Kraj

Hrabia demokrata

Zamoyski Marcin

Marcin Zamoyski z żoną Aleksandrą w Michałowie - kupionym w przetargu dawnym folwarku ordynackim Marcin Zamoyski z żoną Aleksandrą w Michałowie - kupionym w przetargu dawnym folwarku ordynackim Stanisław Ciok / Polityka
Jak się rządzi miastem, które przez 16 pokoleń należało do rodziny, gdzie człowiek potyka się o historię podpisaną jego nazwiskiem. I jak się wygrywa trzecie z rzędu wybory.
Pałac w Klemensowie - część dawnego majątku ZamoyskichStanisław Ciok/Polityka Pałac w Klemensowie - część dawnego majątku Zamoyskich
Pomnik Jana Zamoyskiego, hetmana, kanclerza, założyciel ZamościaJeroen Fossaert/Flickr CC by SA Pomnik Jana Zamoyskiego, hetmana, kanclerza, założyciel Zamościa

Artykuł w wersji audio

Marcin Zamoyski, operator filmowy i realizator, zniknął nagle z warszawskiej redakcji Interpressu i został prezydentem Zamościa. To było 20 lat temu, 45 lat po konfiskacie rodowego majątku przez władzę ludową, 400 lat po tym, jak hetman Jan Sariusz Zamoyski, herbu Jelita, w prywatnym mieście Zamość założył ordynację.

Operator. Zamoyski jeździł z kamerą po kraju i świecie od wczesnego Gierka do pożegnania partyjnego sztandaru PZPR i wolnych wyborów, w ciekawych czasach, kiedy operatorzy wozili ze sobą puste kasety filmowe na wypadek zatrzymania przez milicję. Milicjant, jeśli podejrzewał działanie obrazem na szkodę ojczyzny, zawsze rekwirował kasetę, zawsze pustą. Na tyłach Teatru Narodowego, w ulubionej przez branżę restauracji operatorzy dziwili się wieczorami, że nie wpływają przeciw nim z komend wnioski o ukaranie za brakoróbstwo.

Przez 18 lat w podróży służbowej Marcin Zamoyski do Zamościa przyjechał tylko raz, kręcić oddawanie do użytku zabytku po remoncie, jednak z zabytku odpadł tynk i uroczystość przerodziła się w dochodzenie w sprawie kradzieży cementu.

Gdy Zamoyski tak niezapowiedzianie zniknął z Warszawy, koledzy dowiadywali się o niego w redakcji i restauracji – mówiło się w towarzystwie, że z ojcem pojechał do Zamościa w sprawach rodzinnych. Koledzy po fachu pamiętają, jak zabawna im się wówczas wydawała zbitka słów Zamoyski – Zamość, ale też Marcin, historyk z wykształcenia, nikomu się nie zwierzał, że jest herbu Jelita i gdyby nie komuniści, byłby ordynatem XVII.

Hetman. Jan Sariusz zaczynał od posady sekretarza króla Zygmunta II Augusta, za Stefana Batorego był kanclerzem wielkim koronnym, awansował na hetmana wielkiego koronnego, a także starostę krakowskiego. Bił się w wojnach z Rosją, dowodził bitwą pod Pskowem, walczył w Mołdawii, ze Szwedami o Inflanty. Rósł w potęgę, kandydaci na królów zabiegali o jego lobbing i obiecywali wdzięczność.

W 1578 r. zatrudnił włoskiego architekta Bernardo Morando do zbudowania miasta Zamość („Niech mi malowanie rozmierzenia placu na miasteczko pośle Morando”). W mieście kazał zbudować uniwersytet, kościół rzymski, ormiański, cerkiew i synagogę. Lekarzom i aptekarzom fundował stypendia zagraniczne. Dla rzemieślników miał preferencyjne kredyty.

W 1589 r. Jan Sariusz upomniał się o wdzięczność u króla Zygmunta III Wazy; dostał pozwolenie na założenie ordynacji – państwa w państwie, niepodzielnego majątku dziedzicznego, z własnym prawodawstwem. Pod koniec życia z nowiutkiego Zamościa hetman Jan Sariusz zarządzał 24 miastami i 816 wsiami, które miał na własność (prawie 6,5 tys. km kw. powierzchni).

Rajcy. W 1989 r. rajcy zamojscy przyjechali do Warszawy skłaniać hrabiego Jana Tomasza, emerytowanego pracownika linii lotniczych Swissair, ordynata XVI, który stracił cały rodowy majątek przez reformę rolną w 1944 r., aby powrócił i został prezydentem w ich mieście. Jan Tomasz był powściągliwy, nawet w rodzinie nie rozmawiał o utraconym majątku, wymówił się od prezydentury podeszłym wiekiem. Powiedział jednak: rozmawiajcie panowie z synem.

Złapany między zdjęciami operator Marcin Zamoyski na propozycję rajców się zaśmiał, przecież obłożony jest robotą, nie będzie urzędniczał za biurkiem. Poza tym, mówi dziś, serce mu do Zamościa nigdy specjalnie nie drżało. Że rajcy nie rezygnowali z namawiania, hrabiowie – ojciec i syn – przybyli do Zamościa grzecznościowo. Potem pojechali powtórnie i Marcin już do Warszawy nie wrócił. Miał wtedy 42 lata, kolegom, kiedy go odnaleźli, żartem mówił, że kamery są ciężkie. Z żoną natomiast rozmawiali poważnie, że w Polsce się zmienia rzeczywistość, trzeba się zachować przyzwoicie. Aleksandra Zamoyska, warszawianka, weterynarz, mówi, że przyjechała za mężem tylko na czas trwania kadencji. Przez pierwszy rok mieszkali w Zamościu u przyjaciół, nie mieli tu własnego kąta.

W 1990 r., następnego dnia po wybraniu na prezydenta, Marcin Zamoyski stawił się do pracy w ratuszu, którego budowę rozpoczął jego pradziad Jan Sariusz, a kończyli kolejni z rodu, wśród nich Jan zwany Sobiepanem (bo nie znosił sprzeciwu). Sobiepan podobno był kobieciarzem i trunkowiczem, pierwszym mężem Marysieńki (której drugim mężem był król Jan Sobieski), miał z nią czworo dzieci. Sobiepan obronił swoje miasto przed Szwedami w 1656 r., a uczynił to z fantazją – szturm, szczęk i tumult, a nad tym wszystkim dźwięki orkiestry, której rozkazał grać.

Marcin Zamoyski pamięta, że pierwszego dnia urzędowania szedł w milczeniu przez korytarze ratusza, otwierał drzwi do gabinetów, ujawniając pustkę, usiadł za swoim biurkiem, z okien mając widok na Rynek Główny, który pradziadowi rozmierzył padwańczyk Bernardo Morando, i czekał. Drugiego dnia zrobił tak samo – w każdym gabinecie pełna frekwencja urzędników mówiła dzień dobry.

Ojciec. Jana Tomasza, ojca Marcina, ostatniego ordynata, nowa władza aresztowała w 1944 r., siedział w kieleckim więzieniu. Dostał zakaz zbliżania się do swoich dóbr na bliżej niż 30 km; Jan Tomasz opuszczał miejsca, w które wrósł – dom w Zwierzyńcu, o którym mówił, że spędzili tam z żoną Różą najlepsze lata życia, i pałac w Klemensowie, gdzie się urodził. W 1939 r. w pałacu zmarł Maurycy Klemens, ordynat XV, dziadek Marcina Zamoyskiego, ambasador w Paryżu, minister spraw zagranicznych – człowiek, który zastawił ordynację pod francuskie dostawy broni dla polskiego wojska w wojnie 1920 r. i który 60 głosami przegrał w wyborach prezydenckich z Gabrielem Narutowiczem.

Po roku Jan Tomasz wyszedł z więzienia, zabrał rodzinę do Sopotu, gdzie w 1947 r. urodził się Marcin. Zamoyscy mieli tam dwa lata spokoju, ojciec handlował jajami w spółdzielni Społem, potem został agentem amerykańskich linii oceanicznych. Był agentem handlowym, a poszedł za kratki z paragrafu agentura imperialistyczna – śledztwo trwało ponad dwa lata, Jan Tomasz dostał 15 lat wyroku, przewieziono go do warszawskiego więzienia. Wtedy Róża przeprowadziła się z dziećmi do Zalesia koło Warszawy, bo stolica, w której w 1811 r. Stanisław Kostka, ordynat XII, ufundował wielką bibliotekę, w socjalizmie była dla rodziny zamknięta. Mogli się sprowadzić dopiero w 1963 r., gdy zezwolił premier Józef Cyrankiewicz.

Marcin Zamoyski pamięta z dzieciństwa: drewniany domek – latem pięknie, zimą zamarzały ściany; mama – dyplomowana pielęgniarka – jeździła po okolicy rowerem dawać zastrzyki; utrzymywała dzieci, woziła mężowi paczki; w domu jedli kluski z wodą albo zupę, z której nikt nie miał śmiałości wyłowić jedynej skwarki; Marcin nosił ubrania po siostrach, pończochy na gumkach. Ale, mówi, to nie było coś, czym się człowiek przejmował, piękne czasy, wszyscy byli w domu, jadało się wspólnie, te rozmowy przy stole. Gdy w szkole przezywali go hrabia, wkraczała Gabi Zamoyska, zadziorna starsza siostra, która za hrabiego tłukła chłopaków po gębach.

Bo jeden temat był w domu Zamoyskich zabroniony: mama wprowadziła cenzurę na wspomnienia – nie wolno było mówić o opuszczonych miejscach oraz żywić żalu o utracone rzeczy. Zamoyski mówi: Nie miałem nigdy pretensji do władzy, że zabrała rzeczy, tylko że nie miałem ojca.

Podziały. W 1990 r. Marcin Zamoyski nie znał nawet ustawy samorządowej. Ale nikt w ratuszu jej nie znał, wszyscy się dopiero uczyli nowych reguł. Na początku dekady wszędzie pionierzy, telewizja pokazywała, jak Lech Wałęsa na naradzie gabinetowej namaszcza Waldemara Pawlaka na premiera, faceci w źle uszytych garniturach, w swetrach, siedzą, palą. Ci sami, których Zamoyski filmował, gdy wyszli z internowania. Wałęsa, którego przed 10 laty filmował w Stoczni Gdańskiej jako elektryka ze strajku, walczył teraz w wojnie na górze.

W zamojskim ratuszu sesje trwały do drugiej w nocy. Ludzie w nowej rzeczywistości, ale mentalność stara. Radni mieli swoje typy na miejskie stanowiska, Zamoyski się nie zgadzał. Mówił: Nie myślcie partyjnie, tylko który człowiek do czego dobry. Jaśnie pan wrócił i będzie rządził, sarkali w kuluarach; niektórzy nadal tak robią. Wreszcie, w 1992 r., prezydent usłyszał od rajców: Albo pan się zgadza na naszych ludzi, albo pana odwołujemy.

W 1655 r., po śmierci Jana Sobiepana, bywały w ordynacji wojny o władzę. Sobiepan nie miał syna, więc po spadek sięgnęła jego siostra Gryzelda, zamężna z Jeremim Wiśniowieckim, a z drugiej strony spokrewnieni Koniecpolscy. Odezwała się młodsza linia Zamoyskich. Walczyli w sądach, lobbowali wśród szlachty, siłą sobie Zamość wyrywali. W 1674 r. Marcin Zamoyski, z tej młodszej linii, dostał ordynację i jako ordynat IV stał się jednym z najbogatszych ludzi w Europie, bo tak postanowił sejm. Ale czarny piar głosił, że to wyraz wdzięczności króla Jana Sobieskiego za kampanię tronową, którą mu Marcin poprowadził.

W 1992 r. Marcin Zamoyski został na dwa lata wojewodą zamojskim, następnie na cztery – przewodniczącym rady miasta, żona zrozumiała, że nie wrócą do Warszawy. W 1995 r. wystartował w przetargu na PGR w Michalowie, dawny folwark ordynacyjny. Hrabia Jan Tomasz, były senator II kadencji, przewodniczący Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego, odradzał synowi rolnictwo. To się nie opłacało już przed wojną, twierdził. Ale syn się uparł, przetarg wygrał, a okolica uznała, że pewnie dostał go za darmo i powrót panów rychły.

Folwark. Marcin z ojcem pojechali pod Poznań, do ostatniego zatrudnianego przez ordynację zarządcy majątku Michalów, wypytać o folwark. Człowiek ten, z pochodzenia Austriak, za nowej władzy został wypędzony z majątku tuż po ordynacie: jeden, bo z panów, drugi, bo z Germanów. Po co pan kupuje ten folwark? – dziwił się starszy pan (i dodawał w rozmarzeniu: jak tam pięknie było); na co panu te stajnie brać?, zniechęcał (Jak te stajnie pięknie wyglądały, tam sztychy wisiały, pan wiedział?). Na koniec powiedział, w którym miejscu leżą zakopane 63 półtonowe bomby i już można było w Michalowie gospodarzyć bezpiecznie.

Hrabia Marcin Zamoyski herbu Jelita zaczynał od hodowli świń i uprawy zboża, teraz trzymają z żoną w Michalowie 11 własnych koni. Wieś za siatką gospodarstwa widuje państwa jeżdżących wierzchem po okolicy, folwarkiem zarządza żona prezydenta, on sam rzadziej przyjeżdża, przywozi wielkiego wilczura. Powrót hrabiego do Michalowa 15 lat temu nastroszył dumę wsi, zwłaszcza pegeerowska część, ludzie z bloków przyglądali się i komentowali posunięcia gospodarza: a to, że się siatką odgrodził jak od trędowatych; łazi doglądając dóbr i uczy ludzi, co to własność prywatna, ale żeby dziurawą drogę we wsi wyrównać, do głowy panu jakoś nie przychodzi. Wrócił, nic nie robi, tylko się wywyższa.

Bywało wtedy, że szli spragnieni mężczyźni do hrabiego Zamoyskiego z prośbą, aby dołożył się do piwa. Rozumiał okoliczność, ale wymyślał im robotę w folwarku, żeby sobie zarobili; znaczy zniechęcał, aż się tego piwa odechciewało. Wieś radzi sobie bez pana: jeżdżą młodzi pracować w Zamościu, rzadziej na saksy, bo opłacalność saksów spadła. W gospodarstwie Aleksandra Zamoyska zatrudnia jednego pracownika PGR. W samym biurze PGR siedziało za dobrych czasów kilkudziesięciu umysłowych, plus zastępy fizycznych, a teraz jeden jedyny ma robotę przy koniach.

Podobno dziadek Marcina, Maurycy Klemens, ordynat XV, po I wojnie podliczył interes i sprzedał państwu część ordynacji, żeby resztę ogarnąć i uczynić zyskowną. Kalkulację kapitalistyczną mają panowie we krwi od zawsze, mówią na wsi.

Powroty. Lata 90. były dla Zamoyskich czasem powracania, spisów rzeczy. Przez rzekę folwark Michalów sąsiaduje z rodowym pałacem w Klemensowie. Jan Tomasz pierwszy raz po powojennym wypędzeniu był w swoim pokoju, z synem, w 1995 r. Miał 83 lata, w ciszy przechodził amfiladowo ułożone salony, starając się nie naruszyć spokoju 75 umysłowo chorych kobiet, które od kilkudziesięciu lat w pałacu mieszkały. Jeszcze w wojnę jego matka, babcia Marcina, przyjęła do Klemensowa siostry zakonne z sierocińcem. Kobiety umieścił już właściciel ludowy, pod nieobecność panów. Wyprowadziły się dopiero w 1998 r., a pałac (3,5 tys. m kw. powierzchni) i park (136 ha) jest na sprzedaż. Nie ma klientów. Skarb Państwa proponował kupno Marcinowi Zamoyskiemu, cena: kilka milionów, dodatkowo potrzebny remont kapitalny. Nie kupił, mówi: może jakby za symboliczną złotówkę sprzedali.

Były dyrektor domu pomocy społecznej pamięta, że w latach 90. hrabia często przyjeżdżał i zadawał pytania w rodzaju: dlaczego zamurowano kominki? Trzeba było zrozumieć. Hrabia Marcin obchodził pokoje, gdzie po ordynatach został już tylko regał biblioteczny (znalazł stos ramek po obrazach i fotografię pradziadka Konstantego z połowy XIX w.) i wychodził przez drzwi z własnym herbem rzeźbionym na frontonie. Pałac był własnością rodziny przez 200 lat. Niemcy go uszanowali – sprowadzali w okolice osadników z Rzeszy, chcieli stąd kolonizować wschód. Potem przyszli Rosjanie i chłopi z folwarków ordynackich wozami wywozili pańskie meble. Niemcy wrócili, po wsiach jeździła szczekaczka, nakazując zwrot mebli do pałacu. Dzieci odwoziły, dorośli się wstydzili. Wracały przepołowione zegary szafkowe, które nie mieściły się w chałupach.

Marcin Zamoyski ma powojenny spis rzeczy pałacowych, sporządzony przez nowego, ludowego właściciela („łyżeczki koloru żółtego”). Część mebli trafiła do gabinetów politruków zamojskiej jednostki lotniczej. Prezydent opowiada: solidne biurka i szafy, niektóre ładne – widzieli je z ojcem w latach 90., gdy jednostka się likwidowała. Ale Jan Tomasz tylko kręcił głową: nie, to nie mogło stać w pałacu, albo: moje biurko było ładniejsze. Poznał tylko kanapę krytą końskim włosiem. Ale końskie włosie wysusza się, twardnieje i kłuje w tyłek.

Tak naprawdę Jan Tomasz nie chciał wracać do przeszłości. Wyszedł z więzienia po 8 latach, w 1956 r., a kiedy został zrehabilitowany i mógł dostać odszkodowanie, nie chciał o tym słyszeć. Nie chciał mieszkać w Zamościu. Może jedynie, mówił, chciałby mieszkać na powrót w zwierzynieckim domu, zwanym od imienia żony Rózinem, gdzie przed wojną byli tacy szczęśliwi. Ale to się nigdy nie zdarzyło, tam jest dom dziecka.

Jan Tomasz Zamoyski umarł w 2002 r., pochowany jest w krypcie zamojskiej katedry obok poprzednich ordynatów. W kryptach katedry przechował się przez wojnę obraz „Hołd pruski” i kroniki Galla Anonima.

Prezydent. W 2010 r., przed wyborami prezydenckimi w Zamościu, za złotówkę postawioną u bukmacherów na Zamoyskiego można było dostać 10 gr – żaden interes, hrabia był bezpartyjnym pewniakiem z poparciem PO. Zamoyski prezydentuje w Zamościu od 2002 r., ta kadencja jest trzecia.

Pierwszą zaczął od odchudzania, jak dziadek Maurycy Klemens w latach 20.: zwolnił część urzędników, sobie pensję obniżył o 30 proc., szefom spółek komunalnych – o połowę. W 2004 r. w Zamościu padał zadłużony szpital, Zamoyski spotkał się z załogą i proponował: personel zrzeka się części wynagrodzeń, resztę długów spłaca miasto, szpital przekształca się w spółkę pracowniczą. Tak się stało, szpital pracuje.

W 1833 r. Konstanty Zamoyski, ordynat XIII, podzielił zarząd ordynacji na cztery działy: administracja, ekonomiczny, prawny i polityczny. Pańszczyznę zastąpił czynszem, w połowie wieku już prawie wszyscy chłopi w ordynacji woleli pracować na swoim, panu płacąc czynsz. Folwarki Konstanty oddał dzierżawcom, były przypuszczenia, że oszalał.

Szarogęsi się, mówią przeciwnicy Marcina Zamoyskiego, sobiepan, jaśnie pan, urąga demokracji. W kampanii 2010 r. odmówił publicznej debaty z kontrkandydatem z PiS, byłym dyrektorem pływalni, posłem. Dziś poseł nie chce się na temat prezydenta wypowiadać – nie dlatego, żeby się obawiał, ale wszystko już powiedział. W 2005 r. przed pałacem Zamoyskich w Zamościu stanął pomnik hetmana Jana Sariusza – o budowę zabiegała fundacja Morando, ale teraz pradziad prezydenta, siedząc na koniu i unosząc w górę buławę, spogląda na swoje miasto, spotyka wzrok prezydenta patrzącego na pomnik z okna mieszkania w rynku. To jest oś, która w Zamościu krępuje przeciwników politycznych, zwłaszcza podatnych na kompleksy.

Marcin Zamoyski, były operator filmowy, mówi podkręcając wąsa: Gdzie indziej bym prezydentem nie chciał zostać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Miliard ludzi na świecie głoduje. Dlaczego? Bo jest okradanych przez nas – silniejszych i bogatszych

Rozmowa z Martínem Caparrósem, argentyńskim pisarzem, autorem zbioru reportaży „Głód”, o tym, dlaczego prawie miliard ludzi nie ma co jeść – mimo że żywności mamy aż za dużo.

Paulina Wilk
29.03.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną