Polska polityka: hasła i obrazki

Rozmemłanie
Polityka stała się komiksem, dominują obrazy i dymki. Obywatele czują się niby poinformowani, ale w istocie dostają potężną dawkę urywanych, coraz krótszych przekazów, niejako atomów info-ideo, które nie mają niczego rozjaśniać, ale ich oszołomić.
Debata o zawartości polskich lodówek pod rzadami PO - temat dwóch ostatnich kampanii parlamentarnych.
Corbis

Debata o zawartości polskich lodówek pod rzadami PO - temat dwóch ostatnich kampanii parlamentarnych.

Maj 2008 r. Premier Tusk z żoną w Peru. Jednym z głównych tematów towarzyszących tej wizycie było nakrycie głowy szefa polskiego rządu.
Radek Pietruszka/PAP

Maj 2008 r. Premier Tusk z żoną w Peru. Jednym z głównych tematów towarzyszących tej wizycie było nakrycie głowy szefa polskiego rządu.

Jeszcze jeden tzw. temat zastępczy - zaklejone napisy pod wystawą o katastrofie smoleńskiej w Europarlamencie.
Wiktor Dąbkowski/PAP

Jeszcze jeden tzw. temat zastępczy - zaklejone napisy pod wystawą o katastrofie smoleńskiej w Europarlamencie.

Tak jak zdjęcia ze słynnej już wystawy PiS w Brukseli na temat katastrofy smoleńskiej: obrazy i podpisy, niby prawdziwe lub je udające, ale w sumie tworzące całkowicie subiektywny, ideologiczny przekaz. Zasłonięte, czyli „ocenzurowane”, podpisy są jeszcze gorętszym przekazem, właśnie dlatego że ich nie widać.

Taki komunikat, jaki chcieli przekazać organizatorzy wystawy z PiS, to kwintesencja dzisiejszego porozumiewania się polityków z publicznością. Wynik zdominowania życia publicznego przez obraz, słowo, akcję, happening, przez wyrazisty znak, który wysyła się, aby istniał samodzielnie, już bez udziału nadawcy.

Drugim przykładem z ostatnich dni jest zamieniona tablica w Smoleńsku, obecna jako ikona w każdej telewizyjnej stacji, wręcz jako wystrój studia. Najważniejszy był sam obraz, on mówił i miał samoistną ideologiczną wagę; wszystkie komentarze, tłumaczenia, spory nie miały już tej siły. Wygrała sama tablica. Ona wbiła się w świadomość, a jej przekaz oczywiście nie jest neutralny. Bardziej już rzeczywistości politycznej rozłożyć na czynniki pierwsze się nie da.

Teoria memu

Wystawa i tablica to przykłady czegoś, co nazywalibyśmy politycznymi memami. Pojęcie memu (od gr. mimesis, czyli naśladownictwo) wprowadził Richard Dawkins w książce „Samolubny gen”. Dawkins rozumiał to jako jednostkę kulturowej informacji. Nas najbardziej przekonuje określenie, iż mem to zaraźliwy wzorzec informacji, powielany przez pasożytniczo zainfekowane ludzkie umysły i modyfikujący ich zachowanie, powodujący, że ludzie reprodukują i rozprzestrzeniają ten wzorzec.

To taki twór, który bardzo dynamicznie, w ciągłym ruchu, próbuje skontaktować się z odbiorcą, przybierając postać krótkiego, wyraźnego komunikatu, obrazu, znaku, chwytliwego słowa czy zdania, by zawładnąć jego wyobraźnią. Zaczyna żyć niezależnie od kontekstu, w którym powstał.

Polityczny mem, zawierając znane wcześniej elementy propagandy, staje się jednak nową jakością przez swoją punktową naturę, maksymalne skondensowanie, to już nawet nie skrót myślowy, ale skrót skrótu. Coraz wyraźniej memy zastępują tzw. narrację, bo publiczność traci cierpliwość do jakichkolwiek dłuższych form. Mem polityczny to niejako kwant ideologicznej perswazji: agresywny, bezdyskusyjny, choć czasami pozornie wieloznaczny, niedający się logicznie podważyć, bo operujący w sferze emocji. Naśladujący rzeczywistość, podszywający się pod nią, a jednocześnie ją zafałszowujący.

Na mem można odpowiedzieć skutecznie tylko memem. Nie ma tu równowagi. Przykład: „brak niezbędnych reform” jest memem, ale już projekt konkretnej reformy memem nie jest. Memem jest „drożyzna”, ale memem nie jest stwierdzenie „wypadamy dobrze na tle Europy”. Memem jest „paliwo po 5 zł”, ale nie jest nim „skomplikowana sytuacja na światowych rynkach paliw”. Ta polityczna formacja, której ideologiczny przekaz łatwiej opowiedzieć memami, ma naturalną przewagę nad przeciwnikiem.

Całkowity zanik wspólnego języka w polskiej polityce wynika również z tego, że nie ma w nim już praktycznie całych zdań, są tylko pojedyncze słowa, ideologiczne rdzenie, runy. Wysyłane są kodowane komunikaty do grup wyborców, wyznawców, sympatyków. Z braku akceptowanego powszechnie systemu logicznego, wspólnej znaczeniowej bazy, nie ma dialogu. Doskwiera to teraz bardziej niż kiedykolwiek. Wydaje się, że najpierw media rozpoczęły tworzenie memów, zaczęły skracać rzeczywistość do zdań na pasku u dołu ekranu. A potem politycy dostosowali się do tego i zaczęli sami memy wytwarzać. Powstał zamknięty obieg, gdzie trwa licytacja, kto wyprodukuje prostszy i bardziej „zaraźliwy” przekaz, memowego wirusa.

Inwazja obrazów

Jeśli jeszcze niedawno obrazy i proste frazy funkcjonowały niejako same w sobie, teraz stają się nowym typem znaków kultury masowej, nabierają dodatkowych sensów, są też używane jako narzędzia w walce politycznej w niespotykanej wcześniej skali. Możemy wręcz mówić o zmianie jakościowej, nie tylko ilościowej. Na razie jesteśmy, zdaje się, dopiero na początku tej drogi, co wcale nie musi być pocieszające. To kolejny etap tak zwanej tabloidyzacji. Da się ją zdefiniować jako upraszczanie przekazu do granic wręcz absurdalnych, zastępowanie argumentacji właśnie emocjami, łowienie sensacji i inwazję rozrywki. I wreszcie całkowite porzucenie hierarchii spraw. Wszystko jest równie ważne, co nieważne. Podważenie hierarchii jest konieczne, aby każdy wrzucony znak zyskiwał uwagę.

Cała kolekcja takich memów jest związana z katastrofą smoleńską. To te wszystkie obrazy, które pokazują miejsce katastrofy tuż po zdarzeniu jak i w następnych miesiącach. Ekspresja tych zdjęć nie tylko służy naturalnemu podtrzymaniu żałobnej pamięci, ale często tworzy swoisty serial oskarżenia, gdy widzimy osierocone i zaniedbane szczątki samolotu, złamaną brzozę, nędzny stan lotniska, brud i błoto. Gdzieś tam w tle pobrzmiewają słowa Joachima Brudzińskiego o zwłokach Lecha Kaczyńskiego leżących w „ruskiej trumnie”. Zresztą z reguły, by zdjęcie zagrało, zostało odebrane jako dowód na tezę, musi być podparte objaśnieniem, jakimiś pojęciami, wtedy dopiero tworzy całość bardziej kompletną.

Główny scenarzysta

Liczne memy są produkowane przede wszystkim wedle scenariusza ułożonego przez Jarosława Kaczyńskiego. Ten polityk po raz kolejny narzuca świadomości zbiorowej swój język opisu, swoją opowieść, a jej cechą jest niezwykle łatwa do uchwycenia i odtworzenia w wielu formach obrazowość, wyraźność, tendencyjność, aplikowana krótkimi formami. Tezy i poglądy prezesa są tak silne i tak agresywne, że łatwo dają się przenieść bez poprawek jako hasła na transparenty, dają się ponieść w nocnych pochodach z płonącymi pochodniami, wykorzystać w czuwaniu przy krzyżu, a także w wielu gorących przemówieniach sejmowych czy telewizyjnych.

Skala tego rodzaju ekspresji i manifestacji jest dzisiaj nieporównanie większa niż kiedykolwiek po 1989 r. W jakimś sensie można nawet powiedzieć, że to, co przynosi nowoczesność – czyli nowy sposób komunikowania się ludzi, posługiwanie się komunikatami, które błyskawicznie trafiają do milionów – jest wykorzystywane dla treści anachronicznych i zdawało się, w tej postaci i w tych sensach w Polsce XXI w. już nie do zastosowania.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną