Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

O kilka słów za daleko, ale chyba nie tylko

W sprawie Holocaustu Morawiecki najwyraźniej głosi symetryzm

Auschwitz-Birkenau Auschwitz-Birkenau lisiPrada / Flickr CC by 2.0
Przesłanie propagandy, w której polskie premier uczestniczy, polega na głoszeniu tzw. symetryzmu, polegającego na przekonywaniu, że Polacy i Żydzi wycierpieli mniej więcej tyle samo.

Pan Morawiecki miał bardzo proste wyjście w Monachium w związku z głosem p. Bergmana. Mógł odpowiedzieć, że ci, którzy przekazują indywidualne opowieści o Polakach szkodzących Żydom w czasie II wojny światowej, nie będą pociągani do odpowiedzialności karnej. Mógł, a może nawet powinien dodać, że ma taką nadzieję, bo przecież nie jest ani prokuratorem, ani sędzią. Pan Morawiecki wybrał inną drogę, mianowicie oświadczył (podaję wersję angielską): „It’s extremely important to first understand that, of course, it’s not going to be punishable, not going to be seen as criminal to say that there were Polish perpetrators, as there were Jewish perpetrators, as there were Russian perpetrators, as there were Ukrainian (ones), not only German perpetrators”.

Obrona słów p. Morawieckiego polega na argumentacji, że nie miał na myśli nic złego, że powiedział prawdę i nie ma za co przepraszać, czego domaga się strona izraelska. Mamy, a nawet musimy niezłomnie stać w Prawdzie (przez „P” właśnie), jak emfatycznie podkreślają obrońcy honoru Narodu.

Co premier Morawiecki miał na myśli

Od razu należy wyjaśnić pewne rzeczy. To, czy ktoś, zwłaszcza polityk, ma empatię wobec tego lub owego, jest rzeczą trudną do ustalenia. Liczy się to, co ktoś powiedział i jak to jest interpretowane ze skutkami w sferze publicznej. Było dla mnie dziwne, gdy p. Kwaśniewski przepraszał w imieniu Polaków za Jedwabne. Kogo? Jeszcze dziwniejsze były przeprosiny Pana Boga za Jedwabne przez episkopat. Chociaż wiadomo było, kogo, to widok hierarchów odzianych z przepychem przy tych przeprosinach był niesmaczny.

Przeprosić można za potrącenie w tramwaju, użycie brzydkiego słowa czy inne uchybienie obyczajowe, ale nie za zbrodnię. Pan Netanjahu też najwyraźniej nie rozumie problemu, domagając się przeprosin od p. Morawieckiego o za zacytowane słowa. Izraelski premier uznał je za nie do przyjęcia. Jedyne odpowiedzi są takie: „Nie wycofuję się z tego, co powiedziałem”, „Wycofuję się z tego, co powiedziałem” lub „Wyjaśniam, że to a to miałem na myśli”.

Ta ostatnia odpowiedź została faktycznie zastosowana przez stronę polską. Ale argumentacja za tym, że polski premier nie miał nic złego na myśli, została wkomponowana w określoną maszynerię propagandową realizowaną przez obóz dobrej zmiany.

Znaczące słowo: perpetrator, sprawca

Otóż kluczowy problem tkwi w użyciu słowa „perpetrator”. Znaczy ono „sprawca” lub „przestępca” i jest nie tylko słowem potocznym, lecz także technicznym. W opracowaniach na temat eksterminacji Żydów autorzy z reguły starają się zachować możliwie opisowy charakter swej narracji i używają „perpetrator” w sensie „bycie sprawcą”. W związku z tym pozostaje podział ludzi skonfrontowanych z Holocaustem na sprawców (perpetrators), ofiary (victims) i świadków (bystanders). Tak jest właśnie w klasycznej monografii Raula Hilberga „Perpetrators Victims Bystanders: The Jewish Catastrophe, 1933–1945” z 1992 roku (tłum. polskie „Sprawcy, Ofiary, Świadkowie. Zagłada Żydów, 1933–1945” ukazało się w 2006 roku).

Identyfikacja ofiar, czyli europejskiej społeczności żydowskiej, jest automatyczna. Dwie pozostałe kategorie są już problematyczne, przynajmniej do pewnego stopnia. Nikt z badaczy nie ma wątpliwości, że Zakłada była zaprojektowana i zorganizowana przez Niemców (celowo używam słowa „Niemiec”, a nie „nazista”). Oni też byli sprawcami. Ale czy jedynymi? Na pewno głównymi. Ale mieli pomocników, niekoniecznie Niemców, a także sprawców działających na własną rękę, np. tych, którzy zabijali Żydów z chciwości czy nawet ze strachu (dla prostoty będę traktował te dwie grupy łącznie jako pomocników Niemców). To jeden problem, krzyżujący się z innym, mianowicie ze świadkami. Byli w zdecydowanej większości statystycznej, ale nie stanowili jednolitej populacji.

Weźmy Polskę, dokładniej tzw. Generalną Gubernię. Załóżmy dla prostoty, że 10 milionów Polaków było skonfrontowanych z Holocaustem. Jeśli przyjąć, że rozkład na osoby gotowe do pomocy Żydom, do szkodzenia im oraz obojętnych w tym względzie był normalny, wychodzi, że ta trzecia kategoria wynosiła siedem milionów. To gruba idealizacja, bo sytuacja była ekstremalna z uwagi na wojnę i spowodowane przez nią przemiany świadomościowe, np. niechęć do współpracy z okupantem, ale i strach przed konsekwencjami pomagania Żydom.

Ilu Polaków było obojętnych wobec losu Żydów?

Zapewne liczba obojętnych była wyższa. Znane są też trudności w oszacowaniu liczby ratujących Żydów oraz tych, którzy im szkodzili. Nieuniknione są pytania, czy obojętność sprzyjała eksterminacji czy nie, czy Niemcy na nią liczyli czy nie, czy obojętni mieli obowiązek pomocy, a więc nie zachowali się tak, jak powinni, czy też są usprawiedliwieni, czy przedwojenny antysemityzm w Polsce miał wpływ nie tylko na rozkład postaw, lecz także na statystykę zachowań?

Wiadomo, że są rozmaite odpowiedzi, oraz że dostępne świadectwa są bardzo fragmentaryczne i w gruncie rzeczy nie dają zbyt dużego uzasadnienia dla takich lub innych opinii. Można, a nawet trzeba też pytać, czy obojętni świadkowie nie zmieniali swych postaw i zachowań w kierunku bardziej aktywnym lub pasywnym. I tutaj brak pełnych danych. Niemniej wbrew zapewnieniom p. Morawieckiego i jego obrońców wszystkie dotychczasowe badania świadczą o tym, że przypadki współpracy Polaków z Niemcami przy eksterminacji Żydów nie były wcale sporadyczne.

Ocenia się, że około 60 tysięcy osób donosiło (nie tylko na Żydów) do Gestapo. Do tego trzeba dodać 12 tysięcy granatowych policjantów, których spora część współpracowała z Niemcami przy likwidacji Żydów. W Warszawie działało od trzech do czterech tysięcy szmalcowników, a jeśli tak, to w całej Generalnej Guberni musiało ich być co najmniej kilkanaście tysięcy. Trudno ocenić liczbę pomocników Niemców, ale można postawić hipotezę, że jednak kilkadziesiąt tysięcy osób współpracowało z Niemcami przy eksterminacji Żydów. To na pewno nie cały naród, ale jego znacząca część. Czy byli to sprawcy, współsprawcy czy pomocnicy, nie ma większego znaczenia, ale nie stosuje się do nich słowo „perpetrapors”. Paradoksalnie p. Morawiecki, mówiąc o Polish perpetrators, niezbyt pochlebnie wyraził się o Polakach.

„Żydowscy sprawcy”

A jak jest z Jewish perpetrators? Oto polskie tłumaczenie fragmentu słów p. Morawieckiego: „Jest to niezmiernie ważne, aby zrozumieć, że oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”.

Obiekcje polityków izraelskich czy przedstawicieli środowisk żydowskich, a także np. pisma „Guardian”, nie dotyczą tego, że nie będzie penalizacji w indywidualnych przypadkach, ale sensu słów: „Byli polscy sprawcy. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”. Natychmiast pojawiła się taka interpretacja słów p. Morawieckiego, że zrównał on sprawców polskich, żydowskich (dla prostoty pomijam ukraińskich i rosyjskich) i niemieckich, czyli katów i ofiary.

I znowu można by to uznać za niezręczność lingwistyczną, zważywszy że literatura przedmiotu (ta poważna, a nie stojąca w Prawdzie) nie używa słowa „perpetrators” wobec żydowskich kolaborantów Niemców. Nikt bowiem nie zaprzecza, że Żydzi wykonywali eksterminacyjne polecenia Niemców, a niektórzy byli także agentami (sprawa grupy „Żagiew”, rozpracowywanej i zwalczanej przez AK). Agenturalna działalność Żydów była, w świetle dostępnych źródeł, rzeczywiście marginalna (sporadyczna, by tak rzec), co nie stanowi dla niej żadnego usprawiedliwienia. Problem dotyczy oceny działalności policji żydowskiej, Judenratów czy specjalnych oddziałów w obozach śmierci (Sondernkommandos).

Polacy i Żydzi. Symetryzm

Propaganda w obronie p. Morawieckiego natychmiast podniosła, że przecież powiedział prawdę (tak zeznał np. p. Sasin, który efektywność stawania w Prawdzie mierzy liczbą słów wypowiedzianych na prawdosekundę). Zaraz przypomniano znane zarzuty Hannah Arendt wobec Judenratów, aczkolwiek przeoczono (przemilczano?), że jej tezy są częściej kwestionowane przez specjalistów niż aprobowane.

Pani Kurek (ze zrozumieniem wysłuchana przez p. Ogórek, aby było do rymu; rzecz miała miejsce w TVP Info) potraktowała poemat Iccacha Kacenelsona „Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim” (gdzie rzeczywiście mowa o dzikiej policji żydowskiej) za wiarygodne źródło historyczne i dodała, że przy piecach krematoryjnych stali przecież Żydzi, a nie Polacy. Wspomniany „Guardian” rzecz wyjaśnił w prosty, a dobitny sposób. Żydowscy kolaboranci mieli wybór pomiędzy jednym złem a innym, w przeciwieństwie do tych, którzy współpracowali z Niemcami z własnej woli. Nie było obowiązku donoszenia do Niemców, wstępowania do granatowej policji, szmalcownictwa czy mordowania Żydów. Heroldzi stawania w Prawdzie wykorzystali nawet książkę Calka Perechodnika, w której zastanawiał się, czy był mordercą własnej żony i córki, doprowadzając je do transportu śmierci. Ciekawe, że nieznany jest epos pióra jakiegoś szmalcownika deliberującego nad skutkami swojej działalności.

Oczywiście, żydowski kolaborant mógł zawsze sprzeciwić się Niemcom i palnąć sobie w łeb, jak to uczynił Adam Czerniaków. Sartre pewnie zauważyłby ironicznie, że był – jak każdy – wolnością w sytuacji, podobnie jak szmalcownik hamletyzujący, czy być nim, czy nie być.

Tak wygląda kontekst zacytowanej wypowiedzi p. Morawieckiego i to on decyduje o jednej z interpretacji tego, że na jednym wdechu wymienił perpetrators z różnych narodowości. Przesłanie propagandy, w której uczestniczy, polega na głoszeniu tzw. symetryzmu, polegającego na przekonywaniu, że Polacy i Żydzi wycierpieli mniej więcej tyle samo, a jeśli pierwsi współpracowali z Niemcami, to drudzy też i w podobnym zakresie. A słowa p. Kurek (rymująco przyjęte przez p. Ogórek) o tym, kto stał przy piecach krematoryjnych, są chyba objawem wyjątkowego zdziczenia moralnego, jak na razie niekomentowanego przez robotów (w rodzaju p. Sasina) od stawania w Prawdzie.

Komu władza składa wieńce

Pan Morawiecki został też zganiony za złożenie wieńców na grobach żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej, jak wiadomo, kooperującej z Niemcami pod sam koniec wojny. Pan Sasin i p. Cichocki (wiceminister od spraw zagranicznych) wyjaśnili, że – po pierwsze – owa jednostka musiała współpracować z Niemcami, bo inaczej wpadłaby w ręce komunistów, a po drugie (ten motyw jest nawet bardziej podkreślany), jej żołnierze wyzwolili obóz w Holiszowie i uratowali od śmierci 280 Żydówek.

Chciałoby się zapytać: a co, gdyby tam nie było w ogóle Żydówek, a np. same Niemki, zesłane tam za przestępstwa przeciw rasie aryjskiej? Też byłby to argument za czczeniem Brygady Świętokrzyskiej przez premiera rządu RP? I oto okazuje się, że uratowanie Żydówek jest alibi dla rozgrzeszenia kolaborantów z Niemcami. Można spokojnie przyjąć, że kolaboranci żydowscy mimo wszystko uratowali więcej niż 280 Żydów. Tedy p. Morawiecki winien udać się na grób Czerniakowa i tam złożyć kwiaty. Nawet więcej, ponieważ I Armia Wojska Polskiego współpracująca z Armią Czerwoną na pewno uratowała przed śmiercią (w latach 1944–1945) tysiące Polaków i Żydów. Nie trzeba jej dekomunizować (np. przez zmienianie nazw ulic), ale honorować składaniem wieńców na stosownych mogiłach. A więc do dzieła, p. Morawiecki?

Rzecz całą, włączając w to reakcje izraelskie, zgrabnie wyjaśnił p. Zybertowicz, profesor belwederski, socjolog i doradca p. Dudy. Stając w Prawdzie, wykoncypował: „Brutalne rozprawianie się z Palestyńczykami czy Hezbollahem to także forma odreagowywania [na historię – JW]. Powtarzanie samym sobie: już nigdy nie pójdziemy jak owce na rzeź. Holocaust poza wszystkim to również potworne upokorzenie – że nie walczyli, nie stawili oporu. (...) Żydzi sami [podobnie jak Polacy] też nie rozliczyli się z pamięcią o własnych kolaborantach i szmalcownikach”.

Rząd impregnowany na prawdę

Okazuje się zatem, że słowa p. Morawieckiego (podzielane przez p. Dudę, jak o tym zaświadcza p. Łapiński, stający w Prawdzie rzecznik prezydencki) mogą być traktowane jako przyczynek do aktywacji żydowskiej katharsis. U Polaków jest w pewnym sensie symetrycznie, bo też nie rozliczyli się z czegoś, ale są jednak wyżej, bo walczyli. Oświecony (bo specjalista od historycznego okresu zwanego oświeceniem, który opracował w książce autorstwa Andrzej Zybertowicz wraz z zespołem; sporo książek przeczytałem w życiu, ale tak egotycznie nadętego wskazania autorstwa nie znalazłem) doradca p. Dudy jednak pomylił się, ponieważ literatura o polskich kolaborantach i szmalcownikach jest pokaźna, tyle że nieprzyjmowana do wiadomości przez heroldów dobrej zmiany (vide sprawa dr. Pułaskiego z lubelskiego IPN, odsuniętego od badań nad Holocaustem z powodu głoszenia niesłusznych tez). Historycy ponoć wysyłają do p. Morawieckiego swoje książki. Nie sądzę, aby miało to jakiś znaczący efekt, bo stojący w Prawdzie są impregnowani wobec zwykłej prawdy.

Niezależnie od tego ma miejsce prawdziwy cyrk jurydyczny w związku z nowelizacją ustawy o IPN. Obowiązuje czy nie obowiązuje? Będzie stosowana czy nie będzie stosowana? Gremium pod wodzą mgr Przyłębskiej wprawdzie nadało sprawie sygnaturę, ale nie kwapi się do dalszych kroków. Panowie (nie byle) Jaki i Sasin zapewniają, że ustawa będzie skuteczna, nie wiedząc, jaka będzie jej treść. A może już wiedzą? „Trzeba dać jej szansę” – powiadają, stojąc w Prawdzie i nie bacząc na to, że jej stosowanie poza Polską jest mało prawdopodobne. Pan Karczewski, znany specjalista od refleksji parlamentarnej, zapewnia, chociaż nie ma po temu kompetencji, że ustawa będzie martwa. Pan Cichocki z MSZ poinformował, że minister sprawiedliwości i prokurator generalny (urocze dwa w równie uroczym jednym) wyda stosowne wytyczne prokuratorom w sprawie (nie)stosowania ustawy w okresie przejściowym, aczkolwiek żadna procedura nie przewiduje takowych instrukcji.

Coraz wyraźniej rysuje się to, że przedmiot ochrony przed kłamstwem znika. Nikt bowiem nie twierdzi, że naród polski lub państwo polskie są odpowiedzialne za Holocaust, aczkolwiek stojący w Prawdzie znajdują mnóstwo tego ilustracji. Wygląda na to, że tylko w San Escobar. Dobra zmiana w stosunku do prawa galopuje w pełnej krasie i sauté.

Reklama
Reklama