Skąd media biorą informacje

Skąd się bierze news?
Czytelnik zadający sobie pytanie, skąd my – dziennikarze – to wszystko wiemy, zdziwiłby się naszą odpowiedzią. Coraz częściej nie wiemy, skąd wiemy.
Fotoreporter Przemysław Stoppa zaczajony na plaży w Międzyzdrojach.
Leszek Zych/Polityka

Fotoreporter Przemysław Stoppa zaczajony na plaży w Międzyzdrojach.

Media zaczęły się wzajemnie kanibalizować, zbiorowo goniąc za tymi samymi bohaterami i wydarzeniami.
Leszek Zych/Polityka

Media zaczęły się wzajemnie kanibalizować, zbiorowo goniąc za tymi samymi bohaterami i wydarzeniami.

Politykom bardzo zależy na tabloidach, bo ich czytelnicy to sól elektoratu.
Mariusz Grzelak/EAST NEWS

Politykom bardzo zależy na tabloidach, bo ich czytelnicy to sól elektoratu.

Podsłuchy, przekupstwo, szantaż – sposoby zdobywania informacji przez brytyjski tabloid należący do Ruperta Murdocha wzbudziły święte oburzenie na całym świecie. W Polsce wszyscy zainteresowani zgodnie uznali, że takiego problemu u nas nie ma. Nie dodali, że jest inny. Kto wie, czy nie większy. Szybko słabnące (czytaj biedniejące) media coraz rzadziej są w stanie samodzielnie odkryć jakąś aferę, wskazać nieprawidłowości.

Wiedza pracowicie gromadzona i po wielokroć sprawdzana, wychodzona – jak to się mówi w dziennikarskim żargonie – w sferach urzędniczych, politycznych, artystycznych, policyjnych, gdzie na zaufanie informatorów pracuje się latami, to raczej dziś chlubny wyjątek niż reguła. Bo po pierwsze, na taki rzemieślniczy mozół (czyli na opłacanie ryzyka, że dziennikarz straci czas) redakcje coraz częściej nie mają pieniędzy. Po drugie, news, który nie jest newsem sensacyjnym, przyciągającym natychmiast wszystkie kamery i mikrofony, nie jest dziś żadnym newsem.

Te kilka wiadomości, które uda się znaleźć danego dnia, siłą rzeczy zaczynają żyć w zamkniętym obiegu. News wrzucony do jednego medium przetacza się przez wszystkie inne – od Internetu, przez radiowe serwisy, telewizyjne wiadomości, po poranne gazety i tygodniki. Albo na odwrót. Media zaczęły się wzajemnie kanibalizować, zbiorowo goniąc za tymi samymi bohaterami i wydarzeniami.

Skąd te newsy się biorą? Jaką metodą zdobyli je dziennikarze? I czy w ogóle musieli zdobywać? A może wymyślili, podkręcili albo sięgnęli po newsa, którego dla nich przygotowano?

Dmuchanie, czyli prawie prawda

Jak nie ma newsa, to trzeba go wykreować – ta prosta zasada najlepiej sprawdza się w mediach elektronicznych, które przez 24 godziny na dobę muszą karmić widzów wiadomościami. Najlepiej, żeby news był sensacyjny i wzbudzał strach, to widz nie przełączy na inny kanał. Dobrze, żeby news dotyczył kobiet, bo te wierniej śledzą interesujące je informacje. Ideałem jest news, z którego można zrobić serial.

Na przełomie stycznia i lutego 2010 r. kilka stacji i rozgłośni radiowych w Polsce na żywo i na gorąco zaserwowało widzom i słuchaczom serial o seryjnym gwałcicielu w Zielonej Górze – akademicki przykład metody dmuchania newsa.

Do pierwszego gwałtu w mieście doszło 9 stycznia na ul. Ułańskiej. Z takiej informacji trudno robi się newsa. Nawet zaprzyjaźnieni policjanci boją się podać namiary ofiary. Zresztą nie bardzo warto się o nie starać. Ofiary gwałtów potrzebują tygodni, żeby móc o tym mówić. A widz chciałby już i teraz. 19 stycznia wydarzył się kolejny gwałt. Sprawca był wyjątkowo brutalny. Zgwałcona i pobita prostytutka – to pobudza wyobraźnię. Przypominają się filmy o seryjnych gwałcicielach. Sprawą gwałtów w Zielonej Górze zaczynają żyć nie tylko lokalne media. I strzał w dziesiątkę. Zaledwie dwa dni później dochodzi do dwóch prób gwałtu. W obydwu wypadkach kobiety terroryzowane były żyletkami. To ważny rekwizyt. Będzie pojawiał się w tej historii jeszcze kilka razy.

Jeśli któryś redaktor wcześniej nie złapał, że Zielona Góra to supernews, na gwałt słał tam ekipę. – W mieście już przed naszym przyjazdem panowała lekka psychoza. Ale myśmy podkręcili ją na maksa. Każdego dnia robiliśmy po kilka wejść na antenę. Im więcej wejść, tym większa kasa – mówi M., jeden z dziennikarzy relacjonujący wydarzenia. Traf chciał, że po zameldowaniu się w mieście wszelkich możliwych mediów gwałty się skończyły. – Trzeba było szyć bokami, czyli robić materiały o tym, kto powinien najbardziej się bać albo jak się ochronić – mówi M.

Polowanie na gwałciciela przemieniło się w polowanie na ofiary. Pierwsza chętna na ofiarę pojawiła się 25 stycznia. 16-latka zgłosiła próbę gwałtu w parku. Jako dowód pokazywała ślady po cięciach żyletką na udach. 12 lutego gwałciciel miał uderzyć w Leśniowie. Pokrzywdzona zgłosiła się na policję. A zaraz potem – do mediów. Choć jej zachowanie wydawało się co najmniej zastanawiające, każdy chciał mieć z nią wywiad.

– Zrobiliśmy z niej bohaterkę. Nie wiem, czy zadawaliśmy sobie pytanie, czy mówi prawdę – wspomina M. Prokuratorzy bardzo szybko zaczęli drążyć tę kwestię. Jednak długo nikt nie odważył się jej postawić publicznie. – Presja była duża. Chcieliśmy wyjaśnić wszelkie aspekty. W śledztwo zaangażowano dziesiątki osób. Same akta sprawy z Leśniowa mają 14 tomów – mówi prokurator Grzegorz Szklarz, rzecznik prokuratury w Zielonej Górze.

A do mediów i prokuratury zgłaszały się kolejne kobiety, które twierdziły, że zostały zgwałcone albo napadnięte. W sumie było ich pięć. – Porzucone, niekochane kobiety, które chciały na chwilę zaistnieć w mediach. A u nas, jak w kabarecie, każdy mógł wejść na scenę i publicznie się rozpłakać – opowiada M. Ostatnie relacje z Zielonej Góry były wielką opowieścią o fałszywych zgłoszeniach. A już następnego dnia wozy transmisyjne ruszyły w inną część kraju.

Choć na miejscu obydwu gwałtów w Zielonej Górze zabezpieczono materiał genetyczny, policji nie udało się znaleźć sprawców. Sprawców, bo jednego seryjnego gwałciciela w Zielonej Górze nie było. Organy sprawiedliwości znacznie lepiej poradziły sobie z fałszywymi zgłoszeniami. Cztery kobiety dostały wyroki w zawieszeniu za składanie fałszywych zeznań. Sprawa 16-latki trafiła do sądu rodzinnego.

Ekskluzywna ściema, czyli kto z kim (dobrze) żyje

Mariusz Ziomecki, były naczelny „Super Expressu” (w latach 2003–06), za kilka tygodni otwiera sklep z markowymi kosmetykami. Ostateczne pożegnanie się z branżą medialną pozwala mu patrzeć na media z dużym dystansem. – Murdoch był zagrożeniem dla demokracji, bo był za mocny. W Polsce zagrożeniem dla demokracji są za słabe media – mówi Ziomecki. Uwaga ta odnosi się również do tabloidów, które już od dawna zamiast patrzeć elitom na ręce, wolą się z nimi dogadywać. Politykom bardzo zależy na tabloidach, bo ich czytelnicy to sól elektoratu. – Jest grupa polityków, która ma z nimi świetne układy. Dogadują się i powstają takie niby-wytropione newsy – przyznaje Wacław Martyniuk, poseł SLD.

Większość bohaterów tabloidów woli mieć kontrolę nad tym, co ukazuje się na ich temat. – Pamiętam, jak dwóch znanych aktorów serialowych wręcz napraszało się, żeby opublikować ich zdjęcia z wakacji. Jeden nawet sugerował, że mógłby zrobić coś głupiego, żeby otworzyć stronę z jego zdjęciami – mówi była redaktorka tabloidu.

Siła rażenia tych gazet jest tak duża, że nawet ci, którym tabloidy zaszły mocno za skórę, nie chcą ich krytykować. Katarzyna Skrzynecka wygrała z brukowcami pięć procesów. Pomimo to nadal zgadza się z nimi rozmawiać: – Miło, że dziennikarze tabloidów w ogóle zaczęli dzwonić, żeby chociaż czasem zweryfikować informację. Wcześniej zdarzało mi się przeczytać wywiad ze sobą, którego nigdy nie udzieliłam.

Zresztą czasem newsy są tak ustawiane, że nie bardzo wiadomo, jak napisać wniosek do sądu. Jedna z gazet kolorowych donosiła, że Skrzynecka dostaje pasztety od anonimowego wielbiciela. W Anglii informacje o prywatnych przesyłkach celebrytów były wykradane. – U nas po prostu ktoś wymyśla takie bzdury – dodaje Katarzyna Skrzynecka.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną