Kraj

Polską rządzą historycy

Rozmowa z Tomaszem Nałęczem o historii i polityce historycznej

Prof. Tomasz Nałęcz Prof. Tomasz Nałęcz Włodzimierz Wasyluk / Reporter
Tomasz Nałęcz, historyk, przyszły doradca prezydenta RP, o niebezpieczeństwach polityki historycznej, o grobach czerwonoarmistów i nadziei na dekadę polsko-polskiego pojednania

Wiesław Władyka: – Panie profesorze, został pan doradcą prezydenta Komorowskiego i, jak się mówi, zapewne od polityki historycznej?

Tomasz Nałęcz: – Dla ścisłości dodajmy, otrzymałem propozycję takiej współpracy z prezydentem, ale rzecz nie jest jeszcze sfinalizowana. Ciągle działam i wypowiadam się na własny rachunek. Zaś pole mojej przyszłej aktywności wolę określać jako dziedzictwo historyczne, bo to sformułowanie nie niesie ze sobą groźby manipulowania historią. A czyniono tak w imię doraźnego interesu władzy od najdawniejszych czasów. Wystarczy zwiedzić jakąkolwiek świątynię egipską, by zobaczyć, jak nowy faraon zmieniał wizerunki poprzedniego, jak pomniejszał jego chwałę i zasługi. Dla mnie niebezpieczna jest też wewnętrzna sprzeczność w tym pojęciu. Historia to nauka badająca przeszłość z całą jej barwnością i złożonością, a polityka to zamierzony cel oraz środki mające służyć – za wszelką cenę, także kosztem prawdy – jego osiągnięciu.

Ale czy nie jest tak, że w demokracji – w odróżnieniu od dyktatur, współwystępuje wiele polityk historycznych, każdy jakąś sobie prowadzi, nie tylko politycy?

Tak jak z opowieściami rodzinnymi, inaczej dzieje swojej wsi opowie Kargul, a inaczej Pawlak z filmu „Sami swoi”. Demokracja ujawnia wszystkie te pamięci, ale też je wszystkie szanuje, tak przynajmniej powinno być.

Reguła jest jednak inna, zwłaszcza wtedy, gdy politycy, opowiadając swoją historię, dyskredytują inne opowieści. Gdy próbują nas przekonać, żebyśmy dzisiaj na nich stawiali, bo oni zawsze mieli rację i wielkie zasługi.

Rzeczywiste lub wydumane. To jest rzeczywiście bardzo częste w polskiej historii, bo rzadko kiedy demokratyczny mandat – ze względów oczywistych, bo go po prostu nie było w warunkach braku państwowości lub jej drastycznego ograniczenia – decydował o sprawowaniu władzy. Najlepszym przykładem są piłsudczycy, którzy swoje prawo do władzy uzasadniali zasługami historycznymi. Polska – mówili – wyrosła z ofiary ich krwi, więc tylko oni mają prawo rządzić, zwłaszcza że mają genialnego wodza, i tak dalej.

Takie zastosowanie polityki historycznej mogło być, a może i jest wzorem dla dzisiejszych czy raczej wczorajszych zwolenników zaciągania historii na polityczną służbę?

Trzymajmy się miar historii i proporcji osób, o których opowiadamy. A tak dla porządku – w 1914 r., gdy zawierucha wojenna otwierała szanse dla odzyskania niepodległości, to nie Piłsudski i nie jego ludzie mieli rację historyczną, tylko Dmowski i endecja, która od początku orientowała się na zwycięską później Ententę. Piłsudski wiązał wówczas sprawę polską z państwami centralnymi, od których się oderwał, i przeszedł na drugą stronę właściwie w ostatniej chwili przed zakończeniem wojny. Ale to mogą sobie opowiadać historycy, przeciętny Polak jest dzisiaj święcie przekonany, że Polskę wywalczył, jeśli nie wyłącznie, to na pewno przede wszystkim Piłsudski ze swoimi legionami.

Zatem nie jest ważne, jak było naprawdę, ale kto nam to opowiada i czy uda mu się tę opowieść skutecznie sprzedać?

Jest nawet gorzej i chyba największe niebezpieczeństwo związane z polityką historyczną polega na tym, że sięgają po nią ludzie faktycznie w rzeczywistej historii niezapisani, bez jakichś szczególnych zasług. W okresie międzywojennym żartowano sobie, że najliczniejsza w legionach Marszałka była Czwarta Brygada; prawdziwych brygad było tylko trzy, chodziło o tych, którzy dołączyli po zwycięskim zamachu majowym 1926 r. Oni byli najliczniejsi, najgłośniejsi, najbardziej zasłużeni i bohaterscy. Podobnie jest i dzisiaj. Gdyby na podstawie deklaracji i wypowiedzi politycznych ustalić, z czyjej zasługi wzięła się Polska 1989 r., to nie pojawiłyby się w tej opowieści nazwiska Wałęsy czy Mazowieckiego, rzeczywistych ojców założycieli, ale całkiem inne. I tak oto dzisiaj asami stały się blotki sprzed 20 lat.

Państwo, również to najbardziej demokratyczne i wolnościowe, czuje jednak obowiązek prowadzenia jakiejś polityki historycznej, co zresztą czyni na tysiące sposobów, od różnych ceremonii i dekoracji zaczynając, a na lekcjach w szkole kończąc.

Jasne, społeczeństwo powinno zwracać się ku swojej chwalebnej przeszłości, chwalić się nią, pokazywać ją światu, także w celach promocyjnych. Proszę bardzo, Malbork, największy murowany zamek na świecie. Powinno pielęgnować swoje wielkości, które na zewnątrz są już rozpoznawalne, więcej, dalej je lansować – że użyję języka marketingowego – jak choćby Lecha Wałęsę, autentycznie znanego na całym globie obok drugiego wielkiego Polaka współczesności – Jana Pawła II. Mogą powstawać różne książki o Wałęsie, i niechże powstają, ale dlaczego nie ma żadnej, wywołanej i wspieranej przez państwo jego biografii, dostępnej w kilku najbardziej powszechnych językach, tego nie mogę pojąć.

Jak rozumiem, mówi pan o reklamie i marketingu politycznym i nawet jestem gotowy się zgodzić, że w konkurencji światowej trzeba lansować swoje najlepsze marki, ale już wewnątrz chyba trzeba bardziej subtelnie?

Państwo ma możliwości, przede wszystkim w szkolnictwie, kształtowania wzorców osobowych, postaw, pojmowania wartości i historia dostarcza tu mnóstwa przykładów, często o wspaniałej sile fabularnej. Ale chodzi, jak rozumiem, o to, gdzie przebiega granica między kształtowaniem a wyrąbywaniem, między dyskusją a posłuchem, z grubsza mówiąc, między demokracją a dyktaturą. Ona jest tam, gdzie biegnie granica między miłością a gwałtem. Chodzi też po prostu o miarę i zdrowy rozsądek.

Nie wolno przesadzać i przegrzewać, traktować historii jak narkotyku. Jako pokarmu dla złych emocji, co widzieliśmy ostatnio w Ossowie, gdzie zbezczeszczono grobowy pomnik poległych tam w 1920 r. krasnoarmiejców, gdzie nie uszanowano mogiły ani krzyża.

Jestem ciekaw, co ci ludzie, którzy dopuścili się tych czynów w Ossowie, powiedzieliby, gdyby podobnie zachowali się Ukraińcy wobec pochowanych Polaków na cmentarzu Łyczakowskim? Nas nie było dzisiaj stać na wielkoduszność zwycięzcy wobec żołnierzy bolszewickich, często wcielanych siłą do armii, czy zatem mamy oczekiwać wielkoduszności dla polskich Orląt od pobitych Ukraińców? Trzeba się puknąć w głowę, ktoś tu ludzi podpuszcza i nimi kręci, narkotyzuje ich.

Gorąca polityka historyczna może też niszczyć tradycję, fałszować pamięć.

Niestety, ale i w przeszłości działo się podobnie. Zwycięzcy piłsudczycy zepchnęli w cień dorobek czy drogę endecji do odzyskania niepodległości w 1918 r. I to w sposób bardzo brutalny, nie tylko odmawiając zasług, ale przypisując najniższe motywy – chęć służenia zaborcy. Po drugiej stronie także nie brakowało agresji i ciężkich słów. Zresztą z lat wcześniejszych można przywołać XIX-wieczne, namiętne i nieraz obciążone kalumniami i potwarzami spory pozytywistów z romantykami.

Można za to powiedzieć, że była to walka w jakimś sensie wyrównana, każdy mógł poznać argumenty drugiej strony. Gorzej, gdy takich szans nie było, jak choćby w PRL.

W PRL toczyła się prawie przez całe jej dzieje gorąca rozmowa o historii, prowadzona na kilku polach i poziomach, nie bez przyzwolenia, a nawet udziału samej władzy. Tematyka historyczna z konieczności zastępowała współczesną, w kostium historyczny ubierano dylematy jak najbardziej teraźniejsze, więc dyskutowano o margrabim Wielkopolskim zamiast o stosunkach polsko-radzieckich, Jasienica pisał o wojnie domowej we Francji, a czytelnicy widzieli w tym analizę wojny domowej po 1945 r. Gomułka dał pieniądze na antygermańskich – bo miał antygermańskiego fioła – „Krzyżaków”, a Gierek na – strasznie notabene nudny – film „Kazimierz Wielki”, bo chyba kimś takim się widział. Toczyła się gra, którą zresztą w dużej mierze rozumieli też czytelnicy i widzowie. Zainteresowanie historią zatem było olbrzymie, chcąc nie chcąc.

A w wolnej Polsce po 1989 r.?

Dopóki nie nastała polityka historyczna IV RP, aranżowana odgórnie, obraz przeszłości kształtowały zachowania, w tym oczywiście polityczne, takie dość – można powiedzieć – wolnorynkowe. Dużo tu było odreagowania po PRL i jej polityce historycznej. Dużo rewindykacji i resentymentów, uproszczeń, które mają to do siebie, że mocniej zakorzeniają się w świadomości społecznej niż interpretacje złożone. Ofiarą tego zjawiska stała się tradycja polskiej lewicy, która wcześniej została bardzo mocno zafałszowana przez PRL, jako że komunistyczny ślad był w Polsce przed 1945 r. absolutnie marginesowy. I jakoś tak się stało po 1989 r., że polski niepodległościowy socjalizm – wielki ruch i wielki dorobek, wspaniałe postaci – wypadł właściwie całkowicie z obiegu.

A przecież do 1918 r., na mocy niepisanej umowy, prawica wchodziła w różnego rodzaju interakcje z zaborcami, szukała jakiejś współpracy, by wesprzeć sprawę polską, a lewica szturmowała reżim zaborczy od frontu i wprost. Żadnej współpracy, zniszczyć to wszystko, a na gruzach zbudować niepodległą i sprawiedliwą Polskę. W 1905 r. wybuchło właśnie w zgodzie z tą tendencją i tymi marzeniami największe polskie powstanie.

Strasznie w PRL załgane, dzisiaj kompletnie zapomniane. A o ulicę imienia Stefana Okrzei trzeba walczyć, bo przecież to był okropny komuch.

Młody robotnik, który w imię Polski niepodległej uczestniczył w organizacji bojowej i poniósł bohaterską śmierć. Można powiedzieć, że był to jeden z ojców założycieli dzisiejszej Polski, mógł być z powodzeniem ideowym patronem Solidarności. Z komunizmem nie miał nic wspólnego – ani historycznie, ani moralnie, ani ideowo.

Gdy tak pan mówi, to ile w panu jest polityka lewicowej orientacji, a ile historyka?

Mówię o tym, że – trzymajmy się już tego pojęcia – polityka historyczna państwa demokratycznego i niepodległego powinna być wielobarwna i różnorodna z szacunku dla naszej przeszłości. Powinna być empatyczna i wyrozumiała dla okoliczności historycznych, w których działali i walczyli nasi przodkowie. Nie może być przecież tak, że będziemy przenosili na przeszłość naszą dzisiejszą wiedzę o tym, co się stało później. Albo, co gorsza, że będziemy przenosić współczesne, oczywiste już zdawałoby się, tak zwane mądrości na rzekomą głupotę naszych protoplastów, będziemy ich poklepywać z lekceważeniem po plecach.

Na tej zasadzie każdy uczeń szkoły podstawowej wygrałby bez trudu bitwę pod Waterloo, którą przegrał genialny ponoć Napoleon. Po pałkarsku uprawiana polityka historyczna zawsze operuje jedną barwą i zawsze wygłasza jedyną prawdę o przeszłości, zawsze wie wszystko lepiej. Jednej stronie przypisuje wszystkie cnoty, drugiej wszystkie podłości i winy.

Upomina się pan, jeśli dobrze rozumiem, o miejsce w historii dla wszystkich, którzy ją przeżyli, nawet dla tych, którzy, jak się okazało później, nie mieli racji?

Tak, bo Polacy do niepodległości w 1918 r., a i też w 1989 r. szli wieloma i bardzo różnymi drogami, często bywało tak, że to przypadek decydował o ich losach, że nie mieli wyboru. Że powodowani wieloma czynnikami przyjmowali różne strategie życia i przeżycia, ale nikt nie ma prawa odbierać im patriotyzmu i trywialnie osądzać.

Wiosną 1956 r. na łamach wówczas rewolucyjnego „Po prostu” ukazał się, przełomowy dla ówczesnej polityki historycznej, legendarny już artykuł trzech młodych dziennikarzy, wśród nich Jana Olszewskiego, pod tytułem „Na spotkanie ludziom z AK”. Spytam prowokacyjnie, czy zatem uważa pan, że dzisiaj dobrze by było, żeby ktoś napisał artykuł pod tytułem „Na spotkanie ludziom z LWP”, czyli z Ludowego Wojska Polskiego?

Tak, chciałbym, by taki tekst ktoś napisał. On dobrze by nam zrobił. Uważam, że w III RP, którą podziwiam, powinien być inny stosunek do przeszłości niż w II RP. Nasza współczesna Polska jak dotąd szła, niestety, tym starym kanonem. Walka aniołów z szatanami, wewnątrz spraw polskich przede wszystkim, ale także często na zewnątrz, w stosunkach z sąsiadami. Jest więc, moim zdaniem, taka konieczność, by spojrzeć uczciwie i sprawiedliwie na historię PRL, na jej uwarunkowania i ograniczenia, ale też na Polaków, którzy wtedy żyli, w znakomitej większości w zgodzie i niezgodzie z rzeczywistością, między oporem i przyzwoleniem.

Mówił pan, przywołując przypadek Ossowa, o sąsiadach, o Ukraińcach i Rosjanach. Tych sąsiadów mamy więcej i mnóstwo z nimi trudnych porachunków; chyba trzeba by szukać nowego języka rozmowy?

Mówiłem o narkotyku nienawiści historycznej, on nadal jest aplikowany Polakom, a do czego potrafią dojść znarkotyzowani sąsiedzi we wzajemnych stosunkach, widzimy bez przerwy na całym świecie, nie wyłączając starej Europy. Tak więc, mam nadzieję, trzecie dziesięciolecie ma szansę na te nowe otwarcia, na autentyczne pojednania, II RP tej szansy już nie miała. Przyznam, że ogromną nadzieję wiążę tu z prezydenturą Bronisława Komorowskiego.

Może nie tylko. W końcu Polską rządzą dzisiaj historycy. Prezydent, premier, obydwaj marszałkowie, więc jest szansa, że w polityce będzie też miejsce na historię, chciałoby się powiedzieć, na tę kompletną, w której mogą się zmieścić wszyscy Polacy?

Rzeczywiście, to są nie tylko historycy z cenzusem, ale też działacze opozycji demokratyczno-niepodległościowej, o pięknych biografiach, z wymiernymi zasługami, wedle metrykalnych miar. Na pewno mają wiedzę, a także moralny mandat, by takiemu nowemu otwarciu na historię patronować.

Wchodzimy w cykl rocznic i obchodów historycznych, od okrągłego jubileuszu Solidarności poczynając. To będą jedne z pierwszych wystąpień nowego prezydenta Polski. Myśli pan, że te nowe tony już się w nich pojawią?

Wierzę, że tak będzie. Że prezydent Komorowski w duchu Tischnerowskiego rozumienia pojęcia solidarności zechce wykorzystać wielki dorobek Solidarności nie dla konserwowania murów, a dla budowania mostów łączących Polaków. Prezydent ma zbyt piękną kombatancką kartę, by poprawiać sobie samopoczucie walką z PRL 20 lat po agonii komunizmu. Nie sądzę, by u progu trzeciej dekady wolnej Polski chciał kogoś odsyłać „tam, gdzie stało ZOMO”.

Polityka 35.2010 (2771) z dnia 28.08.2010; Rozmowa Polityki; s. 18
Oryginalny tytuł tekstu: "Polską rządzą historycy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wybuchowe wesele. Zostali bez domu i z kredytem na całe życie

W jednej chwili wesele Wawrzyniaków zamieniło się w koszmar. Każdego dnia nurtuje ich pytanie: jak tu obchodzić rocznicę?

Norbert Frątczak
18.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną