PiS bierze się za organizacje pozarządowe

Obywatel może odejść
PiS chce wziąć na krótką smycz organizacje pozarządowe, które są formą samoorganizacji obywateli i ich obrony przed władzą.
Piotr Gliński zarzucił TVP skrajny nieprofesjonalizm, nierzetelność. Zyskał sobie miano pierwszego dysydenta PiS.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Piotr Gliński zarzucił TVP skrajny nieprofesjonalizm, nierzetelność. Zyskał sobie miano pierwszego dysydenta PiS.

Uczelnia o. Rydzyka dostała 700 tys. zł na przypominanie o polskich zasługach w ratowaniu Żydów.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Uczelnia o. Rydzyka dostała 700 tys. zł na przypominanie o polskich zasługach w ratowaniu Żydów.

Piknik wielokulturowy Fundacji Batorego. Splecione dłonie to jeden z symboli NGO.
Maciej Stanik/Reporter, Getty Images

Piknik wielokulturowy Fundacji Batorego. Splecione dłonie to jeden z symboli NGO.

audio

AudioPolityka Ryszarda Socha - Obywatel może odejść

Zaprezentowano właśnie projekt ustawy o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego (NCRSO). Instytucja ta ma być głównym dysponentem pieniędzy przeznaczonych dla organizacji pozarządowych przez agendy rządowe. Miałaby przejąć od resortu rodziny i pracy zarządzanie Funduszem Inicjatyw Obywatelskich (FIO), a także sterować dwoma nowymi funduszami, których powstanie jest planowane. Pokieruje nią prezes powoływany przez premiera. Przewidziano też 7-osobową radę. Aż pięciu jej członków wyznaczą premier, prezydent i minister, któremu podlegają finanse publiczne, tylko dwóch wskaże Rada Działalności Pożytku Publicznego – gremium opiniodawczo-doradcze złożone z przedstawicieli administracji rządowej, samorządowej oraz organizacji pozarządowych. Mimo to nie brak w trzecim sektorze osób, które uważają, iż nie wszystkie pomysły zawarte w projekcie nadają się do kosza. Dużo większy niepokój budzą intencje oraz – przede wszystkim – okoliczności upublicznienia projektu.

Zaczęło się od ostrzału w „Wiadomościach” TVP. Uderzyły w kilka organizacji, eksponując powiązania personalne. Zaatakowano Różę Rzeplińską, córkę prezesa TK, Zofię Komorowską, córkę byłego prezydenta RP, a także Jakuba Wygnańskiego, jednego z ojców założycieli polskiego sektora pozarządowego. Jego pewnie dlatego, że był zaangażowany w NGO, w których przewijało się nazwisko Jerzego Stępnia, byłego prezesa TK, stającego twardo w obronie niezależności sądu konstytucyjnego.

Ogary poszły w las

TVP epatowała kwotami pieniędzy publicznych, które trafiły do organizacji. O tym, na co je wydano i czy są nieprawidłowości w rozliczeniach, już nie było. Niektórzy społecznicy chcą wierzyć, że atak był inicjatywą własną TVP. Premier Szydło, pytana przez „Tygodnik Solidarność” o nadszarpnięty wizerunek organizacji pozarządowych, zapowiedziała sanację, wpisując się w klimat nagonki. Zdaniem premier „rząd jest ciągle oskarżany o to, że nie budujemy społeczeństwa obywatelskiego, a przecież na ten cel przeznaczane są miliardy złotych”. Dodała, że często okazuje się, iż są to fundacje, które były podporządkowane politykom poprzedniego układu rządzącego. Niby podkreślała, że fundacje i stowarzyszenia są po to, żeby ludzie mogli się dobrowolnie zrzeszać, więc „nie może być to sterowane ani kontrolowane przez rząd czy polityków”, ale zaraz tłumaczyła, dlaczego u nas ma być inaczej: „my musimy dopiero dojść do takiego momentu, w którym politycy nie będą chcieli kontrolować organizacji społecznych”.

Zostało to odczytane jako początek rozprawy ze społeczeństwem obywatelskim. Bo ono jednak istnieje. Składa się na nie 100 tys. stowarzyszeń i 17 tys. fundacji. Nie wszystkie są aktywne. Liczbę tych czynnych szacuje się na ponad 80 tys. Nazywa się to trzecim sektorem, bo w odróżnieniu od pierwszego – publicznego – nie jest podporządkowany państwu. I inaczej niż drugi sektor (biznesowy) działa bez nastawienia na zysk (non profit). Organizacje pozarządowe nazywa się też z angielska endżiosami (od skrótu NGO: Non-Government Organization). Polakom najczęściej kojarzą się one z działalnością charytatywną, pomocą chorym i biednym. Zajmuje się tym 8 proc. organizacji. Zdecydowana większość służy ludziom do przyjemnego spędzania czasu z innymi, którzy mają podobne upodobania – np. lubią grać w piłkę albo hodować kanarki.

Najwięcej organizacji zajmuje się sportem, rekreacją i hobby (34 proc.), edukacją (15 proc.) i kulturą (13 proc.). Nawet jeśli chodzi im tylko o frajdę członków, jest to cenne. Zwłaszcza w Polsce, gdzie jest niski poziom kapitału społecznego i ludzie nie mają zaufania do osób spoza rodziny i znajomych. Połowa organizacji działa na wsi i w małych miastach. Większość wyłącznie lokalnie – w najbliższym środowisku, w gminie, powiecie.

Co to za zwierzęta?

Sektorowi obywatelskiemu w Polsce nie udało się dotąd dotrzeć do szerokich kręgów opinii publicznej z przekazem, czym jest, jaką spełnia rolę, jakimi rządzi się regułami. – Ludzie wciąż nie za bardzo wiedzą, co to za zwierzęta te stowarzyszenia i fundacje – mówi jeden z liderów. Nie udało się też zbudować niezależności finansowej. Roczny budżet połowy organizacji to nie więcej niż 27 tys. zł, a co trzecia otrzymuje mniej niż 10 tys. zł. Była szansa, że przynajmniej część NGO wzmocni się, okrzepnie i zbliży do obywateli w związku z wprowadzeniem mechanizmu jednego procentu. Chodzi o organizacje pożytku publicznego (OPP) – ok. 8 tys. stowarzyszeń i fundacji, które mają prawo do 1 proc. naszych podatków (w tym roku uzbierało się 617 mln zł).

Status OPP na wniosek organizacji z minimum 2-letnim stażem działalności przyznaje sąd rejestrowy. Wiążą się z tym dodatkowe wymogi dotyczące sprawozdawczości merytorycznej i finansowej. Sprawozdania OPP (składane według określonego wzoru) są jawne, dostępne na stronie www.pozytek.gov.pl. Jeżeli jakaś OPP nie dostarczy ich w terminie, traci w danym roku prawo do 1 proc. Jednak 1 proc. nie spełnił nadziei, jakie w nim pokładano. Głównymi beneficjentami tego rozwiązania zostali ci, których stać na wielką reklamę oraz organizacje subkontowe, zbierające pieniądze na imienne rachunki (najczęściej dla chorych dzieci). W tym roku największa z nich zebrała 144 mln zł. Subkonta nie są jawne i nie podlegają sprawozdawczości. W ten sposób duża część pieniędzy, które miały wzmocnić sektor – wbrew idei pożytku publicznego – została poniekąd sprywatyzowana. Politykom wszystkich opcji zabrakło woli albo odwagi, by to w porę skorygować.

Dziś słabe zakotwiczenie w świadomości społecznej i wątłe podstawy finansowe sprawiają, że organizacjom trudno jest się bronić przed napaściami takimi, jak ta telewizyjna. Niezorientowanymi łatwo manipulować. Na przykład podsuwając informację, że w NGO pracuje się za pieniądze, a nie tylko społecznie – jakby miało to dowodzić, że NGO to w istocie mętny biznes. W rzeczywistości połowa organizacji wciąż opiera się wyłącznie na wolontariacie – ale nie świadczy to dobrze o ich kondycji. Reszta ma także pracowników stałych (35 proc. NGO) albo dorywczych (20 proc.), którzy otrzymują wynagrodzenie. Czasem są to dużej klasy specjaliści, których ochoczo za większe pieniądze zatrudniłby biznes. W NGO trzyma ich praca dająca poczucie sensu. Podobnie jest też w innych krajach, zamożniejszych, gdzie trzeci sektor jest bardziej okrzepły, społeczeństwo zamożniejsze, hojniejsze i bardziej świadome.

Pieniędzy publicznych, o których mówiła premier Szydło, organizacje nie dostają za nic, tylko za to, że wyręczają sektor publiczny. Wykonują zadania zlecone przez ogniwa rządu i samorządu, ponieważ zwykle wychodzi to taniej. Bo pozyskują jeszcze wsparcie z innych źródeł, korzystają ze wspomnianego wolontariatu. Aż 85 proc. placówek dla bezdomnych (schronisk, noclegowni) funkcjonuje dzięki trzeciemu sektorowi. W ten sposób przetrwało też wiele szkół, które z powodu cięć kosztów w oświacie były przewidziane do likwidacji. To z NGO wychodzą innowacyjne pomysły, jak rozwiązać ten czy inny problem społeczny.

Pieniądze rządowe to ok. 15 proc. funduszy trafiających do sektora. Resztę dorzucają samorządy, UE, a część pochodzi z darowizn i z własnej działalności gospodarczej. Oczywiście można się zastanawiać, czy publiczne pieniądze to dieta zdrowa, zwłaszcza gdy stanowią one dominujące źródło finansowania (dotyczy to 29 proc. organizacji – ale zdarza się, że owe pieniądze to jedyne 4 proc. dochodów). Między organizacjami toczy się o nie ostra rywalizacja. Czasem skutkująca tzw. grantozą, czyli ustawianiem działalności pod dostępne akurat granty. I fundacja wyspecjalizowana dajmy na to w szkoleniach nagle odkłada na bok dotychczasową misję, by przerzucić się na prowadzenie obywatelskich biur porad prawnych (o czym nie ma akurat bladego pojęcia).

Miniony rok nie wskazuje na to, by rząd PiS chciał z tą patologią walczyć. Ministerstwo Spraw Zagranicznych przyznało Ruchowi Kontroli Wyborów 1,4 mln zł na prowadzenie Regionalnych Ośrodków Debaty Międzynarodowej – pozbawionemu doświadczenia w tej materii, ale za to związanemu z PiS. Wygrały też lokalne organizacje powiązane z PiS personalnie, a przepadły NGO z kontaktami, wiedzą i dorobkiem.

Uczelnia o. Rydzyka dostała 700 tys. zł na przypominanie o polskich zasługach w ratowaniu Żydów. O tym dawaniu „naszym” i odmawianiu „waszym” szerzej pisała Ewa Wilk (POLITYKA 34). A wciąż dochodzą świeże przykłady, jak choćby sprawa starań Fundacji Niezależne Media związanej z Tomaszem Sakiewiczem i „Gazetą Polską” o 6 mln zł na uruchomienie portalu poświęconego ochronie Puszczy Białowieskiej, o czym szczegółowo informuje portal OKO.press (to także jest NGO). Różne precyzyjne procedury konkursowe wypracowywane przez lata są ostatnio naruszane. Nie brak więc przypuszczeń, że nowe regulacje ustawowe mają ułatwić to dawanie „swoim”.

Jak się tresuje NGO

– Gdyby chodziło tylko o to, do kogo trafią rządowe pieniądze, to nie byłoby bezpośrednim zagrożeniem dla społeczeństwa obywatelskiego – mówi Katarzyna Batko-Tołuć z Watchdog Polska. Lecz niepokój w polskich NGO wzmaga to, co się dzieje na Węgrzech i w Rosji. Ekipa Viktora Orbána atak na trzeci sektor rozpoczęła od medialnej nagonki na organizacje dystrybuujące fundusze norweskie. Norwegia w zamian za dostęp do wspólnego europejskiego rynku przekazuje spore kwoty na pomoc rozwojową mniej zamożnym państwom Unii (dla samych Węgier to ponad 150 mln euro w latach 2014–21). Norwegowie przeznaczają swoje pieniądze na rozwój społeczeństwa obywatelskiego, ochronę mniejszości. Jednak rząd Fideszu zaalarmował, że tą drogą Oslo próbuje wpływać na bieg węgierskiej polityki, łoży na opozycję i krytyków rządzącej partii.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną