Kraj

KUL już nie jest cool

Katolicki Uniwersytet Lubelski - nowy bastion radykałów

Abp Józef Życiński próbował powstrzymywać radykałów, chcących zagościć na KUL-u. Abp Józef Życiński próbował powstrzymywać radykałów, chcących zagościć na KUL-u. Dorota Awiorko - Klimek / Fotorzepa
Katolicki Uniwersytet Lubelski niepostrzeżenie został zdominowany przez prawicowych radykałów. Im bardziej się radykalizuje, tym niżej spada w rankingu wyższych uczelni.
Na najstarszej katolickiej uczelni w Polsce nowe trendy są słabo widoczne.Wojciech Pacewicz/PAP Na najstarszej katolickiej uczelni w Polsce nowe trendy są słabo widoczne.
KUL wydaje się żyć głównie świetlaną przeszłością, stopniowo tracąc prestiż.Iwona Burdzanowska/Agencja Gazeta KUL wydaje się żyć głównie świetlaną przeszłością, stopniowo tracąc prestiż.

Artykuł w wersji audio

Krzysztof Kozłowski z „Tygodnika Powszechnego”, który w latach 70. i 80. wykładał nauki polityczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, nie potrafi wskazać dokładnie, kiedy nastąpiła na uczelni przemiana w duchu katolicko-narodowym. Pamięta, że gdy podczas swoich wykładów zaczynał mówić o trudnych relacjach polsko-żydowskich czy polskim antysemityzmie, podrywał się zwykle tylko jeden ze studentów. – I próbował mi tłumaczyć, że się głęboko mylę – opowiada Kozłowski. – Potem objaśniał, że sytuacja jest groźna i niepotrzebnie mam pretensję do rodaków, skoro zło wciąż się czai.

Kozłowski przyznaje, że zjawisko było marginalne i nikt w oazie wolności, jaką był wówczas KUL, nie przywiązywał do takich wybryków większej wagi. Poczuł się zaskoczony dopiero w 1996 r., gdy grupa profesorów KUL z Ryszardem Benderem na czele zaprotestowała przeciw przyznaniu Władysławowi Bartoszewskiemu nagrody biskupa Essen, kwestionując jego zasługi dla katolickiej nauki społecznej. „Co chce osiągnąć katolicyzm, skoro takim osobistościom nadaje rangę przykładu” – pytali naukowcy w swoim liście otwartym.

– To nie był żaden wybryk, bo za tym stała grupa wykładowców z endeckimi korzeniami – mówi Kozłowski. – To oni później przez lata oswajali studentów z myślą, że Kościół jest zagrożony i trzeba go bronić przed liberałami, którzy potrafią do niego przeniknąć nawet jako biskupi.

Krzysztof Kozłowski uważa, że to właśnie wtedy, a nie po słowach reżysera Grzegorza Brauna, który nazwał lubelskiego arcybiskupa Józefa Życińskiego łajdakiem i kłamcą, KUL zaczął podążać w stronę nacjonalistycznego zaścianka, a margines zamienił się w główny nurt.

Dołożyć elitom

Za PRL katolicki uniwersytet w Lublinie był uczelnią względnie elitarną i na tle innych wyjątkową. Był oazą wolności od oficjalnej ideologicznej doktryny PRL, utrzymywaną ze składek wiernych, niewiarygodną mieszanką hipisów, punków, trockistów, socjalistów i narodowców. Trafiali tam ludzie z wilczymi biletami, którzy nigdzie indziej studiować by nie mogli.

– Wybierali KUL, bo nie było tam indoktrynacji – wspomina prof. Mirosław Filipowicz, który w latach 80. studiował na katolickiej uczelni. – I niezależnie od tego, jakie kto miał poglądy, toczył się tam spór naukowy, a nie światopoglądowy. Ale też wybierali, bo stosunkowo łatwo było się tam dostać i uciekali choćby przed wojskiem.

Kiedy w 1989 r. kończył się komunizm w Polsce, na tej elitarnej uczelni studiowało 2,5 tys. studentów, dziś 20 tys. Swój dzisiejszy egalitaryzm KUL zawdzięcza ks. prof. Stanisławowi Wielgusowi, ówczesnemu rektorowi, który zdecydował o otwarciu się uniwersytetu na lud, gdy zajrzało mu w oczy widmo bankructwa. Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusowego jest dziś kościelną szkołą wyższą, ale finansowaną przez państwo, jak wszystkie uczelnie publiczne. O katolickim charakterze uczelni decyduje dziś nadzór, który w imieniu Konferencji Episkopatu Polski sprawuje nad uczelnią Wielki Kanclerz w osobie metropolity lubelskiego. (Jednocześnie KUL podlega kontroli państwa). Ponadto tok studiów zgodny jest nie tylko z programami kierunków na państwowych uczelniach, ale także z normami watykańskiej Konstytucji Apostolskiej, dotyczącej uniwersytetów katolickich. Studentem KUL może być dziś każdy, bez względu na wyznawaną religię, pod warunkiem, że podpisze deklarację akceptującą katolicki charakter uczelni.

– KUL znakomicie sobie radził, gdy brakowało wolności – dodaje profesor. – Ale gdy wolność zapanowała, KUL przestał być wyjątkowy.

Stał się jedną z wielu wyższych uczelni, dodatkowo dotkniętych syndromem regionalizacji. Kiedyś zjeżdżali tu studenci z całego kraju, dziś dominują ci z lubelskich i tarnowskich miasteczek i wsi oraz z Podkarpacia.

– To często ludzie wychowani w duchu ludowego katolicyzmu, ale uniwersytet jest po to, by otworzyć przed nimi świat – dodaje prof. Filipowicz.

Jego zdaniem, jeśli szukać korzeni konserwatywnej rewolucji, która dotyka dziś uczelni, trzeba się cofnąć do końcówki lat 80. kiedy to powstał Akademicki Klub Myśli Społeczno-Politycznej Vade Mecum. Głównym celem klubu było propagowanie myśli narodowo-katolickiej. Nikt też nie ukrywał, że chodzi o przygotowanie kadr dla wolnej i katolickiej Polski. Innej wolności klubowicze sobie wtedy nie wyobrażali. – Na studiach szukałem czegoś, co odpowiadałoby moim zainteresowaniom – tak o swojej drodze do Vade Mecum opowiadał były poseł Artur Zawisza. Gdy się wybił, przeniósł się do ZChN. W tym samym czasie działał tam również jeden z późniejszych ideologów Radia Maryja, obecny profesor KUL, Mieczysław Ryba.

Środowisko katolicko-narodowe tworzyło się wokół takich postaci jak prof. Ryszard Bender, ks. prof. Czesław Bartnik, późniejszy publicysta „Naszego Dziennika”, czy prof. Piotr Jaroszyński, współtwórca LPR i ideolog Radia Maryja. To właśnie ta grupa nada ton mediom ojca Rydzyka, włączy się w budowę LPR czy narodowego skrzydła PiS.

Na KUL mówi się o nich: grupka prawicowych radykałów, niereprezentatywna dla całej społeczności. Ale to właśnie oni są najbardziej aktywni i widoczni. Dla nich głównym, znienawidzonym wrogiem nie byli wcale komuniści, ale rozsadzający Kościół od wewnątrz przedstawiciele nurtu umiarkowanego, reprezentowanego przez „Tygodnik Powszechny”.

Ówczesny publicysta „Tygodnika” Adam Szostkiewicz opowiada, że z początkiem lat 90. rozpoczęła się na KUL moda na atakowanie krakowskich katolików z Wiślnej. – Na spotkania z nami przychodziły „pistolety” od Marka Jurka i rozpoczynał się atak na elity.

W zamkniętym kręgu

– Pierwszy raz zaniepokoiłem się pod koniec lat 90. – opowiada jeden z wykładowców – gdy nazwiska kilku naszych profesorów zaczęły regularnie pojawiać się w „Naszym Dzienniku”.

To oni wytykali rządzącym zdradę Boga i ojczyzny. – Jest to środowisko zamknięte – mówi ks. profesor Alfred Wierzbicki. – Sesje i sympozja, które profesor Jaroszyński organizuje ze szkołą ojca Rydzyka w ramach swojej katedry, to rodzaj monologu naukowego, w którym biorą udział sami swoi.

Zanim jeszcze powstała w Toruniu wyższa szkoła ojca Rydzyka, którą wspierało wielu profesorów z Lublina, zaczęto mówić, że KUL staje się zapleczem intelektualnym toruńskiego katolicyzmu.

– Jeśli weźmie się pod uwagę skalę zjawiska, nie da się udowodnić tej tezy – mówi ks. prof. Andrzej Szostek, były rektor KUL i uczeń Karola Wojtyły. – Można powiedzieć wręcz coś odwrotnego, że ojciec Rydzyk otworzył nową katolicką uczelnię, bo mu się KUL nie podoba.

Ks. profesor Szostek przyznaje jednak, że w ostatnich latach uaktywniła się grupa prawicowych radykałów. – To było na zasadzie przejścia z jednej skrajności w drugą – tłumaczy. – Przez wiele lat uniwersytet chronił nas przed ideologizacją, aż sam zaczął na nią chorować.

Ks. profesor Szostek mówi, że gdy był rektorem, starał się unikać rozstrzygnięć administracyjnych, by nie być posądzanym, że uderza w pluralizm uczelni. Dlatego na powtarzające się pytanie, dlaczego nie wyrzuca profesora Bendera, odpowiadał, że nie może nikogo usunąć, dopóki nie popełni on przestępstwa.

– Gdybym to zrobił, doczekałby się aureoli męczennika – mówi ks. prof. Szostek i dodaje, że radykalizm wykorzystał tradycyjną kulowską tolerancję dla inaczej myślących. – Ale nie ma też mechanizmów obronnych przed poglądami, które nie powinny być już tolerowane – dodaje.

Wielki wentyl bezpieczeństwa

M., trzydziestoletnia absolwentka KUL, mówi, że już kilka lat temu widać było, że radykałowie krzepną i zaczynają dominować. Gdy studenci zaprosili na spotkanie redaktora naczelnego „GW” Adama Michnika, to trzeba było go wpuścić bocznym wejściem. – Bo przed głównym wejściem stali aktywiści uczelnianej Młodzieży Wszechpolskiej z jajkami – opowiada M. i przypomina, że mniej więcej w tym samym czasie ze wszystkimi honorami witano na KUL ojca Tadeusza Rydzyka, fundując mu owacje na stojąco. – A na nas pisano donosy i robiono uwagi: jak mogliśmy zaprosić kogoś takiego jak Michnik.

Kiedy pół roku temu M. na kolejnym spotkaniu rocznicowym podziękowała byłemu rektorowi Szostkowi za opiekę, wsparcie i ochronę przed atakami, ten odparł tylko:

– Nawet nie wiecie, ile tych ataków było.

Bo rektor KUL, jak tłumaczy jeden z naukowców, będąc osobą duchowną, podlega różnym naciskom, które są wypadkową sporu toczącego się od lat w episkopacie. KUL jest więc tylko lustrem podziałów w polskim Kościele.

– Rektorzy, jak baletnice, próbują tańczyć między kropelkami deszczu i coraz trudniej udaje im się wyjść z ulewy suchą stopą.

Jednym, jak rektorowi Andrzejowi Szostkowi, udawało się to lepiej, innym, jak obecnemu rektorowi Stanisławowi Wilkowi, znacznie gorzej.

Do niedawna w system był wmontowany jeszcze jeden wentyl bezpieczeństwa w postaci Wielkiego Kanclerza, który jako biskup lubelski sprawował nadzór nad uczelnią. Gdy biskupem był Józef Życiński, hamował radykalne zapędy na KUL. – Gdy na uczelni pojawiał się Rydzyk, następnego dnia rektor tłumaczył się z tego w kurii – mówi wykładowca J. od dziesięcioleci związany z katolicką uczelnią. – W ten sposób Wielki Kanclerz stał na straży uniwersytetu otwartego, ale unikającego skrajności.

Im bardziej KUL się radykalizował, tym niżej spadał w rankingu wyższych uczelni. W ciągu ostatnich kilku lat w rankingu „Rzeczpospolitej” i „Perspektyw” przesunął się z trzeciej do czwartej dziesiątki, choć wciąż jeszcze wyprzedza lubelski UMCS.

Ks. prof. Alfred Wierzbicki zwraca uwagę, że problem KUL polega również na tym, że część studentów przychodzi tu, błędnie uznając, że katolicki znaczy to samo co prawicowy, konserwatywny lub narodowy. Na uczelni szukają ludzi podobnych do siebie. Tak trafiają do dominującego na uniwersytecie środowiska akademickiego klubu Vade Mecum. Członkowie klubu twierdzą, że przez lata wojny, komunizmu i III RP ucierpiały naród i państwo. „Uprawnione wydaje się być stwierdzenie, że Polska zginęła, a Polacy wyginęli” – piszą na swojej stronie internetowej konserwatyści z KUL, zapowiadając, że ich celem jest odbudowa Polski. „Nasza działalność niekiedy przypominać może daremne wtaczanie kamienia przez Syzyfa”.

Młodym konserwatystom ten ciężki kamień próbują pomóc wepchnąć autorytety z zewnątrz – Stanisław Michalkiewicz, Wojciech Cejrowski, Janusz Korwin-Mikke, autorzy filmu „Mgła”, publicyści „Gazety Polskiej” czy „Naszej Polski”, którzy dość często goszczą na spotkaniach klubu.

Modlitwa o mądrość

Według tego samego klucza na katolicką uczelnię trafił reżyser Grzegorz Braun, zaproszony przez chrześcijańskie Stowarzyszenie Piotra Skargi, o zabarwieniu monarchistyczno-lefebrystycznym. W ten sposób radykalne grupki, korzystając z gościny KUL, próbują tu budować dla siebie przyczółki.

– Środowisko uniwersyteckie może mieć swoje enklawy radykalizmu – mówi prof. Mirosław Filipowicz, były dyrektor Instytutu Historii KUL, sygnatariusz listu otwartego, w którym potępiał występ Brauna. – Musimy jednak dbać, by nie stały się one głównym nurtem i nie zdominowały uniwersytetu. Ma on uczyć samodzielnego myślenia, a nie – jednego myślenia, ma uczyć otwartości, a nie zamykać się na innych. I bardzo wielu ludzi na KUL wciąż stara się to robić.

Były rektor ks. prof. Szostek mówi, że chciałby uchronić uczelnię przed wystąpieniami podobnymi do tego, jakiego dopuścił się Grzegorz Braun. Wie, że samo upomnienie studentów nie wystarczy. – Mnie bardziej interesuje chora grzybnia niż wyrastające z niej grzyby – mówi. – Będziemy się modlić i prosić Pana Boga o mądrość Ducha Świętego.

Radykałowie też pewnie mają swoje modlitwy.

Polityka 24.2011 (2811) z dnia 05.06.2011; Polityka; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "KUL już nie jest cool"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną