Historia

Rosyjski warszawiak

Sokrates Starynkiewicz - ojciec warszawskich wodociągów

XIX-wieczna Warszawa, skrzyżowanie ulic Trębackiej i Krakowskego Przedmieścia, widok w stronę pl. Zamkowego. XIX-wieczna Warszawa, skrzyżowanie ulic Trębackiej i Krakowskego Przedmieścia, widok w stronę pl. Zamkowego. Forum
110 lat temu zmarł prezydent Warszawy Sokrates Starynkiewicz. Miasto, które tkwiło w XVIII stuleciu, wprowadził w XX wiek.
Budowa warszawskich wodociągów, fot. Konrada Brandla z lat 1886-90.FOTOPOLSKA Budowa warszawskich wodociągów, fot. Konrada Brandla z lat 1886-90.
Sokrates Starynkiewicz przez 17 lat pełnił obowiązki prezydenta Warszawy.Forum Sokrates Starynkiewicz przez 17 lat pełnił obowiązki prezydenta Warszawy.

Gdy w grudniu 1875 r. pojawił się w Warszawie, przyjęto go z chłodną obojętnością. Rodowity Rosjanin, do tego w znienawidzonym generalskim mundurze – stanowczo nie była to w oczach Polaków pożądana rekomendacja. Upłynęło trochę czasu i prezydent Sokrates Starynkiewicz stał się jedną z najbardziej szanowanych i popularnych postaci w Warszawie.

Starynkiewicz traktował swój urząd jako służbę społeczeństwu. Prus w jednej z „Kronik” nazwał go człowiekiem honoru i uczciwości. I była to powszechna opinia. W ciągu 17 lat jego prezydentury Warszawa dokonała prawdziwego skoku cywilizacyjnego. Z zaniedbanego, niechlujnego miasta o przestarzałej infrastrukturze i prowincjonalnym wyglądzie przeobraziła się w nowoczesną metropolię. „Starynkiewicz – napisała historyk Anna Słoniowa – zastał Warszawę w gruncie rzeczy osiemnastowieczną, a zostawił dwudziestowieczną”.

Dżuma na ratunek

Gdy pan Ignacy Rzecki miał do załatwienia „pilne interesa” na mieście, przywoływał dorożkę. W ówczesnej Warszawie była ona podstawowym środkiem komunikacji. W tym czasie mieszkańcy Berlina i Wiednia lada moment mieli przesiąść się z tramwajów konnych do elektrycznych, a londyńczycy – jako pierwsi na świecie – już od lat jeździli metrem.

Warszawa, w której bujnie kwitło życie umysłowe, kulturalne i towarzyskie, która przyjmowała sławnych europejskich artystów, gdzie teatry były zawsze pełne, a restauracje pustoszały dopiero nad ranem, ta właśnie Warszawa, snobująca się na Paryż Północy, pod względem miejskich udogodnień, warunków sanitarnych, estetyki, ciągnęła się w ogonie Europy. Jezdnie brukowane kocimi łbami, błoto na ulicach, wieczorami egipskie ciemności. I okropne, cuchnące rynsztoki… Nieszczelnymi kanałami nieczystości odprowadzane były do Wisły i wypływały niedaleko miejsca, gdzie pobierał wodę miejski wodociąg. Wody zresztą było o wiele za mało w stosunku do potrzeb miasta, nie mówiąc już o jej fatalnej jakości.

Starynkiewicz postanowił rozpocząć modernizację Warszawy od wprowadzenia kanalizacji i rozbudowy sieci wodociągowej. Ale najpierw trzeba było uzyskać zgodę odpowiednich czynników w Petersburgu, co wymagało nie lada starań. Zarząd miasta zamówił wstępny projekt u Williama Lindleya, angielskiego inżyniera, który kanalizował już Hamburg i Frankfurt i miał opinię jednego z najlepszych specjalistów w Europie. Gdy projekt kanalizacji był gotowy, Starynkiewicz uznał za stosowne poddać go publicznej dyskusji. I ściągnął na siebie lawinę. Teoretycznie wszyscy byli za kanalizacją, lecz gdy doszło do konkretów, jak zwykle wzięły górę prywatne interesy.

Lindley planował z wyobraźnią. Warszawa liczyła wówczas ok. 300 tys. mieszkańców, on zaprojektował kanalizację dla miasta półmilionowego. Podrażało to koszty, lecz w dalszej perspektywie okazało się opłacalne, co doceniły następne pokolenia. Był to wszakże wygodny pretekst, by zarzucić prezydentowi rozrzutność. Głośne protesty podnieśli właściciele kamienic, gdy dowiedzieli się, że będą musieli przyłączać instalacje na własny koszt. Padły wtedy argumenty o świętym prawie własności, rzekomej szkodliwości domowych klozetów dla zdrowia domowników, o stratach dla okolicznych rolników, wykorzystujących warszawskie nieczystości do nawożenia pól. Odległym echem tych sporów była wydana w 1900 r. w Krakowie broszura pod wiele mówiącym tytułem: „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”.

Starynkiewicz cierpliwie odpowiadał na zarzuty, wyjaśniał, dementował, tłumaczył. Nie wytrzymał nerwowo, gdy usłyszał pretensje, że zatrudnił Anglika, zamiast zlecić projekt któremuś z polskich inżynierów. Malkontentom odpowiedział z ironią: „Niemcy mają doskonałych techników, tyleż bez wątpienia co Polacy, a jednak nigdzie nie protestowano dlatego tylko, że Lindley jest Anglikiem, a nie Niemcem”.

Po uwzględnieniu merytorycznych uwag i wprowadzeniu poprawek projekt przesłano do Petersburga w celu zatwierdzenia. Tam utknął na dobre dwa lata. Sprawa była delikatna: Petersburg także zamierzał wprowadzić kanalizację i pertraktował w tej sprawie z Lindleyem. Z jakiej racji stolicę imperium miała wyprzedzić peryferyjna Warszawa? Prezydentowi antyszambrującemu u petersburskich dygnitarzy z nieoczekiwaną pomocą przyszła dżuma, która wybuchła w Wietlance, w guberni astrachańskiej, wywołując popłoch w Europie. Wprawdzie Warszawę od Wietlanki dzieliła spora odległość, lecz warunki do wybuchu epidemii miała znakomite. Projekt Lindleya został przyklepany. Zgodnie z umową zawartą z magistratem realizował go w imieniu ojca najstarszy syn Lindleya, William Heerlein, a potem kolejno jego dwaj bracia. Prace zakończono w 1904 r. przyłączeniem do kanalizacji Powiśla.

W służbie cara

Starynkiewiczowie legitymowali się tytułem szlacheckim, aczkolwiek było to szlachectwo świeżej daty, bo dopiero od 1834 r., nadane przez Mikołaja I. Sokrates, a właściwie Sokrat Starynkiewicz, przyszedł na świat 20 grudnia 1820 r. w Taganrogu nad Morzem Azowskim. Jego ojciec, z wykształcenia filolog klasyczny, był dyrektorem tamtejszego gimnazjum. Sokrates, najstarszy spośród dziesięciorga jego dzieci, uczył się w Instytucie Szlacheckim w Moskwie, potem studiował w petersburskiej Wyższej Szkole Artylerii, którą ukończył w stopniu podporucznika. Jako adiutant dowódcy korpusu w 1849 r. brał udział w rosyjskiej interwencji na Węgrzech, która dopomogła armii austriackiej w tłumieniu węgierskiego powstania. W stopniu kapitana walczył w wojnie krymskiej.

Od 1855 r. pełnił służbę w Głównym Sztabie I Armii w Warszawie, gdzie awansował do stopnia pułkownika. Jesienią 1861 r., na rozkaz namiestnika Królestwa Polskiego gen. Luedersa, kierował akcją pacyfikacyjną przeciwko zbuntowanym chłopom w południowej Lubelszczyźnie. „Przykre jest – napisał w raporcie – że wypadało ukarać cieleśnie siedmiu włościan, ale jeśli dzięki temu osiągnięto przywrócenie porządku w pięciu gminach, 18 wsiach i 647 osadach, ofiara ta nie wydaje się tak wielką”.

19 stycznia 1863 r. został przeniesiony do Odeskiego Okręgu Wojennego. Tam kierował kancelarią generał-gubernatora Pawła Kotzebue oraz awansował do stopnia generał-majora. Niedługo potem przyjął posadę w ministerstwie spraw wewnętrznych; w zakres jego obowiązków wchodził m.in. nadzór nad moskiewskim więzieniem, w którym przebywali polscy powstańcy wywożeni na Syberię. (Z więzienia tego w kobiecym przebraniu uciekł Jarosław Dąbrowski).

W 1868 r. Starynkiewicz został gubernatorem chersońskim. Stanowisko to sprawował przez trzy lata, po czym w wieku 51 lat przeszedł na emeryturę. Będąc w stanie spoczynku, przyjął posadę u księcia Demidowa San-Donato jako zarządca jego rozległych dóbr w guberni podolskiej i kijowskiej. Tymczasem jego dawny zwierzchnik Paweł Kotzebue został generał-gubernatorem warszawskim. I to on zgłosił kandydaturę Starynkiewicza na prezydenta miasta. W akcie nominacji jego status określono jako „pełniący obowiązki prezydenta”. I taki pozostał przez 17 lat.

Nasz Szanowny Prezydent

Choć kanalizacja pochłaniała prezydentowi najwięcej czasu i energii, nie przesłaniała mu innych problemów. W 1880 r. magistrat zawarł umowę z Belgijskim Towarzystwem Tramwajów Konnych w sprawie stworzenia sieci tramwajowej. W ciągu ośmiu lat powstało kilkanaście linii. Warszawiacy bardzo sobie chwalili ten nowy środek lokomocji. Latem tramwaje kursowały co pięć minut, zimą co osiem. Ze względu na powszechny analfabetyzm tablice nie miały numerów, lecz były oznaczane kolorami.

Poprawiło się oświetlenie ulic, powołane zostało Towarzystwo Asenizacyjne do wywożenia nieczystości, stopniowo poszerzano i brukowano ulice, zastępując kocie łby granitową kostką, później zaczęto także stosować nawierzchnie betonowe. W 1884 r. zainstalowano linie telefoniczne. Estetyka Warszawy zyskała dzięki nowym terenom zielonym. Duża była w tym zasługa działającego przy magistracie obywatelskiego Komitetu Opieki nad Plantacjami. Na placu Ujazdowskim, gdzie odbywały się zabawy ludowe (Prus upamiętnił to w „Lalce”), urządzono park. Wzdłuż ulic wyrastały szpalery drzew, wokół powstawały kwietniki i skwerki.

Warszawiacy nie tylko szanowali i cenili Starynkiewicza, ale też darzyli go sympatią. Hojnie wspierał akcje dobroczynne, miał też własnych podopiecznych, którym stale pomagał. Popularność prezydenta wśród Polaków drażniła rosyjskie władze. Cenzura nie lubiła, gdy w prasie pojawiało się określenie „Nasz Szanowny Prezydent”, i zmieniała je na formułę „Jego Ekscelencja jenerał major S.I. Starynkiewicz”.

Niełatwo układała mu się współpraca z generał-gubernatorem Hurką. Hurko, zajadły rusyfikator, niezbyt przychylnym okiem patrzył na inicjatywy Starynkiewicza i jego stosunki z Polakami. Wiosną 1892 r. przeforsował w Petersburgu decyzje, na które prezydent się nie godził. Postawiony wobec faktów dokonanych, Starynkiewicz podał się do dymisji.

Opuścił urząd, ale nie opuścił Warszawy. Nadal żył jej sprawami. Pozostawał w kontakcie z zarządem miasta i ze swym następcą Nikołajem Bibikowem. Regularnie się spotykał z Lindleyem, który mu zdawał relacje z postępu robót kanalizacyjnych. Zabierał głos w sprawach miasta, uczestniczył w różnych gremiach. Jego mieszkanie przy ul. Rysiej 5 stało dla wszystkich otworem. W Warszawie mówiono, że jest prezydentem bez urzędu.

Zmarł 23 sierpnia 1902 r. Rzadko kiedy Warszawa żegnała zmarłego z takimi honorami i z tak szczerym żalem. O wspaniałą oprawę pogrzebu postarały się zarówno rosyjskie władze, jak i przedstawiciele polskiego społeczeństwa. Zgodnie ze swym życzeniem został pochowany na cmentarzu prawosławnym na Woli. Odprowadzały go tłumy ludzi – Polaków i Rosjan.

Z inicjatywy „Gazety Lekarskiej” jeszcze za życia Starynkiewicza jego imieniem nazwano plac położony w pobliżu Stacji Filtrów. W 1907 r. na terenie Stacji Filtrów zostało odsłonięte jego popiersie dłuta Jana Woydygi. Rzeźba uległa zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Staraniem Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w 1996 r. została zrekonstruowana.

Przesyłka z Paryża

Historycy mieli ze Starynkiewiczem kłopot. Źródła, jakimi dysponowali – a były to głównie informacje pochodzące z prasy – przedstawiały prezydenta jedynie od strony jego działalności publicznej. Sfera życia prywatnego pozostawała w biografii białą kartą.

W 2000 r. w Muzeum Historycznym Warszawy została otwarta wystawa „Sankt Petersburg i Warszawa na przełomie XIX i XX w.”. Nieoczekiwanie na wystawie pojawiła się zamieszkała w Paryżu Elisabeth Starynkevich-Millet, prawnuczka generała. Była pod dużym wrażeniem zarówno bliskich związków pradziadka z Warszawą, jak i tego, że Warszawa zadbała o ocalenie pamięci o nim.

Jakiś czas po jej wyjeździe kurator wystawy, a zarazem wicedyrektor muzeum Andrzej Sołtan otrzymał z Paryża niezwykłą przesyłkę. Był to przepisany na maszynie dziennik Starynkiewicza, pamiątka rodzinna. Pisany w latach 1887–97, stanowi owo brakujące ogniwo, którego bezskutecznie poszukiwali biografowie.

Z zapisków można wyczytać, że generał był bardzo przywiązany do rodziny – żony Tatiany, zwanej Taniczką, oraz czterech synów i córki. Głęboko przeżył śmierć dwóch dorosłych synów: najstarszego Aleksandra i najmłodszego Pawła. Aleksander, świetnie zapowiadający się chirurg, pracował w warszawskim szpitalu i podczas operacji nabawił się zakażenia. Paweł zmarł na gruźlicę. Dwaj pozostali synowie poszli krańcowo różnymi drogami. Konstanty wybrał karierę wojskową, dosłużył się stopnia generała, został gubernatorem symbirskim. W 1906 r. padł ofiarą zamachu bombowego. Dymitr był anarchistą, sprzyjał rewolucji. Zmarł w 1919 r. w Rostowie nad Donem.

Najmłodsza z rodzeństwa Maria mieszkała z rodzicami. Jej stosunki z ojcem nie układały się najlepiej. Być może uważała, że zbytnio angażuje się on w sprawy publiczne i że dzieje się to kosztem rodziny, zwłaszcza w wymiarze finansowym. Zmarła w 1941 r. podczas blokady Leningradu.

Matka i córka różniły się z generałem poglądami, m.in. w odniesieniu do spraw polskich. Nie wahały się czytać jego zapisków i cenzurować je wyrywając kartki. A Starynkiewicz często i z sympatią pisał o Polakach. Był przeciwny polityce rusyfikacji i negatywnie oceniał rolę Hurki i Apuchtina (kurator warszawskiego okręgu szkolnego, zwany polakożercą). Pod ich adresem znaleźć można m.in. takie opinie: „Oto jak rosyjski patriotyzm w tępej głowie Apuchtina przynosi straszną szkodę Rosji w Królestwie Polskim”. „Okropnie ciężko słuchać narzekania Polaków na nasz rząd, bo w tych narzekaniach jest prawda”. „Rozsierdziło mnie przemianowanie ulic warszawskich na modłę rosyjską”.

Prezydent po polsku nie mówił, ale rozumiał. Na jego prośbę Polacy rozmawiali z nim w swym ojczystym języku. Miał wśród nich przyjaciół, bywał zapraszany do polskich domów, co w stosunku do Rosjan zdarzało się rzadko. Przy tym wszystkim był rosyjskim patriotą, lojalnym poddanym cara, o którym zawsze z uszanowaniem pisał „Najjaśniejszy Pan”. Lubił go Aleksander III, który podarował mu pamiątkową złotą tabakierkę wysadzaną brylantami. Generał krytykował antyrosyjskie demonstracje studentów, ale podejmował interwencje w sprawie aresztowanych.

Radykalnie nastawieni Polacy, jak dziennikarz i pisarz Antoni Zaleski, doceniając zalety Starynkiewicza, uważali go za „asymilatora”, który działał na rzecz rusyfikacji, ale robił to łagodnymi metodami. Z kolei nacjonaliści rosyjscy zarzucali mu „spolaczenie” i niedostatek narodowych uczuć.

Dziennik doczekał się dalszego ciągu. Zainspirowana nim polsko-rosyjska reżyserka Tamara Jakżyna odszukała potomków Starynkiewicza i nakręciła o tym film. Można go obejrzeć w Muzeum Historycznym Warszawy.

Korzystałam m.in. z publikacji.: Anna Słoniowa „Sokrates Starynkiewicz” (1981); Sokrates Starynkiewicz „Dziennik 1887–1897” z przedmową Stanisława Konarskiego (2005); Antoni Zaleski „Towarzystwo Warszawskie. Listy do przyjaciółki przez Baronową XYZ” (1971).

Polityka 37.2012 (2874) z dnia 12.09.2012; Historia; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Rosyjski warszawiak"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Jak kwarantanna odbije się na naszym zdrowiu

Siedzimy na huśtawce społecznej i politycznej. Z jednej strony dyscyplina sanitarna, z drugiej masowe manifestacje oraz bandyckie rozróby na ulicach. Chaos, bezładne poczynania władzy, jak zapowiedź tzw. narodowej kwarantanny, wzmacniają nasz niepokój.

Martyna Bunda, Ewa Wilk
21.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną