Władza lokalna - za dużo, za mało?

Władza przyziemna
Jedni uważają, że powódź pokazała kompletną bezradność władz lokalnych, inni, że zdały trudny egzamin. Jak jest naprawdę?
Jan Remisiewicz, Armin Dörr, Toni Anett Kuchinke/PantherMedia

Sam premier Donald Tusk komentował, że w czasie powodzi zaufanie do samorządu terytorialnego okazało się nieco przesadne. Jeździł po zalanym kraju, rozmawiał z poszkodowanymi i widać było, szczególnie w pierwszych dniach kataklizmu, jak rzednie mu mina. Przed jednym z powodzian tłumaczył się: ja wam wójta nie wybierałem! A jeszcze niedawno nie krył entuzjazmu dla lokalnej demokracji. W exposé z 2007 r. deklarował przekazanie samorządom władzy nie tylko w gminach i powiatach, ale też na szczeblu wojewódzkim.

Bez wątpienia straty spowodowane powodzią byłyby znacznie mniejsze, gdyby nie decyzje lokalizacyjne zezwalające budować na terenach zagrożonych, a w niektórych przypadkach bezpośrednio na polderach. Tak było na wrocławskim Kozanowie, tak było pod Sandomierzem, Płockiem i Toruniem, tak było na całym szlaku Wisły i Odry. Szef Klubu Parlamentarnego PO Grzegorz Schetyna, wrocławianin, nazwał osiedle TBS na wrocławskim Kozanowie „kompletnym szaleństwem” i zapowiedział rozliczenie samorządowców winnych tego stanu rzeczy.

Wypowiedzi chyba jednak nie przemyślał, bo nie posiada żadnych narzędzi, aby rozliczać samorząd, składający się zresztą z jego własnych kolegów partyjnych. Zgodę na budowę domów Towarzystwa Budownictwa Społecznego wydał urząd miasta za kadencji prezydenta Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego, dzisiaj ministra kultury w rządzie PO-PSL.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną