Ciut im się zeszło
Już trzy dni po tragicznej nawałnicy w pobliżu największych zniszczeń pojawił się pierwszy przedstawiciel władzy wykonawczej w randze wojewody.

Powiedzmy sobie otwarcie – za straszliwą nawałnicę całą winę ponoszą władze samorządowe województwa pomorskiego i jego mieszkańcy. Urządzić sobie huraganowy kataklizm na początku przedłużonego weekendu, w dodatku tuż przed Świętem Wojska Polskiego, to był szczyt nieodpowiedzialności. Premier Szydło waletowała wtedy u prezydenta w Juracie i namawiała go, by zamienili się miejscami. Dla dobra Rzeczpospolitej, oczywiście. Nad ranem na całym Helu gruchnęła niesprawdzona dotąd wieść, że opór głowy państwa został częściowo przełamany. W tym czasie minister Błaszczak leżał na piasku w pobliżu jakiegoś morza, zaś Antoni M. razem z Wojskami Obrony T. zajęci byli Wniebowzięciem Najświętszej Marii Panny. Krótko mówiąc, rząd robił więcej, niż mógł. Jak zwykle.

Już trzy dni po tragicznej nawałnicy w pobliżu największych zniszczeń pojawił się pierwszy przedstawiciel władzy wykonawczej w randze wojewody. Musiał przejechać 80 km, więc ciut mu się zeszło. Gospodarz pomorskiego Dariusz Drelich (PiS) obejrzał ruiny Rytla i innych wsi, po czym wysłał uspokajający komunikat do rządu: Trzeba pozbierać gałęzie i pozamiatać liście. Żadne wojsko nam niepotrzebne. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie wredne media, które pokazały, jak obrzydliwie nałgał. Dopiero wtedy zobaczyliśmy ogrom zniszczeń oraz ludzi mierzących się z tym, co ich spotkało. Ludzi mocnych i dzielnych. Obrazom towarzyszyły liczne komentarze, że mieszkańcy świetnie się zorganizowali, że pomogły samorządy, straż pożarna, setki wolontariuszy i parafie.

Cztery dni po kataklizmie na boisku szkoły w Rytlu wylądował wojskowy helikopter z Antonim Macierewiczem w nienagannym garniturze. Następne 250 m minister pokonał w rządowej limuzynie ze światłami i sygnałami. Potem przesiadł się do wojskowej terenówki rodzimej produkcji, by na własne oczy zobaczyć, co się stało. Po kilku metrach ugrzązł jednak na amen w piastowskim błocku. Na szczęście miejscowi mieli prawdziwy samochód terenowy i „japończykiem” wyciągnęli ministra z kałuży.

Tego samego dnia do Rytla zjechał też bardzo wewnętrzny Mariusz Błaszczak. Z właściwą sobie przenikliwością wyjaśnił problemy z łącznością komórkową podczas nawałnic – nie działała, bo jest w rękach „obcego kapitału”, który nie angażuje się w pomoc Polakom. Minister jest w rękach polskiego kapitału, więc bez komórki, twarzą w twarz, rozmawiał ze strażakami. – Wydawałoby się, że to jest solidne drzewo, a złamane niczym zapałka – zagaił pracujących. Odpowiedziała mu wiele mówiąca cisza.

19 sierpnia w Chojnicach, na tle wypucowanych wozów strażackich kupionych za poprzedniego rządu, wypowiadała się dla telewizji premier Szydło. Jakbym oglądał zamrożony azot. Ani słowa współczucia, ani słowa pokrzepienia, ani słowa podziękowania za hart ducha i mozolną pracę na rzecz 7 tys. poszkodowanych rodzin. Opóźnieniem w finansowej pomocy państwa premier obarczyła samorządy, które nie składają wniosków w tej sprawie. Rząd nie popełnił żadnych błędów. To zgodne z ideologią PiS. Samodzielne społeczeństwo jest dla nich wrogiem, którego trzeba pokonać.

Odszedł Janusz Głowacki, zwany przez wszystkich Głową. Znaliśmy się blisko 60 lat. Był to facet ogromnie dowcipny, choć dowcip miewał gorzki jak piołun. Mówiąc delikatnie, optymistą nie był, ale ja też nie jestem. Może dlatego się lubiliśmy. Parę lat temu wracaliśmy z rocznicy „Rejsu”, obchodzonej na wiślanym statku. Pożegnałem się z nim i Oleną, mówiąc: No, idę świat naprawiać. Głowa się uśmiechnął. Znam ten ból – powiedział.

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną