideologa partyjnego Alexandra Abuscha.

Dla polskiej delegacji Kongres był rozpaczliwą próbą odwrócenia – jak to wyraził prof. Chałasiński – śmiertelnego niebezpieczeństwa podziału Europy na „dwa wrogie obozy zwrócone przeciwko sobie oraz całkowitego zniszczenia kultury europejskiej”. Dla Moskwy – akcją propagandową przeciwko amerykańskiej bombie atomowej i pokazaniem pięści. Borejsza opowiadał potem, że radzieccy delegaci uprzedzili go: „Mamy tu do przeprowadzenia kroki trudne i niezbędne. To bagno. Musimy je oczyścić. Nie przyjechaliśmy tu z misją rozjemczą”.

Mokrą robotę na samym początku Kongresu wykonał Aleksander Fadiejew. Zebranym rzucił w twarz: „Nie jesteście pod jarzmem niemieckim tylko dlatego, że miliony żołnierzy radzieckich przelało za was krew”. Oskarżył „amerykańskich imperialistów” o tworzenie reżimów na wzór hitlerowskiego i przygotowywanie nowej wojny. A zachodnich intelektualistów o dekadencję. Jego zdanie przeszło do historii: „...gdyby hieny umiały władać piórem, to to, co by tworzyły, przypominałoby z pewnością książki Millerów, Eliotów, Malraux i innych Sartre’ów...”. Jak w latach 30. tak i teraz atak stalinowskich ideologów był wymierzony nie tyle w pisarzy prawicowych, ile w tych „towarzyszy podróży” socjalizmu, którzy wymykali się spod kontroli Moskwy.

Groziło zerwanie Kongresu. Skoro się zbliża wojna, to fronty, również wśród intelektualistów, mają być tak jasne jak w 1914 r. Atak na Sartre’a i Malraux – we Francji autorytety moralne – wywołał konsternację. I oburzone repliki. Julien Benda w przerwie wypytywał Erenburga, dlaczego nikt mu nie chce powiedzieć, co się stało z jego znajomymi Bablem i Kolcowem – ofiarami czystek 1937 r. A brytyjski historyk Tylor odpowiedział Fadiejewowi publicznie, że zadaniem intelektualistów jest głoszenie tolerancji i zgody, a nie nienawiści, podczas gdy „tu się głosi wojnę, a nie pokój”, i przypomniał, że w 1939 r. to Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Hitlerowi w obronie Polski. Podobnie wypowiadali się Huxley i Stapledon: Nie zakładajmy, że absolutna prawda leży tylko po jednej stronie. Starajmy się lepiej zbliżyć do siebie. A Max Frisch krótko: Nie jestem ani za pokojem radzieckim, ani amerykańskim, lecz za pokojem w ogóle. Fadiejew, gdy zachodni intelektualiści mu replikowali, demonstracyjnie zdejmował słuchawki. Huxley, Taylor i kilku innych wyjechało z Wrocławia.

Francuska dziennikarka Dominique Desanti zanotowała, że w czasie wystąpienia Fadiejewa Borejsza przypominał zasztyletowanego akrobatę. Katastrofę zerwania Kongresu odwrócił Jakub Berman, który zadzwonił do Mołotowa z prośbą o interwencję. Mołotow się ociągał, ale w końcu zapewne wpłynął na Fadiejewa, bo w następnych dniach ton delegacji radzieckiej złagodniał.

Nie był to jedyny zgrzyt na Kongresie. Polskim organizatorom szczególnie zależało na przyjeździe Einsteina. Nie przyjechał, ale przysłał list i orędzie, w którym dla dobra pokoju domagał się rewolucyjnych przemian w polityce międzynarodowej – państwa powinny zajmować się głównie polityką wewnętrzną, natomiast międzynarodową, w tym również kontrolą nad bronią atomową, powinny się zająć instancje międzynarodowe zdolne rozwiązywać konflikty. Taki szkic rządu światowego był kompletnie sprzeczny z celami Kremla, który lada chwila miał obwieścić światu, że również dysponuje bombą atomową. A zresztą w warunkach rozpędzającej się zimnej wojny był całkowicie utopijny. Toteż we Wrocławiu odczytano jedynie list Einsteina i obiecano, że jego orędzie ukaże się w materiałach kongresowych. Ukazało się, ale... w „New York Timesie”. W Polsce opublikowała je dopiero w lipcu 1980 r. POLITYKA.

Po Kongresie pozostał w Polsce gołąbek pokoju naszkicowany przez Picassa w restauracji wrocławskiego hotelu Monopol, jego ceramika oraz dykteryjka o tym, jak to w czasie kolacji najpierw zdjął marynarkę, potem krawat, a w końcu i koszulę prezentując efektowny nagi tors. Pozostała pamięć o brutalnej napaści Fadiejewa na zachodnich intelektualistów: „Nie ulega wątpliwości, że Kongres nie był skierowany przeciwko wojnie w ogóle, ale przeciwko ewentualnemu wybuchowi wojny amerykańsko-rosyjskiej teraz, w tej chwili, kiedy wojna jest dla Rosji niedogodna. (...) Kongres ten jest tylko dowodem, że Rosja nie ma jeszcze bomby atomowej (choć nie wątpię, że ją przygotowuje) i dlatego dąży do zmobilizowania wszystkich sił (...), by rozkładać gotowość wojenną we wszystkich krajach prócz własnego” – zanotowała Maria Dąbrowska w „Dzienniku”. O tym dowiedzieliśmy się 35 lat po jej śmierci, gdy dziennik ujawniono opinii publicznej. Wtedy jednak skomentowała Kongres wrocławski następującymi słowami: „W czasach, kiedy wojny nie wciągały w tryby całych narodów, mogła być jeszcze mowa o jakiejś autonomiczności literatury i sztuki, o możności rozwoju tych dziedzin ducha pomimo wojny i na marginesie wojny. Dziś, wiemy dobrze, ani marzyć o tym nie można”.

Wrocław nie uratował pokoju. W 1950 r. wybuchła wojna koreańska. I znów intelektualiści po obu stronach żelaznej kurtyny stali się piewcami jedynie słusznej sprawy własnego obozu. Odpowiedzią na Kongres wrocławski było utworzenie w 1949 r. w Paryżu konkurencyjnej organizacji Kongresu w Obronie Wolności Kultury (CCF), zgromadzenia lewicowo-liberalnych intelektualistów przeciwko totalitaryzmowi. Obok Benedetta Croce, Karla Jaspersa, Bertranda Russella, François Bondy, Raymonda Arona czy Igora Strawińskiego znaleźli się w nim pisarze atakowani we Wrocławiu przez Fadiejewa i byli „towarzysze podróży” komunizmu jak Ignazio Silone.

W czerwcu 1950 r. CCF zorganizował w Berlinie Zachodnim własny zjazd, a wydawane przez Kongres pisma „Der Monat”, „Tempo presente”, „FORUM”, „Preuves” czy „Encounter” przez lata nadawały ton życiu intelektualnemu Zachodu oddziałując również na intelektualistów z Europy Środkowo-Wschodniej. Ujawnienie w latach 60. powiązań Kongresu z CIA spowodowało kryzys zaufania i rozwiązanie Kongresu w 1969 r.

Odwilż po śmierci Stalina w 1953 r., XX Zjazd KPZR w 1956 r. oraz polityka odprężenia, rozpoczęta przez Kennedy’ego i Chruszczowa kompromisem w czasie kryzysu kubańskiego, stworzyły intelektualistom europejskim nowe możliwości dialogu niezwiązanego ramami kongresów organizowanych pod dyktando ideologów partyjnych i tajnych służb.

Wraz z upadkiem żelaznej kurtyny i upadkiem komunizmu skończyło się zapewne stulecie intelektualistów jako inżynierów dusz i strażników prawd niepodważalnych. Nowe media zmieniają model kultury Zachodu. Ale kongresy kultury nadal są chętnie urządzane. Jako medialne eventy.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną