Historia

Nie wszystko złoto...

Finansowe afery I Rzeczpospolitej

Mennica cesarza Maksymiliana I Habsburga - drzeworyt z XVI w. Mennica cesarza Maksymiliana I Habsburga - drzeworyt z XVI w. AKG / EAST NEWS
Także Rzeczpospolitą szlachecką wstrząsały afery finansowe. W „Summariuszu umiarkowania monety” nazywano je wariacją pieniędzy.
Dukaty Zygmunta I cieszyły się w Europie znakomitą opinią.Warszawskie Centrum Numizmatyczne/Polityka Dukaty Zygmunta I cieszyły się w Europie znakomitą opinią.
Boratynka, czyli miedziany szeląg Jana Kazimierza z 1661 r.Warszaskie Centrum Numizmatyczne/materiały prasowe Boratynka, czyli miedziany szeląg Jana Kazimierza z 1661 r.
Tynf z 1665 r., wybity w bydgoskiej mennicy.Warszawskie Centrum Numizmatyczne/materiały prasowe Tynf z 1665 r., wybity w bydgoskiej mennicy.

Proceder psucia pieniądza mocno odbijał się na gospodarce kraju i ludzkich losach, z czego także w XVII w. dobrze zdawano sobie sprawę. Jak pisał pamiętnikarz Jakub Łoś, autor wspomnianego „Summariusza”: ktoś „zniży monetę jednym gramem”, czyli obniży w niej zawartość kruszcu, i namówi do tego procederu swego pana, inni uczynią to samo, i już mamy napływ na rynek marnego pieniądza.

Wartość pieniądza zależała bowiem od złota i srebra zawartego w dukatach, talarach i groszach. Po reformie menniczej Zygmunta I Jagiellona z 1527 r., a nade wszystko Stefana Batorego, 15 stycznia 1580 r., polskie złote dukaty cieszyły się w Europie znakomitą opinią. Natomiast monety o małej wartości, jak wszędzie, narażone były na fałszerstwa, spekulacje i oszustwa, którym przeciwstawiała się zdecydowana polityka ostatnich Jagiellonów, a szczególnie Batorego. Za jego panowania spadła nawet głowa magnata litewskiego Hrehorego Ościka (Ostyka), gdy udowodniono mu w 1580 r. nie tylko konszachty z gosudarem Iwanem IV, ale i zamiar bicia monety bez zezwolenia.

Wybuch wojny 30-letniej w 1618 r. był katastrofą dla Europy. Zachwiał stabilizacją pieniądza także w Rzeczpospolitej. Podczas kataklizmu tej wojny europejskiej i kryzysu gospodarczego na Zachodzie tamtejsze monety traciły na wartości. Szlachta i kupcy szukali więc solidnej waluty. Tak zaczął się wywóz z Rzeczpospolitej wartościowych polskich dukatów i talarów. W zamian ówcześni biznesmeni, mennice zagraniczne, a po części i polskie, zalewały nasz kraj monetą lichą, tylko z nazwy srebrną, a często po prostu fałszowaną.

Szlachta i bogate mieszczaństwo radziło sobie w nowej sytuacji, ale prostaczkowie nie byli w stanie odróżnić fałszywek od prawdziwych trojaków, półtoraków i groszy. Sytuację ratowało bicie w Bydgoszczy srebrnych ortów, ale gorzej rzecz się miała z najniżej stojącymi szelągami: fałszywe głównie składały się z miedzi (stąd ówczesny zwyczaj nagryzania monet, by sprawdzić, czy się nie gną). A tymi drobnymi monetami posługiwali się głównie rzemieślnicy i wieśniacy oraz gospodynie domowe na targach.

Konsekwencje rozchwiania polityki monetarnej wskutek rewolucji cen po odkryciach geograficznych, a potem wojny 30-letniej, były poważne: w miastach, gdzie głównie operowano monetą małej wartości, dochodziło do zaburzeń społecznych. Na dodatek – jak sądzi historyk Zdzisław Sadowski – Zygmunt III Waza poważnie przyczynił się do wywołania kryzysu, wzmagając działalność mennic i oddając je w prywatne ręce. Taką polityką król i jego rada mieli doprowadzić do chaosu pieniężnego i inflacji, które usiłowano opanować, zamykając mennicę koronną w 1601 r. na prawie 20 lat.

Dwór i Sejm podjęły też środki w celu zahamowania zalewu drobnej monety płynącej z zagranicy. W 1604 r. szlachta zażądała najsurowszych kar dla fałszerzy pieniędzy i finansowych oszustów, a sam monarcha przejął bezpośrednią kontrolę nad mennictwem w 1620 r. Jednakże zawrotna liczba lichej monety kursującej po Rzeczpospolitej sprawiła, że Sejm zmuszony był uchwalić zaniechanie bicia monet w mennicach koronnych poniżej talara zawierającego srebro. Zgodnie z przekonaniem, że „w którym Królestwie najwięcej złota jest i srebra, to jest najbogatsze”. Jedynie handlowy Gdańsk był przeciwny redukcji pieniędzy w obiegu: „handle słabiej tam idą, gdzie pieniędzy mniej” – dowodził XVII-wieczny ekonomista Jan Grodwagner.

Na progu panowania Jana II Kazimierza Wazy wydawało się jednak, że kryzys został opanowany. W 1650 r., po 23 latach, oprócz dukatów i talarów mennice koronne wypuściły w obieg także drobniejszą monetę. Te piękne czasy, kiedy wreszcie ukrócono spekulację walutową i fałszerstwa, przekreśliły najazdy szwedzkie i moskiewskie w 1655 r. Kraj został zrujnowany, a ponadto, nie mogąc uporać się z opłaceniem skonfederowanego wojska, domagającego się zaległego żołdu po wojnie ze Szwedami i Moskwą, dwór królewski i Sejm zdecydowały się pogorszyć zawartość kruszców w monetach. Nominalnie moneta pozostawała ta sama, realnie przedstawiała mniejszą wartość, co zresztą było typowym ratowaniem zagrożonego skarbu pod każdą szerokością geograficzną. Tym razem w Rzeczpospolitej była to operacja ogromna, ocierająca się o granice oszustwa. Sejm się na to zgodził, wyłaniając i upoważniając komisję do ułożenia się z sekretarzem króla, Włochem z pochodzenia, Tytusem-Liwiuszem Burattinim, dzierżawiącym dotąd mennicę w Krakowie.

Taka dzierżawa nawet w uczciwych rękach była żyłą złota. W zachowanym rękopisie archiwum Czartoryskich czytamy więc, że szlachta lubelska, w instrukcji z 28 marca 1661 r., twierdziła, że mincerze cudzoziemscy, a szczególnie Włosi, więcej monet ponad uchwaloną ordynację „bili na cele prywatne i powykupywali złoto i srebro”. Takich głosów o „piekielnych młotach bijących bezustannie w myńcach” było znacznie więcej. Uległ tym przekazom i podejrzeniom historyk Tadeusz Korzon w początkach XX w. sądząc, że to właśnie Burattini, zwany w Polsce Boratinim, zainicjował „legalne fałszerstwo”, to jest bicie miedzianych szelągów w Ujazdowie pod Warszawą, gdzie zatrudniano aż 100 robotników. Szlachta podejrzewała przy tym, że na każdej monecie bitej przez Boratiniego włoski dzierżawca – wedle anonimowego wywodu z 1661 r. – miał zarobić 40 proc.!

Nie było to jednak prawdą, gdyż wezwany na Sejm w 1662 r. Boratini stawił się przed sądem i wykazał swą niewinność. Sąd sejmowy orzekł, że „żadnej nie ma przyczyny, któryby cnocie i wierności jego ku usłudze Rzplitej na jedno zaprószenie oka szkodzić mogła”. Mennice zwrócono pod zarząd Boratiniego i nakazano mu bić we Lwowie drobne szelągi.

Jak obliczył ekonomista Roman Rybarski, w sumie zlecono Włochowi wybicie tej marnej monety z miedzi i nielicznych grzywien srebra na sumę 7 095 882 zł obrachunkowych, z czego skarb przejął 3 655 217 zł i 6 gr. Miała ona pokryć kilkunastomilionowe długi wojenne liczone w złotych, więc Boratini wypuścił w sumie w obieg ok. 20–30 mln szelągów, z narzuconą przez państwo przymusową wyceną 1/3 grosza lub 1/54 orta za szeląga. W rzeczywistości szelągi były warte niewiele więcej niż miedź, z której były wykonane. Ekonomia była wówczas w powijakach, ale mimo to rząd i spekulanci zdawali sobie sprawę, że proceder ten prowadzi do inflacji i rozchwiania rynku. Wybrano – jak się wydawało – mniejsze zło; za większe uważano konfederacje nieopłaconego wojska, grabiącego dobra królewskie i prywatne. Jednak to nie Boratini był tym zawirowaniom i machlojkom winien, lecz sprzeczne uchwały Sejmu, Komisji Zapłaty Wojsku i innych komisji, usiłujących opanować gigantyczny deficyt w skarbie państwa.

Kryzys dodatkowo pogłębiło wpompowanie w Polskę „cyną pobielanych” szelągów mołdawskich, bitych w Suczawie przez Grzegorza Ghicę i udających „boratynki”. Udział w tym fałszerstwie miał ponoć sam Boratini. Nie udowodniono mu jednak tego, co nie umniejszało faktu, iż „te wołoskie [mołdawskie – przyp. aut.] szelągi siła narobiły depauperacyjej, desperacyjej i srogiego zabójstwa między ludźmi”, szerząc się niepowstrzymanie po ziemiach polskich i „nie oparszy się aż o rzekę Odrę i o Morze Bałtyckie, jako owa okrutna szarańcza”. Te słowa napisał w 1662 r. Jan Chryzostom Pasek, którego również finansowo dotknęła ta afera. Szlachta domagała się głów, w tym postawienia w stan oskarżenia podskarbiego koronnego Jana Kazimierza Krasińskiego – za to, że dopuścił do rozprzestrzeniania milionów „monet wołoskich” i fałszywek zwanych klepaczami, które bili po lasach – jak pisał Andrzej Maksymilian Fredro – „Żydzi, Cygani, Wołosza”. Jednak oskarżenie tego urzędnika było bezpodstawne, „w rzeczywistości był Krasiński sumiennym podskarbim”, jak to zbadał historyk prof. Stefan Ciara.

Tym razem sejm zareagował zdecydowanie, doprowadzając do „wywołania” (a więc skupu i wycofania) z Polski aż 12 mln tych „wołoskich szelągów”. Jednakże nadal brakowało w obiegu grubego pieniądza dukatowego i talarów. Ich wartość rosła, gdyż znikały z rynku, tezauryzowane przez bogatszą szlachtę, magnatów, kupców, lub były wywożone za granicę. „Jeden kupiec 80 tys. czerwonych złotych wywiózł do swej miłej ojczyzny. Czerwonego złota w Krakowie ani nie obaczysz, a jeśli się pokaże, zaraz w szelągach 7 zł zań dadzą Żydzi” – czytamy w anonimowym traktacie z lipca 1660 r. Tymczasem dwór potrzebował pieniędzy nie tylko na opłacenie skonfederowanego wojska, ale także sojuszniczych austriackich regimentów, na odbudowę kraju straszliwie zniszczonego przez Szwedów i Moskwę oraz prowadzenie polityki zagranicznej.

W tej sytuacji każda brzytwa wydawała się dobra. Zjawił się z nią w 1663 r. doświadczony mincerz, Niemiec z pochodzenia, Andrzej Tümff (Timff), znany w Rzeczpospolitej jako Tymf (Tynf). Pochodził z Rostocku w Meklemburgii i przybył do Polski w 1650 r., otrzymując w dzierżawę mennicę w Poznaniu i Wschowie, a później w Krakowie, Bydgoszczy i Lwowie. Musiał mieć spore umiejętności i kredyt zaufania, skoro w 1660 r. został generalnym wardajnem (mincerz nadzorca), a potem superintendentem mennic koronnych. W tymże roku przedstawił komisarzom sejmowym projekt bicia monety jednozłotowej, równej 30 groszom, jako monety realnej, a nie – jak dotąd – obrachunkowej. Miała być w zamyśle autora walutą kredytową, co wyrażono w łacińskiej inskrypcji: „Ocalenie [ojczyzny] jest ważniejsze niż cena metalu”. Po drugiej stronie umieszczono łacińskie inicjały króla – ICR. Tymf i komisarze zdawali sobie sprawę, że realna wartość monety o obniżonej wartości srebra jest równa nie 30, a 12–18 groszom, czyli 1 ortowi. Chodziło jednak o pokrycie zionącej dziury w skarbie państwa.

Działalność menniczą Tymfa ograniczono do Korony, gdzie miał dostarczyć skarbowi 2 451 194 zł. Natomiast na Litwę płynęły szelągi z mennicy założonej bez zezwolenia w Oliwie koło Gdańska przez niejakiego Andrzeja Horna, który „wywoływał” (skupywał) swymi miedziakami monetę srebrną z Litwy. Tym razem sąd komisarski nie patyczkował się z oszustem i Horn został aresztowany. Okazał się jednak potrzebny do spłacenia 3 mln długu na rzecz wojska i skarbu litewskiego, więc zapewne uniknął kary.

„Złotowa moneta kredytowa” miała uratować kraj. W latach 1663–66 wybito jej aż 9 mln. Jednocześnie władze zakazały wywozu złota i srebra za granicę oraz uregulowały wartość obcych pieniędzy.

Skutki bicia marnej monety okazały się opłakane. Nie tylko zdezorganizowały rynek, ale i otworzyły drzwi oszustwom i nadużyciom. Już w 1667 r. Jan III Sobieski złościł się w liście do Marysieńki: „A co się tego plugastwa szelągów i tynfów rozlazło, niepodobna i porachować”. Zalew marnej i obcej monety był katastrofą dla państwa, gdyż dobry pieniądz znów znikał z kraju, z czego skorzystali ówcześni biznesmeni, Żydzi. Oni to – jak czytamy w instrukcji sejmiku sandomierskiego z 29 lipca 1670 r. – „dobrą monetę za granicę wywieźli”, którą powinni zapłacić pogłówne. Owszem, podatek zapłacili, ale gorszymi szelągami, wykorzystując chaos monetarny w Polsce – zżymała się szlachta.

Jednak przyganiał kocioł garnkowi – tak samo czynił Jan III Sobieski: gdy potrzebował pieniędzy, zastawiał swe czerwone złote, a płacił szelągami. Za granicą nie chciano przyjmować marnej monety polskiej: „toż szelężne mnóstwo między nami się tylko tuła, a nigdzie za granicę nie wychodzi” – czytamy w instrukcji województwa ruskiego z 29 lipca 1670 r. Tezauryzacja oraz wywóz dukatów i talarów powodowały dodatkowo, że skarb nie mógł ściągnąć z rynku wartościowych pieniędzy. W takiej sytuacji „spekulanci pieniężni zbierali żniwo” – napisał Rybarski.

Nawoływania do znalezienia sprawców pieniężnych afer, a tak naprawdę kozłów ofiarnych, były powszechne. Domagano się, by odebrać Boratiniemu indygenat (polskie szlachectwo), a nawet w odwecie „dwa śledziowce szelongów przez brzuch przetoczyć, a tym co mennice doglądają pozłote, co z Boratiniego wyjdzie, dać wypić… Tymfowi zaś, że lepszą robił monetę, pluskiew garść dać wypić”. Te grubiańskie żarty i hańbiące zarzuty wobec Boratiniego w 1667 r. – wedle ustaleń historyka Antoniego Hniłki – nie znajdują uzasadnienia. Nie sposób jednak wykluczyć, że w aferę zamieszani byli wyżsi urzędnicy państwowi: chyba nie bez powodu starosta oświęcimski na sejmie 1669 r. zarzucał, że „superintendenci pozwalali bić monetę Boratyniemu i Tymfowi ultra contractum”, w wyniku czego wybito dodatkowo kilka milionów więcej monet, które zapewne spłynęły do prywatnych kies.

Nieco inaczej rzecz się miała z Tymfem. Zarzucono mu malwersacje: trybunał skarbowy we Lwowie posądzał go o sprzeniewierzenie co najmniej 4 mln zł, co wówczas było sumą ogromną, przewyższającą znacznie roczne dochody skarbu koronnego. Tymf musiał mieć coś na sumieniu, skoro w 1667 r. zbiegł do Słupska, poza ówczesne granice Rzeczpospolitej, i nie stawił się przed sądem sejmowym, jak uczynił to Boratini. Głównym punktem oskarżenia – jak pisał historyk Adam Szelągowski – było to, że „za poradą Tynfa przebijano z dobrej monety” marne złotówki, wypuszczając „w obieg niezliczoną ilość fałszywej monety”.

Ponieważ główny kozioł ofiarny, a może rzeczywisty malwersant, zbiegł, szlachta winą obarczyła samego króla Jana Kazimierza. Jego osoba zaczęła wręcz symbolizować ciąg kryzysów Rzeczpospolitej – począwszy od wojen kozackich i moskiewskich, na szwedzkim i siedmiogrodzkim potopie oraz ustępstwach wobec księcia pruskiego skończywszy. Międląc w ręku spodlone miedziaki i widząc dumne inicjały na awersie ICR (Ioannes Casimirus Rex), szlachta tłumaczyła to po swojemu: Initium Calamitas Regni – Początek Nieszczęść Królestwa.

Spekulacje pieniądzem i podejrzenia o malwersacje głównych dzierżawców mennic miały opłakany skutek, gdyż doprowadziły do ogromnego wahania cen. Polacy jednak, nawet rzemieślnicy i wieśniacy, szybko nauczyli się obliczać ceny nie wedle nominalnej wartości monet, lecz rzeczywistej. Kursowanie niezliczonej liczby marnych monet doprowadziło w końcu do tego, że za Jana III Sobieskiego Sejm, po podwyższeniu stopy menniczej ortów, szóstaków i trojaków, nakazał zamknąć mennice. Stan ten trwał aż do połowy XVIII w. Gdy wreszcie mennictwo kruszcowe ruszyło, a monety za panowania saskich Wettynów bito w zasobnym w srebro i złoto Dreźnie, Rzeczpospolitą zalał fałszywą monetą król Fryderyk II, nienawidzący „Irokezów Północy”, czyli Polaków. Był to jeden z jego sposobów budowania potęgi pruskiego państwa i podtrzymywania permanentnego kryzysu w Polsce.

Zamieszania, kryzysów, spekulacji na rynku nie da się jednak wyjaśnić jedynie aferami, psuciem monety i napływem obcej, gorszej. Nowsze opracowania – np. Zdzisława Sadowskiego, który badał związek upadku Rzeczpospolitej z polityką pieniężną – wskazują, że powodem kryzysu był też w Polsce brak podaży srebra. Gdy go brakowało, „trzeba albo zrezygnować z bicia albo dewaluować pieniądz”. Stąd dylematy: zawieszanie pracy polskich mennic albo bicie niewiele wartych miedziaków i odpływ pieniądza kruszcowego. Jeden kryzys pociągał kolejne i afery finansowe towarzyszyć będą Polakom nawet w czasach oświecenia i pracy Komisji Rozdawniczej majątku po jezuitach. Nie bez przyczyny nazwano je wtedy komisjami rozdrapniczymi. Ale to już inna historia.

Polityka 43.2012 (2880) z dnia 24.10.2012; Historia; s. 60
Oryginalny tytuł tekstu: "Nie wszystko złoto..."
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Kompozytorki wchodzą do gry

Kiedyś mieliśmy wśród kompozytorek pojedyncze przykłady spektakularnych karier. Ale najmłodsze pokolenie idzie całą ławą, co było widoczne na jesiennych festiwalach muzyki współczesnej.

Dorota Szwarcman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną