Jeśli chodzi o polską historię, mamy dwie naczelne o niej narracje: po pierwsze, Polska była państwem bez stosów, po drugie, Polska była państwem nieposiadającym kolonii. A skoro nie paliliśmy i nie torturowaliśmy ani nie prowadziliśmy polityki podboju i eksploatacji innych ludów, to mamy czyste sumienie. Jak zwykle bywa, sprawa nie jest jednoznaczna. Przy czym niejednoznaczność dotyczy tyleż faktów historycznych, ile współczesnego ich rozumienia. By się o tym przekonać, warto sięgnąć po – wznowioną po 125 latach od pierwszego wydania – książkę Stefana Szolca-Rogozińskiego „Żegluga wzdłuż wybrzeży zachodniej Afryki”.
Autor urodził się w 1861 r. w polsko-niemieckiej rodzinie w Kaliszu, jako syn ewangelickiego przemysłowca Ludwika Scholtza i córki adwokata Malwiny Rogozińskiej. Od najmłodszych lat marzył o dalekich wyprawach, przedsiębranych w imieniu ojczyzny. Uczył się w szkole marynarki wojennej w rosyjskim Kronsztadzie. Trwający trzy lata kurs oficerski ukończył w oszałamiającym tempie – w półtora roku, dzięki czemu został oficerem w wieku 19 lat.
Podczas rejsu do Władywostoku opłynął Afrykę, ląd jawiący się mu jako wciąż niezbadany. W 1881 r. ogłosił na łamach polskojęzycznej prasy, że poszukuje środków na sfinansowanie wyprawy do Kamerunu. Dla podkreślenia jej patriotycznego charakteru spolszczył nazwisko, co poskutkowało wycofaniem wsparcia Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. W krótkim czasie opinia publiczna zaczęła wieszać na nim psy: wytykano brak doświadczenia, młody wiek, niemieckie pochodzenie, ewangelicką konfesję, rosyjską edukację… Poparło go jednak tak wielu – m.in. Henryk Sienkiewicz i Bolesław Prus – że udało się zgromadzić pewne sumy.
Ekspedycja składała się z trzech badaczy: geologa Klemensa Tomczéka, meteorologa Leopolda Janikowskiego oraz samego Szolca-Rogozińskiego.