Nagła dymisja szefa ABW

Bondaryk zamyka drzwi
Dymisje na wysokich stołkach to rzecz całkowicie normalna, ale zawsze nagłe odejście szefa służby specjalnej musi budzić niepokój. Nie wiemy czy Krzysztof Bondaryk odszedł, bo tak chciał, czy został do rezygnacji zmuszony? I nigdy się nie dowiemy, bo ABW to służba tak tajna, że nawet powody dymisji opatrzone są stemplem poufności.

O nieporozumieniach na linii premier – szef ABW mówiło się od kilku miesięcy. Chodziło głównie o szykowane zmiany, coś w rodzaju reorganizacji tej instytucji. Krzysztof Bondaryk, mówiąc delikatnie, nie był zwolennikiem rewolucji. Nie podobał mu się zamysł powrotu do przeszłości, czyli podporządkowania ABW ministrowi spraw wewnętrznych, zamiast, jak jest dzisiaj, premierowi. Struktura, kiedy szef ABW podlega bezpośrednio szefowi rządu, czyni go równym ministrowi spraw wewnętrznych. Po zmianach straciłby prestiż.

Krzysztof Bondaryk sprzeciwiał się też odebraniu ABW uprawnień śledczych, bo to oznaczałoby likwidację całego pionu zatrudniającego setki funkcjonariuszy i pomniejszało rangę służby. Ale tak naprawdę nie wiemy, czy ABW sprawnie prowadziła swoje śledztwa, bowiem rzadko do opinii publicznej docierały informacje o sukcesach. Grono przygotowujące reformę ABW (m.in. minister spraw wewnętrznych Jacek Cichocki) nie miało jednak wątpliwości, że pracą śledczą powinna zajmować się policja, jest do tego lepiej przygotowana i nie ma potrzeby, aby na wzór amerykański różne służby deptały sobie po piętach i rywalizowały.

Prawdopodobnie na decyzję Krzysztofa Bondaryka (jeżeli była to jego decyzja) wpłynęła też krytyka wywołana przez dość niefortunną konferencję prasową z udziałem prokuratorów, kiedy ujawniono zagrożenie terrorystyczne ze strony krakowskiego chemika Brunona K. Donald Tusk nie krył niezadowolenia, że podczas tej konferencji padły nawoływania do rezygnacji z reformy ABW. Paradoksalnie, ujawnienie sukcesu śledczego (i znów zastrzeżenie: o ile rzeczywiście był to sukces – a to oceni dopiero sąd), spowodowało skutek odwrotny od zamierzonego i stratę punktów u szefa rządu.

Zmiana na stanowisku szefa służby specjalnej to zawsze małe trzęsienie ziemi i chwilowe osłabienie instytucji strzegącej bezpieczeństwa państwa. Przychodzi nowy szef, wprowadza swoje porządki, przyprowadza swoich ludzi. Istotne, aby odbyło się to szybko i w miarę bezboleśnie, a na to się nie zanosi, bo premier z decyzjami personalnymi zamierza się wstrzymać, podobno, do czasu ogłoszenia reformy i zmiany podległości ABW.

Na razie pełniącym obowiązki jest dotychczasowy zastępca odchodzącego Bondaryka, ale i tak wszyscy będą dywagować, kogo wyznaczy premier. Wcześniej spodziewano się, że dojdzie do wymiany Bondaryka na któregoś z policyjnych generałów. Mówiono o kandydaturze Adama Mularza, byłego komendanta wojewódzkiego w Białymstoku, a potem w Warszawie. Plotki stały się nawet wiarygodne, kiedy nowym rzecznikiem ABW został dotychczasowy rzecznik Komendy Stołecznej Policji Maciej Karczyński, zatrudniony w Warszawie przez gen. Mularza. Ale ograniczenie kompetencji śledczych ABW może oznaczać, że tą instytucją nie powinien kierować doświadczony szef policyjnych garnizonów, ale na przykład specjalista do walki z terroryzmem lub ekspert ds. bezpieczeństwa. A takich fachowców jest w Polsce przynajmniej kilkunastu. Problem polega nas tym, czy premier wie o ich istnieniu i kogo z doradców posłucha.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj