Stacje męczeństwa PiS

Rachunek krzywd
Prawo i Sprawiedliwość zawzięcie tropi polskie krzywdy w kraju i za granicą. Robi to chętnie, bo samo uważa się za najbardziej skrzywdzoną partię w historii. Swoje dzieje przedstawia jako niekończący się szlak męczeństwa. I oczekuje zadośćuczynienia.
Kolejne odrodzenie Kaczyńskiego i PiS w 2015 r. nie zamknęło rachunku krzywd. Wydaje się, że PiS sprawujący pełnię władzy wciąż pozostaje w mentalnej opozycji, że jest władzą drugiego obiegu.
Kacper Pempel/Forum

Kolejne odrodzenie Kaczyńskiego i PiS w 2015 r. nie zamknęło rachunku krzywd. Wydaje się, że PiS sprawujący pełnię władzy wciąż pozostaje w mentalnej opozycji, że jest władzą drugiego obiegu.

Lech Wałęsa urósł do roli symbolicznego wroga i krzywdziciela, bo to on był oskarżany o klęskę solidarnościowego obozu.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Lech Wałęsa urósł do roli symbolicznego wroga i krzywdziciela, bo to on był oskarżany o klęskę solidarnościowego obozu.

Nieustanne wyliczanie „niegodziwości” oraz wskazywanie i szukanie winnych demoluje życie publiczne, a politycznie czyni Jarosława Kaczyńskiego symbolicznym mścicielem.
Bartosz Krupa/EAST NEWS

Nieustanne wyliczanie „niegodziwości” oraz wskazywanie i szukanie winnych demoluje życie publiczne, a politycznie czyni Jarosława Kaczyńskiego symbolicznym mścicielem.

audio

AudioPolityka Mariusz Janicki Wiesław Władyka - Rachunki krzywd

Najgłębszym mentalnym źródłem siły PiS jest od lat promowane w społeczeństwie poczucie skrzywdzenia. Ma to wymiar polityczny, ale także psychologiczny. PiS od samego początku przyciągał ludzi w swoim mniemaniu skrzywdzonych nie tylko przez urzędy, prokuratorów, sądy, banki, izby skarbowe, pracodawców, komorników, transformację ekonomiczną i ogólnie historię – ale także przez życie i los. W przypadku motywacji wielu z nich można powiedzieć: szukaj krzywdy.

Widocznie jest coś takiego w tej formacji, co powoduje, że skupiają się wokół niej ludzie oczekujący specyficznego wspólnotowego odkupienia, zadośćuczynienia, jakiejś moralnej rekompensaty – choćby był to pozór, bo moralność PiS traktuje bardzo pragmatycznie. Zwolennicy tej partii wyraźnie potrzebują bezkompromisowego języka, uczestniczenia w czymś wielkim i ostatecznym. PiS daje im to, czego nie proponuje żadna inna partia z liberalno-demokratycznego, a więc ze zbyt schłodzonego, racjonalnego porządku: poczucie, że uczestniczą w manichejskiej walce dobra ze złem. I że nastanie kiedyś wielki zwycięski finał, który w „zwykłej” demokracji nie następuje.

Cała bezwzględność partii Kaczyńskiego, jej bardzo twardy przekaz, progowe odrzucanie kompromisu, programowa polityczna niepoprawność, a więc cechy nieprzystające do demokracji typu zachodniego, są traktowane przez jej zwolenników jako pozytywy, dowody moralnej wyższości i niezłomności.

W przekazie tego ugrupowania krzywda funkcjonuje jako pojęcie organizujące całe formacyjne myślenie, uzasadniające szczególny, ponadpolityczny status tej partii. Jej najgłębszym sensem jest bowiem wymierzenie sprawiedliwości. Janusz Wojciechowski z PiS, tłumacząc jeszcze przed wyborami konieczność wprowadzenia tzw. apelacji nadzwyczajnej, powiedział: „Bardzo ważne jest, żebyśmy nie byli tak jak dziś bezradni wobec ludzkich krzywd. Krzywda nie może być prawomocna, krzywda nie może być ostateczna, (…) muszą być otwarte drogi do przywrócenia sprawiedliwości”. Może jest więc tak, że ludzie w swoim poczuciu skrzywdzeni, naturalnie ciągną do najbardziej skrzywdzonej partii w historii, bo taki swój wizerunek PiS i jego lider tworzą od dawna.

Odtwórzmy pokrótce kilka stacji tego męczeństwa, bo ta historia ma swoje etapy.

Niedocenieni

Najpierw ten z okresu PRL, sięgający gdzieś końca lat 70., potem czasów pierwszej Solidarności i lat 80., aż po 1989 r. W różnych prawicowych opowieściach można odnaleźć głębokie pretensje o niedocenienie zasług Lecha Kaczyńskiego oraz kwestionowanie pozycji Jarosława Kaczyńskiego, nawet nieinternowanego po wprowadzeniu stanu wojennego. Dysydencka prawica pozostawała wtedy w cieniu opcji lewicowo-liberalnej, Kuronia, Michnika, Geremka, Modzelewskiego, Lipskiego. Zwłaszcza Adam Michnik został na lata ideowym przywódcą III RP i intelektualnym rywalem Jarosława Kaczyńskiego, a „Gazeta Wyborcza” stała się centralnym ośrodkiem sił wrogich prawicy.

Kaczyńscy pozostawali na drugim planie także już po rewolucji Solidarności, a rolę Lecha Kaczyńskiego w sierpniowym strajku uważano za drugorzędną. Jako mało znani lokalni działacze Kaczyńscy wkroczyli w 1989 r. do krajowej polityki i nagle, głównie dzięki Lechowi Wałęsie, stali się pierwszoplanowymi postaciami. Założyli w 1990 r. Porozumienie Centrum, które było prekursorem dzisiejszego PiS. Stali za kampanią prezydencką Wałęsy, który symbolicznie pokonał w wyborach kandydata liberalnego „salonu” Tadeusza Mazowieckiego. Już w czasie tamtej rozgrywki prawica brała odwet na dysydenckiej, inteligenckiej lewicy, triumfowała, upokarzała. Wydawało się jednak, że Kaczyńscy po zwycięstwie ich obozu uzyskali wreszcie oczekiwany prestiż, uznanie i władzę.

Wyrzuceni

Ale nastąpiła katastrofa. Wałęsa usunął Kaczyńskich ze swojej kancelarii, czując się przez nich manipulowany i skłócany z resztą postsolidarnościowych środowisk. Od tego mniej więcej momentu do przeciwników Braci dołączył po raz pierwszy „układ” powiązań dawnych dysydentów z postkomunistami, służbami specjalnymi i światem szemranego interesu. Ten system uosabiał w oczach Kaczyńskich Mieczysław Wachowski i sam Wałęsa rzecz jasna.

To przekonanie o „naruszaniu potężnych interesów”, poczucie starcia z tajemnymi, złowrogimi siłami i ich odwecie powracało potem w nowych odsłonach. W 1992 r. była słynna „noc teczek” i upadek rządu Jana Olszewskiego, którego legendę przez wiele następnych lat podtrzymywał zwłaszcza Jarosław Kaczyński, chociaż sam nie odegrał w tych wydarzeniach pierwszoplanowej roli. W dodatku w 1993 r. PC poległo w wyborach parlamentarnych, a postkomuniści powrócili do władzy. Wszystko się Kaczyńskim w ich diagnozach zgadzało, a Lech Wałęsa urósł do roli symbolicznego wroga i krzywdziciela, bo to on był oskarżany przez nich o klęskę solidarnościowego obozu.

Marginalizowani

Krzywda i smuta zapanowały na lata. Porozumienie Centrum schodziło na margines sceny politycznej. Prawica się podzieliła na wiele partyjek, a Jarosław Kaczyński stał się tylko jednym z wielu liderów drobnych ugrupowań. Znowu zepchnięto go w cień, uciekali od niego kolejni współpracownicy. Zostali tylko najwierniejsi – tzw. zakon PC. Pojawiła się opowieść o słynnej szafie pułkownika Lesiaka, w której miano gromadzić od 1992 r. materiały z inwigilacji prawicy, w tym Porozumienia Centrum. Sądowo, a proces w sprawie był prowadzony po 2005 r., afera ta co prawda nie skończyła się wyrokiem skazującym, niemniej służyła Kaczyńskiemu jako dowód prześladowań jego ugrupowania.

W końcu urosła nowa koalicyjna formacja, AWS, w której Kaczyńscy nie odgrywali jednak większej roli. Wydawało się, że kariera braci nieodwołalnie się kończy. Ale wtedy nastąpił cud: Lech Kaczyński został ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka. Niedługo potem powstał PiS, a chwilę wcześniej Platforma Obywatelska. Jakby odtwarzał się dawny układ z PC i Unią Demokratyczną. Od tego czasu PiS nabierał znaczenia, aż do wygranych wyborów w 2005 r. i prezydenckiej wiktorii Lecha Kaczyńskiego.

Napadnięci

Ale potem nastąpiła kolejna katastrofa. Po serii afer i potężnych awantur rząd Jarosława Kaczyńskiego upadł z hukiem w 2007 r. Według PiS – z powodu medialnej agresji (media to ważny krzywdziciel PiS), kontrataku „układu”, „niepogodzenia się Platformy z przegraną” i nieustannego jej jątrzenia (ten motyw powraca dzisiaj), prowokacji, nasyłania „śpiochów” i „kretów”. Następne osiem lat to czas szczególnego męczeństwa PiS, znaczonego kolejnymi przegranymi w wyborach. Jarosław Kaczyński nie mógł pozyskać elektoratu większego ponad swój stały ideologiczny przydział. Upokarzające było to, że pokonywała go „bezideowa” Platforma i „chłopiec w krótkich spodenkach” Donald Tusk. Ta niesprawiedliwość trwała najdłużej.

Zdradzeni

10 kwietnia 2010 r. to najważniejsza data w dziejach PiS. Katastrofa smoleńska. Partia zyskała namacalne potwierdzenie swojej martyrologii, mogła już bez oporów włączyć się w historyczny ciąg powstańczo-niepodległościowy (Armia Krajowa, Katyń, żołnierze wyklęci itp.). Wyjątkowo tragiczny, ale jednak wypadek lotniczy, przyjęty do wiadomości przez wiele innych rodzin ofiar, nie mógł udźwignąć wzmożonej emocji środowiska PiS. Stąd najpierw nieśmiało, a potem coraz wyraźniej pojawiała się koncepcja zamachu, a nawet polskiego udziału w zbrodniczym rosyjskim spisku. Jarosław Kaczyński mówił o „zdradzonych o świcie”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną