Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kraj

Strach się bać

Krótka historia przedwyborczych strachów

W 1989 roku idącym do wyborów ludziom Solidarności towarzyszyły okrzyki o zdradę przy Okrągłym Stole. W 1989 roku idącym do wyborów ludziom Solidarności towarzyszyły okrzyki o zdradę przy Okrągłym Stole. Jan Bogacz / Forum
Politycy przed wyborami tak straszą wszystkimi możliwymi nieszczęściami, jakie spadną na kraj, jeśli to nie oni wezmą władzę, że obywatele zaczynają się bać samej kampanii, a przy okazji i polityków.
W wyborach prezydenckich 1995 roku straszono głównie postkomunistą Kwaśniewskim.Piotr Dzięciołowski/Forum W wyborach prezydenckich 1995 roku straszono głównie postkomunistą Kwaśniewskim.
Wstąpienie do UE jak nowy rozbiór Polski - czyli referendum 2003 roku.Piotr Małecki/Forum Wstąpienie do UE jak nowy rozbiór Polski - czyli referendum 2003 roku.

Strach jest w polityce elementem stałym. Strachowi polityka, że przegra wybory, towarzyszy strach wyborcy albo przed rzeczywistością, której ma dość, albo przed zmianą, która zawsze niesie ryzyko. Te dwa strachy karmią się wzajemnie i podtrzymują.

Polskie kampanijne strachy to swego rodzaju upiorne, narodowe dziedzictwo, zombie wypuszczone z krypty z okazji kolejnych wyborów. Kustosze tej spuścizny pracę mają o tyle ułatwioną, że sporo w niej elementów odwołujących się do polskiej historii, do narodowej symboliki, do owych lęków pierwotnych, związanych z pamięcią o utracie niepodległości, o odwiecznych wrogach osaczonego z dwóch stron narodu; o częstych klęskach i niewielu zwycięstwach. Dlatego zapewne, choć dzieje ostatnich dwóch dekad wykazały, że ogromna część obaw, lęków, straszenia, kasandrycznych przepowiedni, to kompletne brednie, wciąż jest wielu chętnych do czerpania z tego rezerwuaru.

Niech pan wstanie

„Panie Janie, niech pan wstanie, bo rozkradną wszystko dranie” – wzywano w 1995 r. Jana Olszewskiego w trakcie kampanii prezydenckiej, uzupełniając apel wierszykiem: „Prezydent o czystych rękach, co przed komuną nie klęka, powstrzyma napór moskiewski, nazywa się Jan Olszewski”. Ten styl agitacji można uznać za syntezę znacznej części dorobku wszystkich kampanii po 1989 r.

Arsenał strachów budowano w początkach lat 90. szybko, bo sprzyjał temu czas transformacji. Siekierka Lecha Wałęsy przeganiała w 1990 r. czerwone pająki spod „grubej kreski” Mazowieckiego i rozbijała nomenklaturowe spółki, czyli, prościej rzecz ujmując, złodziejskie kliki. Z kolei siekierka Mazowieckiego (w spotach wyborczych obu komitetów wykorzystano to samo narzędzie) symbolizowała, że to Wałęsa odcina Polskę od Europy.

Wałęsowska wizja 100 mln zł dla każdego miała być wyrazem tego, że Polacy zasługują na więcej. Przekaz wzmacniał Stan Tymiński, zapowiadający, że tracąca suwerenność ekonomiczną Polska „stanie się enklawą białych Murzynów Europy”, a ludowy kandydat Roman Bartoszcze dopowiadał: „Nie ufaj elitom”, bo to przecież one sprawiły, że majątek wypracowany przez pokolenia jest przechwytywany przez uprzywilejowane jednostki. Leszek Moczulski mówił, że zamierza ubiegać się o stanowisko „prezydenta Rzeczpospolitej, a nie następcy Bierutów i Jaruzelskich (...), nie będę prezydentem dla kolaborantów, zbrodniarzy i przestępców przeciwko Polsce. Oni potrzebują prokuratora, nie prezydenta”. Ten wątek (teraz w przesłaniu Jarosława Kaczyńskiego) pobrzmiewa do dziś, oczywiście w zależności od aktualnego zapotrzebowania.

W miarę upływu czasu, a przecież szliśmy przez okres, gdy niemal co rok były wybory, ten arsenał uzupełniano i szlifowano. „Tak dalej być nie może” – ogłaszał w 1991 r. Sojusz Lewicy Demokratycznej – przedsiębiorstwa upadają, majątek wyprzedawany jest za grosze, rośnie bezrobocie, grozi nam galicyjska nędza. Ludowcy rozpędzali „bandę złodziei, zżerającą największe wartości narodowe”, oczywiście już nie tylko materialne, ale także tradycyjne, chrześcijańskie, ludowe, nasze własne. Konfederacja Polski Niepodległej wzmacniała przekaz wizją rozkradania majątku narodowego, który to wątek utrwalił się na wiele lat, w różnych postaciach, przeważnie jako: złodziejska prywatyzacja, zorganizowana grabież narodowego majątku, wyprzedaż rodowych sreber. Unia Pracy na przykład, podobnie zresztą jak KPN, w swojej kampanii w 1993 r. walczyła głównie z Programem Powszechnej Prywatyzacji.

Aferały muszą odejść

To wtedy wykluło się określenie liberały-aferały. Napiętnowało ono na wiele lat słabiutki polski liberalizm (dla większości partii – poza tymi, które na ich nieszczęście nazwano reformatorskimi – jego symbolem stał się Leszek Balcerowicz). I wreszcie doprowadziło w 2005 r. do zasadniczego starcia Polski liberalnej Tuska z solidarną Kaczyńskiego. Wtedy ta liberalna poległa zmrożona pustoszejącą lodówką i ugodzona spadającym na podłogę pluszakiem, bo taki miałby być efekt wprowadzenia podatku liniowego.

Prywatyzacja, tym razem szpitali, straszyła jeszcze w wyborach prezydenckich 2010 r. Wraz z reprywatyzacją stała się rekwizytem użytecznym podczas bardzo wielu kampanii, zmieniała tylko miejsca postoju, od bankrutujących przedsiębiorstw molochów szła przez edukację, mieszkania komunalne, grunty, aż do szpitali właśnie. I dziś nadal krąży po marginesach, choć udało się ją nieco wypchnąć z głównego nurtu. W obecnej kampanii najefektowniej miało być w Warszawie, przy okazji prywatyzacji stołecznego SPEC. Referendum, na którym można byłoby zbudować przynajmniej zręby kampanii, jednak nie będzie, za dużo podpisów zebrano na przykład od osób jakiś czas temu już zmarłych.

Porozumienie Centrum już w 1991 r. tworzyło zalążki pojęcia układu, który ostatecznie, jako podstawowe zagrożenie, stał się głównym celem ataku przed wyborami w 2005 r. „Taktyka strusia nie dla Centrusia” – głosiło hasło wyborcze bloku partyjnego Jarosława Kaczyńskiego o nazwie Porozumienie Obywatelskie Centrum, który nie zamierzał chować głowy w piasek przed zagrożeniem recydywą komuny, rozrastającą się korupcją i przestępczością.

W kategorii przywoływania polskich strachów bardzo dobrze wypadała Wyborcza Akcja Katolicka (budowana wokół Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego). Polakom grozić miał zalew importowanych towarów jako skutek upadku krajowego przemysłu, utrata tożsamości narodowej jako efekt rysującej się dopiero na horyzoncie europejskiej integracji, ale nade wszystko należało bronić się przez ekspansjonizmem niemieckim.

W następnych latach „niemiecki ekspansjonizm” wpisywał się w polskie kampanie coraz mocniej i coraz bardziej skutecznie. Hasło, że „obcy nas wykupią”, bardzo silnie eksploatowane w trakcie negocjacji o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, rozkwitło w trakcie kampanii przed referendum akcesyjnym. Głównymi aktorami były Liga Polskich Rodzin i Samoobrona, chociaż grunt przygotowały inne partie: przez lata pracowało nad jego efektywnością PSL. Hasło „będziemy parobkami u bauera”, które ma swój początek w kampaniach z 1991 i 1993 r., trafiło pod strzechy.

Samoobrona na swoich ulotkach ogłaszała cały plan nieszczęść, które na Polaków spadną po wejściu do Unii – Polska oczywiście straci suwerenność, bezrobocie wzrośnie do 8 mln, pogorszą się stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, cudzoziemcy, głównie Niemcy, wykupią polską ziemię. Liga Polskich Rodzin przedstawiała Unię jako masoński, bezbożny pomysł stworzony w interesie Niemców, którzy Polaków nienawidzą. Związek Socjalistycznych Republik Europejskich miał narzucić terror prawny tak w sprawach gospodarczych, jak i światopoglądowych.

Intronizacja na ratunek

Wiele z tych strachów było z powodzeniem eksploatowanych już w referendum konstytucyjnym w 1997 r., które także przygotowywało grunt prawny pod akcesję. Nie przypadkiem to właśnie wydarzenie pomogło zorganizować się Akcji Wyborczej Solidarność, najszerszemu prawicowemu frontowi, jaki pojawił się po 1989 r., a zgromadził się też wokół kilku polskich strachów. To było apogeum świetności i wpływów Radia Maryja, które stawało przeciwko czemuś, co jest gorsze niż „bolszewicka nawałnica”, co oznaczało „dechrystianizację, rozbiory i zagładę narodu” czy nawet odbieranie dzieci rodzicom.

Senator Krystyna Czuba, mocno już zapomniana ideolog obozu radiomaryjnego, mówiła i pisała wprost o spisku przeciwko Polsce, zawiązanym przez ugrupowania, które ułożyły się w Magdalence, czyli komunistów i liberałów, poza głosem większości narodu. Chciały odrzucenia prawa naturalnego, zniszczenia polskiej gospodarki, przekreślenia suwerenności Polski i Polaków. „Nie będą respektowane ludzkie prawa człowieka, podobnie jak w systemie Hitlera i Stalina” – głosiła pani senator.

Członkowie Komisji Krajowej NSZZ Solidarność w specjalnym apelu do społeczeństwa polskiego pisali: „Konstytucja przedstawiona Narodowi polskiemu przez obecny parlament w roku 1997 stanowi dla Polski zagrożenie nie mniejsze niż bolszewicka nawałnica z 1920 r. W tamtym czasie dokonano ogromnego wysiłku, aby to zagrożenie odeprzeć. Dzisiaj nazywamy to wydarzenie cudem nad Wisłą (...). Przekonani, że ludzkimi siłami trudno nam będzie odrzucić przedstawioną w referendum konstytucję, postanawiamy dokonać intronizacji Chrystusa Króla AD 1997 i wezwać wszystkich patriotycznie myślących Polaków, aby do tego aktu się przyłączyli”.

Zabieg intronizacji jednak się nie powiódł, Episkopat był dość wstrzemięźliwy i pomysł wracał później już jako inicjatywa indywidualna niektórych członków PiS.

Tak więc lata mijały, ale polskie sprawy szły tak źle, że już nie wystarczyło wezwanie Jana Olszewskiego, by obronił nas przed Moskalem, trzeba było Chrystusa Króla, a potem już właściwie wyłącznie braci Kaczyńskich. Prezydenta, który się nikomu możnemu nie kłaniał, i jego brata premiera, który potrafił bronić polskich spraw na wszystkich frontach, moskiewskim, europejskim i niemieckim w szczególności. I to nie na kolanach.

Tak pozostało do dzisiaj. To na Prawie i Sprawiedliwości, a przede wszystkim na jego liderze spoczywa obowiązek ściągnięcia z masztów tych białych flag, które co krok wywiesza Donald Tusk. Wprawdzie panu Tuskowi nie wypomina się już głośno dziadka z Wehrmachtu (tamten siew okazał się w swoim czasie owocny, co znaczy, że grunt solidnie przez lata nawożono), ale brak patriotyzmu oraz chęć służenia obcym i owszem. Lekcję o spisku Tuska z Putinem przerabialiśmy przez kilka miesięcy i na razie korepetycje zawieszono, natomiast dużo słyszymy o dramatycznie podobno niskiej pozycji Polski w Europie oraz próbach brylowania na salonach zamiast twardego załatwiania polskich spraw. Tak więc jako naród znów zostaliśmy wezwani do stanięcia w szyku bojowym i twardej walki na wszystkich frontach w obronie biało-czerwonej.

Rodowody do wglądu

W propagandzie szeptanej wątek antysemicki obecny był już od pierwszych prezydenckich wyborów, kiedy to przypisywano Tadeuszowi Mazowieckiemu żydowskie pochodzenie. Rzecz miała swoje dziwne odsłony, jak choćby oświadczenie biskupa Alojzego Orszulika, że zna drzewo genealogiczne Mazowieckiego, wyprowadzone z aktów chrztu od XV w. Wprawdzie Lechowi Wałęsie zdarzyło się publicznie podkreślać, że ma polską krew i polskie dokumenty, ale jednak był to temat dość wstydliwy i tak naprawdę rozkwitł dopiero w kampaniach następnych.

Jawnie rozwinął się w Radiu Maryja, które w 1995 r. Hannie Gronkiewicz-Waltz przypisywało takie właśnie pochodzenie, z czasem także w partiach z politycznego marginesu. Stronnictwo Narodowe Macieja Giertycha nawoływało publicznie do walki z żydokomuną i żydosolidarnością czy masońsko-żydowską mafią Okrągłego Stołu. Podobnymi argumentami szermowała Partia X Stana Tymińskiego, aż wreszcie na szersze wody wypłynął Leszek Bubel, który już w tej kwestii nie miał żadnych oporów. Jeszcze w 2005 r. w trakcie wyborów prezydenckich w swej „Odezwie do narodu” pisał, że czas, aby siły narodowo-demokratyczne odsunęły od wpływu na polskie sprawy żydokomunę, masonerię i obcych.

W kampaniach rolę straszaka odegrały też rozmaite wojny – od „wojny na górze” poczynając. W 1993 r. nawet spokojna zwykle Unia Demokratyczna straszyła, że wygrana SLD grozi rozruchami, bratobójczą walką, bałaganem i powrotem towarzysza Szmaciaka, obrzydliwego symbolu PRL.

Przed zwycięstwem Aleksandra Kwaśniewskiego przestrzegano, że może ono oznaczać kres naszych aspiracji do NATO i Unii Europejskiej oraz rozpanoszenie się dawnej nomenklatury PZPR. To przecież wydawało się tak oczywiste. Wszechogarniającemu układowi, hamującemu szanse rozwoju Polski, wydał wojnę Jarosław Kaczyński na długo, zanim wygrał wybory. Układ miała najpierw ścigać wielka Komisja Prawdy i Sprawiedliwości, a potem rozliczne służby specjalne. Państwu PiS wydała z kolei wojnę Platforma Obywatelska.

Wkroczenie polskiej polityki w czas zimnej wojny proroczo przepowiedział po smoleńskiej katastrofie Andrzej Wajda. Ale i on nie przewidział, że emocje, jakimi będzie rozgrzewana, uczynią ją jedną z najgorętszych. Obywatele z przestrachem obserwują poziom prawdziwej, a nie tylko tej politycznej, a więc po trosze udawanej nienawiści i agresji.

I tak oto narodził się nam nowy narodowy lęk. Przed politykami i polityką. Z tego strachu nie urosną międzyludzkie więzi, nie pomnoży się społeczny kapitał, nie przybędzie towaru tak w polityce deficytowego jak minimum wzajemnego szacunku, który mógłby się przełożyć na nieco większe zaufanie obywateli do polityki. Deficyt szacunku rośnie. „Niech Tusk nie cykorzy, tylko przyjdzie do naszego centrum programowego” – powiedziała Beata Kempa z PiS. Taki to już styl politycznych dam. Jak to na wojnie.

Kiedy prześledzić wszystkie kampanie – parlamentarne, konstytucyjną, akcesyjną – widać, że katalog polskich strachów jest w gruncie rzeczy taki sam. Zmieniają się partie, jedne znikają, inne powstają, ale porzucone sztandary znajdują tych, którzy chętnie poniosą je dalej. Zmieniają się poszczególne słowa w wyborczych hasłach, ale w gruncie rzeczy brzmią one bardzo znajomo. Nawet dziś, gdy sytuacja niepewna, gdy porządek europejski i światowy mocno się zachwiał, odprawiamy te swoje narodowe ceremonie wokół własnych lęków, fobii i strachów, licząc, że ów „historyczny” dorobek raz jeszcze da się ożywić i wciągnąć w wyborcze zaprzęgi.

Polityka 37.2011 (2824) z dnia 07.09.2011; Polityka; s. 16
Oryginalny tytuł tekstu: "Strach się bać"
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną