Spięcia, tarcia i bijatyki w polskiej polityce

W opresji agresji
Zabójstwo w łódzkim biurze poselskim PiS, niezależnie od stanu poczytalności i motywów sprawcy, zostało wpisane w polską wojnę plemion. Ten konflikt nie ma zaplanowanego końca.
Corbis

Warszawa, październik 2010 r., protest przed Kancelarią Premiera po zabójstwie w siedzibie łódzkiego biura PiS
Grzegorz Jakubowski/PAP

Warszawa, październik 2010 r., protest przed Kancelarią Premiera po zabójstwie w siedzibie łódzkiego biura PiS

W latach 90. też można było oglądać wydarzenia gwałtowne: palenie kukły prezydenta Wałęsy, czerwcową „noc teczek” w 1992 r., nieustanne atakowanie Balcerowicza i nazywanie go „Mengele polskiej gospodarki”, zranienie kamieniem Wojciecha Jaruzelskiego w 1994 r. przez emeryta, dla którego prawica miała wówczas wiele zrozumienia i nazywała go „twardym i dumnym”. Liga Republikańska (z Mariuszem Kamińskim, później CBA), a potem kuriozalna Naszość obrzucała prezydenta Kwaśniewskiego jajami. Kulminacja wyzwisk i oskarżeń o zdradę narodu i bolszewizm nastąpiła podczas uchwalania i zatwierdzania w referendum nowej konstytucji w 1997 r. Niemniej w tamtych latach nie doszło jeszcze do drastycznego zanegowania ustroju, nie ujawnił się tak głęboki podział cywilizacyjny i ideologiczny. To był jeszcze, zawzięty co prawda, ale boks amatorski.

Szczelina, czyli pierwszy przełom

Nastąpił po 2002 r. wraz z wybuchem afery Rywina. Zdarzenie o charakterze kryminalnym z kontekstem politycznym, często spotykane w krajach starej demokracji, w Polsce stało się powodem do podważenia całego ustroju (faktem jest, że arogancja działaczy SLD, w całej krasie zademonstrowana przez Włodzimierza Czarzastego przed komisją śledczą, zrobiła swoje). Pierwsze tezy o konieczności wprowadzenia IV RP, sformułowane przez Pawła Śpiewaka i Rafała Matyję, były jeszcze dość spokojne i miały charakter politologiczny, ale szybko zwulgaryzowały się, przybrały postać bezwzględnego ataku najpierw na postkomunistów, a zaraz potem – na fali sukcesu w moralnym wykańczaniu SLD na całą III RP.

Totalne zanegowanie systemu nie mogło się obyć bez totalnego języka. To, co na poziomie teorii nazywano elegancko „potrzebą przebudowy państwa”, w wersji stosowanej przekształciło się w histerię: kraj przeżarty korupcją, mafie, układy, stolik brydżowy polityków, biznesu, mediów i służb specjalnych, zbrodnie WSI, sojusz solidarnościowych elit z komunistami, sprzedajne sądy. Nikt nie był godny zaufania, wszędzie czaił się wróg. To wtedy do wielkich karier wystartowali dwaj „jeźdźcy burzy” z komisji rywinowej: Jan Maria Rokita i Zbigniew Ziobro. To była ta założycielska nienawiść, odebranie elementarnego zaufania i legitymacji do rządzenia wszystkim, którzy nie akceptowali nowego rytu – konserwatywnej i radykalnej sanacji.

Jeszcze zatem na długo przed konfliktem między PO a PiS odbył się podział społeczeństwa na dobrych i złych. Ci, którzy nie chcieli „naprawiać Polski”, stawali się podejrzani, zaprzedani, pozostający pod wpływem agentury. Po jednej stronie byli „propaństwowi patrioci”, po drugiej „ludzie związani z PRL”. Znana z historii jest prawidłowość, iż kiedy następuje zerwanie ustrojowej ciągłości, zostają też unieważnione dawne reguły przyzwoitości, językowe normy, elementarny szacunek (tzw. wartości drobnomieszczańskie), a w ich miejsce wchodzą surowość, bezkompromisowość i ideowy pryncypializm (wartości rewolucyjne). Nie znaczy to, że takich myśli nie było wcześniej. Jednak niszowe poglądy i ich autorzy z gazet o śladowym nakładzie nagle weszli do głównego nurtu; z zapracowanego statusu oszołomów zostali przekwalifikowani na proroków. Ich język, obsesje, stereotypy jak z ideologicznego lamusa zatruły debatę. Te lejce złapał PiS.

Przełomem numer dwa była sprawa „dziadka z Wehrmachtu”. Wtedy Tusk uświadomił sobie, że podlega tej samej machinie szmacenia, którą wcześniej biernie wspierał. Musiał wtedy zrozumieć, że został zaliczony do wrogów „zmian”, nawet jeśli formalnie wciąż był „przyjacielem z Platformy”, ponieważ to nie on był w biurze politycznym tej rewolucji. Od tego momentu, zwłaszcza po przegraniu wyborów prezydenckich przez dzisiejszego premiera, o koalicji z PiS nie mogło być mowy. Tusk wyczuł, że zostanie zniszczony jako nie dość pryncypialny i spotka go los, jaki później stał się udziałem Leppera, za którym Kaczyński, jak sam przyznał, od pierwszego dnia rządzenia posłał służby specjalne. Nie przeszkodziło to Kaczyńskiemu stwierdzić po wyborach (już wtedy), że „pakt stabilizacyjny (z LPR i Samoobroną przyp. aut.) był odpowiedzią na sytuację, w której Platforma Obywatelska (...) popadła wobec nas w stan chorobliwej agresji”.

Dziadek nieodwracalnie zmienił polską politykę. Przypadek ten pokazał, po raz pierwszy tak wyraźnie, że pomiędzy górnolotnymi – choć już wtedy groźnymi dla demokracji – celami PiS a kaprawymi i jeszcze groźniejszymi metodami jest ścisła łączność. I było to długo przed „moherową koalicją” Tuska i „dorzynaniem watah” Sikorskiego.

Wąwóz

Podziały w obozie rewolucjonistów są zazwyczaj najbardziej krwawe. Odbywa się redefinicja wroga, a język jeszcze bardziej twardnieje i chamieje, ponieważ aby opluć dotychczasowego sojusznika, trzeba znaleźć nowe słowa i je brutalnie uzasadnić. Tusk zaś, oskarżany o rozbicie „obozu zmian”, przeszedł do twardej opozycji, napędzany frustracją po wyborczej klęsce i schadenfreude ze strony PiS. Groził nawet wyjściem na ulice i nieposłuszeństwem obywatelskim, ale marszów z pochodniami nie urządzał; nie ta mentalność, jego samego by to zapewne śmieszyło. Mimo wszystko chciał jednak trwać w ogólnie pojętym obozie IV RP, bo obawiał się zbliżenia z SLD. Wspierał zatem główne punkty programu PiS.

I nadszedł wreszcie trzeci przełom: lustracja (200607), której dewastującego wpływu na życie publiczne nie sposób przecenić. Wtedy emocje sięgnęły zenitu. Wypełnianie autodonosów przez kilkaset tysięcy ludzi jawiło się jako akt zemsty, chęć upokorzenia elit, intronizacja nowego suwerena. I wtedy chyba elity ostatecznie zrezygnowały z eleganckiego języka. To był kolejny krok na drodze pozbywania się skrupułów przez obie strony. Zrywały się ostatnie więzi między środowiskami, dzieliły się branże, grupy zawodowe i towarzyskie. Dwie powstające Polski miały odtąd swoich filozofów, pisarzy, autorytety i własne nagrody za twórczość. Zanikł jeden kod, etos. Szacunek stał się dobrem stanowym, przysługiwał tylko swoim. Wtedy Tusk zaczął na dobre wycofywać się z IV RP.

Wydaje się, że język nienawiści, jaki się wówczas ukształtował, brał się również stąd, że zwycięstwo PiS w wyborach w 2005 r. było w istocie mizerne, niespełna 30 proc. przy żałosnej frekwencji. Kiedy nie można zawładnąć przestrzenią polityczną, rekompensuje się to zawłaszczaniem przestrzeni publicznej, werbalnej, a to najlepiej wychodzi na ostro. Wszyscy komentowali słowa Kaczyńskiego nie dlatego, że były specjalnie mądre, ale dlatego, że były twarde, kuriozalne, rażąco niesprawiedliwe, napastliwe. Większość Polaków dopiero po 2005 r. odkryła i poznała Jarosława Kaczyńskiego.

Kaczyński przyciągał uwagę mediów nie z powodu, iż media się na niego uwzięły, ale dlatego, że sprzedawał towar niedostępny gdzie indziej. Chodziło o ten niepodrabialny ton, pełen niedomówień, insynuacji, ukrytych sugestii oraz sformułowania w rodzaju „są tacy, którzy...”, „jeśli to prawda, to...” itd. To była głównie ciekawość i rosnące zdumienie, że tak można, a piorun nie spada. Kaczyński uderzał, a potem robił wystudiowaną, zdziwioną minę, że ktoś oddaje, że spotykają go „bezprzykładne ataki”.

Język Kaczyńskiego zawsze był bardzo brutalny, choć prezes PiS nadawał mu pokrętną, pozornie propaństwową formę. Nie padały tam wprost drastyczne, wulgarne stwierdzenia jak u Palikota. Pełna groza tych wystąpień ujawniała się po dokładniejszej analizie. Było to nieustanne odwracanie sensów, przypisywanie przeciwnikom najgorszych intencji, odbieranie godności i racji istnienia. Ale szef PiS nie uważał tego za agresję. To było dla niego stwierdzanie oczywistej oczywistości.

Platforma nie podjęła tego języka, bo nie umiała i pewnie nie chciała, bo to wyjątkowe, nie do nauczenia narzecze. Jeśli dzisiaj Kaczyński atakuje TVN24 za sianie nienawiści, a jako medium od niej wolne podaje Radio Maryja, to wciąż jest ten sam chwyt. Trudno to skomentować, nie popadając w atak śmiechu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną