Sejm Młodzieży niewiele różni się od oryginału. Młodych rodaków słucha się ze smutkiem i przerażeniem
Bierzemy udział w propagandowym spektaklu – zauważył trafnie, choć chyba niechcący, jeden z mówców imprezy pod nazwą „dziecięce posiedzenie Sejmu”.
Sejm Młodzieży
Sejm RP/Facebook

Sejm Młodzieży

Faktycznie, już sam temat tegorocznej edycji – wymyślony przez „dorosłego” marszałka Sejmu RP Marka Kuchcińskiego – idealnie wpasowywał się we frazeologię partii pomysłodawcy. O ile niegdyś dzieci mogły dyskutować o reformie edukacji, wspólnej Europie czy ekologii, to teraz miały zająć stanowisko w sprawie… dekomunizacji przestrzeni publicznej.

Nie bez powodu obrady zagaił prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Przyznał wprawdzie, że wolna Polska ma już 28 lat, ale opowiadał też, niezbyt składną zresztą polszczyzną, m.in. o tym, jak to 4 czerwca 1992 r. obalono nocą rząd Jana Olszewskiego, bo ten to dopiero chciał naprawdę „zrzucić totalitarną spuściznę” ciążącą nad krajem.

A potem głos zabrali przedstawiciele najmłodszego pokolenia rodaków. I nawet biorąc poprawkę na wiek, przerażenie mogło mieszać się ze smutkiem i zdumieniem.

Przerażenie powodowała skala absurdów, tkwiących w mózgach nader licznej grupy mówców, zwłaszcza w połączeniu z nieskrywaną w wielu wystąpieniach nienawiścią – bo już nawet nie z naturalną dla wieku emocjonalnością. Okazuje się, że współczesną Polskę można określić epitetem „niby-wolna”, Unię Europejską nazwać „żałosnym tworem totalitarnym”, a jednemu z rządów RP zarzucić, że był de facto „niemieckim”. Można też próbować publicznie podrzeć symbol zjednoczonej Europy, rzucić hasło „nie Europie zboczeńców” i wzywać do poparcia faszyzujących ugrupowań.

Znamienne też, jak często padała sugestia, jakoby równym złem byli wszyscy dotychczasowi uczestnicy życia publicznego. Symbolizuje je zdanie, że „PiS i PO to jedno”, jako że obie wyrządziły Polsce tyle samo doniosłych szkód.

Jasne, autorzy wszystkich tych tez mogli nimi nasiąknąć, podglądając polityków, przysłuchując się rodzinnym rozmowom, kościelnym kazaniom czy wykładom niektórych nauczycieli. Może nawet wyuczyli się takich fraz na zebraniach partyjnych młodzieżówek.

Smutny jest jednak nawet nie tyle prawie zupełny brak refleksji i trzeźwego oglądu rzeczywistości (znowu można to wyjaśniać metryką). Prócz zwykłego braku podstawowej wiedzy i perspektywy najbardziej zdumiewa nieobecność naturalnego, zdawałoby się, buntu wobec aktualnej władzy i narzucanej przecież przez nią identycznej w wymowie propagandy.

Dlaczego młodzi nie zadawali odważnych pytań?

Kompletnie żenujące – także z racji swej sprzecznej z młodością sztuczności – wrażenie robiły zresztą również wyraźnie modne próby naśladowania całej gamy chwytów perswazyjnych, zalecanych przez rozmaitych speców od wystąpień publicznych.

Zastanawiające w końcu, dlaczego tak niewielu spośród dziecięcych posłów odważyło się na przykład zadać minister edukacji pytanie o nową podstawę programową do historii – jak najbardziej wszak zasadne zważywszy na temat debaty. Albo też wymienić konkretne absurdy, które niesie akcja zmian nazw ulic w imię dekomunizacji i polityki historycznej.

Czy to tylko wynik doboru uczestników przez organizatorów (a były nimi MEN, IPN oraz Kancelaria Sejmu i Ośrodek Rozwoju Edukacji)? Czy może po prostu tak wygląda dziś rozkład poglądów i mentalności najmłodszych Polaków? Tak czy tak: to tylko tych kilka głosów było lekcją wychowania obywatelskiego.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj