ROZMOWA: Socjolog o strategii Jarosława Kaczyńskiego

Robespierre Kaczyński
O tym, kto popiera PiS, o spiskowej teorii świata, o strategii prezesa Kaczyńskiego oraz o tym, dlaczego Donald Tusk powinien podejmować dialog z jego wyznawcami – mówi socjolog, prof. Edmund Wnuk-Lipiński.
Jarosław Kaczyński na Krakowskim Przedmieściu, 10 kwietnia 2011 r.
Marek Lapis/Forum

Jarosław Kaczyński na Krakowskim Przedmieściu, 10 kwietnia 2011 r.

Prof. Edmund Wnuk - Lipiński.
Darek Iwański/Forum

Prof. Edmund Wnuk - Lipiński.

Krakowskie Przedmieście, 10 kwietnia 2011 r.
Marek Lapis/Forum

Krakowskie Przedmieście, 10 kwietnia 2011 r.

Grzegorz Rzeczkowski: Wiele osób zbulwersowały słowa Jarosława Kaczyńskiego wypowiedziane w rocznicę katastrofy smoleńskiej.

Edmund Wnuk – Lipiński: Mnie również.

Zamiast podsumowania żałoby i refleksji, usłyszeliśmy, że „ci, którzy chcieli zabić pamięć, przegrali” i że ofiary katastrofy zostały „zdradzone o świcie”.

One miały nadać sens bycia razem i spoistość wyznawcom prezesa PiS. Bo jeżeli nastąpiła zdrada, czyli coś niezwykle ohydnego, to musiało być to działanie z premedytacją. Nie ma zdrady bez premedytacji. Jeśli zaś jest premedytacja, to musi być ktoś, kto jest jej nośnikiem, czyli zdrajca. Zresztą plakaty i transparenty, które górowały nad zgromadzonym na Krakowskim Przedmieściu tłumem, nie pozostawiały wątpliwości, kim są ci zdrajcy. Dopowiadały to, czego prezes nie dopowiedział.

Jest w tym mistrzem świata.

Jarosław Kaczyński stosuje taki zabieg erystyczny polegający na niedopowiedzeniach. One budują atmosferę zagrożenia i pozwalają wielorako interpretować stwierdzenia niekiedy bardzo bulwersujące, ale nieuchwytne empirycznie. Ale właśnie taka jest konwencja tych przemówień. Ich interpretacji dokonują akolici, z namaszczenia lidera. Jeśli któryś nie potrafi wczuć się w myśli lidera, nie odgadnie ich trafnie, jest odsuwany, albo wyrzucany jako zdrajca. Zresztą nie zawsze muszą to robić, bo wyznawcy wiedzą, co wódz ma na myśli.

Proszę jeszcze zwrócić uwagę na jedno - jaki postulat dominował na Krakowskim Przedmieściu podczas rocznicy katastrofy – „chcemy prawdy”. Ale „chcemy prawdy” nie w sensie empirycznym, tylko aby nasz sposób postrzegania rzeczywistości i tego, co zdarzyło się w Smoleńsku był powszechny.  To jest w swoich podstawach trochę kantowskie. Dlatego ci, którzy myślą, że raport Millera zmieni nastawienie do katastrofy i jej przyczyn wśród wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, bo zobaczą nagie fakty, nawet stuprocentowo udokumentowaną są w błędzie.

Bo oni wiedzą swoje?

Bo ta katastrofa była tak wielką tragedią, że przykładanie do niej etykiety „katastrofa komunikacyjna” jest zbyt prozaiczne. Według wyznawców, musiało być coś więcej, bo nie dałoby się jej zmitologizować. Jeśli więc Smoleńsk miał być podstawą nowej mitologii założycielskiej, to nie ma wyjścia – musi być czymś więcej niż katastrofą komunikacyjną. Musi być spiskiem, a nawet zamachem.

Powinniśmy bać się PiS i jego lidera? Czy nie jest to jednak złudne kreowanie niebezpieczeństwa?

Lekceważenie tego, co chce skonstruować Jarosław Kaczyński  jest błędem. Przypomnijmy sobie – odwołując się do pewnej analogii historycznej, choć innej niż ta, do której wielu nawiązuje patrząc na płonące pochodnie – jak przebiegała rewolucja lutowa w 1917 roku w Rosji. Ta wierzgająca kobyła została osiodłana i w końcu ujeżdżona przez nie więcej niż 10 tys. bolszewików. Mała, dobrze zorganizowana grupa kwestionująca prawomocność procedur demokratycznych, może być poważnym problemem w demokracji.

Jednak prezydent i premier w swych wypowiedziach po rocznicy smoleńskiej dość lekceważąco odnosili się do ekscesów polityków PiS.

To nie jest dobra droga. Lekceważenie tylko utwardza, bo jest odrzuceniem. Nie chodzi oczywiście o to, by ten ruch przyjąć, bo on na mocy definicji nie może i nie chce być przyjęty, bo oznaczałoby to zdradę. Ten ruch trzeba rozbroić i z powrotem wprowadzić w przestrzeń państwa demokratycznego i jego reguł.

Ale to oznaczałoby konieczność podjęcia rozmów. Jak pan wyobraża sobie dialog premiera Tuska z prezesem Kaczyńskim, albo jego – jak pan mówi - wyznawcami?

Nie muszę sobie tego wyobrażać. To zadanie dla polityków, z którego powinni się wywiązać. Polityka to jest właśnie sztuka wychodzenia obronną ręką z trudnych sytuacji, znajdowania recept na tego typu zagrożenia.

Politycy rządzącej PO pewnie zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale najwyraźniej nie mają pomysłu, jak sobie z tą sytuacją poradzić.

Podczas rocznicowych uroczystości po raz kolejny okazało się, że PiS może liczyć na poparcie ze strony części duchowieństwa.

Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się podzielić Kościół. Jeśli popatrzymy na wypowiedzi hierarchów, to większość z nich opowiada się za prezesem PiS. Kościół zapomniał o bolesnej lekcji z początku lat 90. - gdy wchodzi w politykę, wychodzi z niego religia. Staje się jeszcze jednym z graczy politycznych, odchodząc tym samym od nauczania społecznego Jana Pawła II.  

Jarosław Kaczyński jest politykiem, który neguje wszystko, co nie pochodzi z jego strony barykady. Jest antysystemowy, a czy po ostatnich wypowiedziach nie stał się przypadkiem antypaństwowy?

Nie powiedziałbym, że jest antypaństwowy. On jest przeciwko temu państwu, w którym nie sprawuje władzy. Bo w definicji Kaczyńskiego i jego wyznawców, polskie państwo jest prawdziwie suwerenne i prawdziwie polskie tylko wtedy, jeżeli „my” mamy władzę. Wtedy jest silnie propaństwowy, co więcej, podnosi jego znaczenie ponad zwykłą miarę. Jeśli zaś PiS traci tę władzę, to państwo automatycznie nie jest już „ich”. Z takim państwem należy wówczas walczyć.

Dlatego według Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów Polska po 1989 roku była naprawdę suwerenna tylko w latach 2005 – 2007, a więc wtedy, gdy rządził PiS. Ta partia w pozytywnym sensie odwołuje się jeszcze do krótkiego epizodu premierostwa Jana Olszewskiego. W czasie debaty nad odwołaniem swego rządu wypowiedział on znamienne słowa, które są fundamentem myślenia o Polsce dla Prawa i Sprawiedliwości. Powiedział, że nie jest ważne, jaka będzie Polska, ale czyja ona będzie. To wszystko, co się teraz dzieje, jest konsekwencją tego stwierdzenia.

Do czego pana zdaniem doprowadzi to napięcie? Za chwilę rozpocznie się kampania wyborcza, podczas której na pewno padną jeszcze mocniejsze słowa.

Napięcie z pewnością będzie narastać. Jeżeli nie rozładuje się go, to sądzę, że gdy PiS przegra wybory, postawi zarzut sfałszowania ich przez PO. Przygotowania propagandowe już trwają, słychać to od czasu wyborów samorządowych, po których ze strony PiS padły pierwsze oskarżenia o manipulacje. Jarosław Kaczyński ostrzegał niedawno, że dwudniowe wybory sprzyjają fałszerstwom wyborczym i dlatego PiS powinien mieć w każdej komisji wyborczej swojego człowieka. Spodziewam się, że prezes przyjmie zasadę pars pro toto, czyli małą część weźmie za całość i dokona stosownych uogólnień, bo do pewnych nieprawidłowości w głosowaniu dojdzie, co jest zupełnie normalne przy tej liczbie głosujących.

Jeśli Kaczyński wypowie legitymację wybranym władzom – nie tylko moralną, z czym mamy teraz do czynienia, ale także polityczną – to znaczy zakwestionuje reguły wyborcze, reguły demokratyczne. To najkrótsza droga do tego, abyśmy znaleźli się w sytuacji, gdy największa partia opozycyjna wypowie tym regułom lojalność, a demokracja wejdzie w fazę dekonsolidacji. Nie chcę nawet sobie tego wyobrażać. Powiem tylko, że może wówczas dojść do eskalacji agresji, nie tylko w warstwie słownej.

Czytaj także

Polityka Cyfrowa

Teraz miesiąc od nas w prezencie!

Zaprenumeruj

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj