Umorzono śledztwo w sprawie pęknięcia opony w prezydenckiej limuzynie

Wypadek bez winy
21 miesięcy szukano sprawcy wypadku prezydenckiej limuzyny. I nie znaleziono.
Prezydencka limuzyna po wypadku
Sebastian Grzeszczyszyn/Forum

Prezydencka limuzyna po wypadku

Zdarzenie było wyjątkowo groźne. Potężne bmw, którym transportowano Andrzeja Dudę, pędziło autostradą, pękła jedna z opon i auto wpadło w poślizg, po czym wylądowało w rowie. Skutki mogły być tragiczne, ale na szczęście prezydent wyszedł z wypadku bez szwanku. Natychmiast wszczęto szeroko zakrojone śledztwo. Uznano, że – zachowując wszelkie proporcje – incydent drogowy z udziałem prezydenta Dudy to zdarzenie rangi katastrofy prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Za narażenie na niebezpieczeństwo głowy państwa ktoś musi ponieść odpowiedzialność. W przypadku Tupolewa szukanie winnych trwa do dzisiaj, chociaż politycy PiS już dawno ich znaleźli. Obarczyli odpowiedzialnością byłego premiera Donalda Tuska i jego otoczenie.

Limuzyna prezydenta przed wyjazdem w trasę była rutynowo sprawdzona i bez zarzutu. Na gorąco w świat wysłano sygnały, że za wypadek bez wątpienia odpowiada kierownictwo BOR z czasów rządu PO-PSL, bo wprowadziło złe procedury i prawdopodobnie przymykało oczy na niewłaściwe użytkowanie parku maszynowego. Okazało się jednak, że pod czujnym okiem aktualnego szefostwa Biura do bmw założono używane opony. Śledztwo nie wykazało jednak błędu. Opony były co prawda używane, ale w dobrym stanie.

Co w sprawie wypadku prezydenckiej limuzyny zrobiła prokuratura?

Po jakimś czasie wykluczono zamach, bo taką hipotezę też poważnie badano. Pozostał więc ludzki błąd, czyli pomyłka kierowcy. I tu pojawił się kłopot, bo prezydent osobiście poręczył za kierującego, ogłaszając, że gdyby nie jego mistrzostwo, skutki zdarzenia mogły być opłakane.

Prokuratura zleciła w sumie siedem specjalistycznych ekspertyz, przesłuchała ponad stu świadków. Czas leciał, a nadal nie wytypowano podejrzanego. I kiedy o całej sprawie już prawie zapomniano, Prokuratura Okręgowa w Opolu, bo na terenie tego województwa doszło do wypadku, przyznała się do porażki, czyli umorzyła śledztwo, nie znajdując przyczyn ani odpowiedzialnych. Najprawdopodobniej nikt tej decyzji nie zaskarży.

W całej tej historii uderza jedna okoliczność. Ustalono, że limuzyna gnała z prędkością ok. 170 km na godzinę. Sygnał, że opona uległa uszkodzeniu, pojawił się na tablicy kontrolnej. W normalnej sytuacji i przy tej klasie auta kierowca, dostrzegając lampkę ostrzegającą o uszkodzeniu, ma czas na zredukowanie szybkości i uniknięcie wypadku. Ale, co przyznali śledczy, nie wtedy, kiedy wóz pędzi 170 km na godzinę. I wyciągnęli konkluzję: „kierowca nie zdążył zareagować”. W ten sposób sami przyznali, że samochód jechał za szybko. W podobnej sytuacji z udziałem zwykłych osób kierujący zostałby ukarany przynajmniej mandatem za niedostawanie prędkości do warunków na drodze. Fakt, że kierujący nie zdążył zareagować na sygnał o uszkodzeniu, stanowiłby okoliczność obciążającą.

Pozostaje więc pytanie, czy to pan prezydent tak się wtedy spieszył, że nakazał kierowcy przekraczać dozwoloną prędkość? Nie ma znaczenia, że poruszał się w tzw. kolumnie uprzywilejowanej. Jej przywilejem jest bowiem, że inni kierowcy ustępują drogi, ale nie umożliwianie jazdy na łeb na szyję. Komunikat prokuratury na ten akurat temat nie mówi ani słowa. Sprawa zamknięta, wypadek bez niczyjej winy.

Czytaj także

Polityka Cyfrowa

Teraz miesiąc od nas w prezencie!

Zaprenumeruj

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj