Kraj

Bohater nocy czerwcowej

Jan Olszewski – sumienie obozu „dobrej zmiany”

Jan Olszewski może i bywa dosyć surowym recenzentem „dobrej zmiany”, lecz nie wychodzi poza krytykę detalu. Jan Olszewski może i bywa dosyć surowym recenzentem „dobrej zmiany”, lecz nie wychodzi poza krytykę detalu. Robert Gardziński / Forum
Jest sumieniem obozu „dobrej zmiany”, ostatnio coraz bardziej krytycznym. Jan Olszewski nie zamierza jednak przejść na drugą stronę barykady. Ale może dzięki temu jego przestrogi zostaną w PiS wysłuchane?
Z życia publicznego Jan Olszewski definitywnie wycofał się w 2011 r. Na zdjęciu kampania reklamowa przed wyborami parlamentarnymi w 1993 r.Jarosław Stempin/Wikipedia Z życia publicznego Jan Olszewski definitywnie wycofał się w 2011 r. Na zdjęciu kampania reklamowa przed wyborami parlamentarnymi w 1993 r.
Jan Olszewski w 2009 r.Sp5uhe/Wikipedia Jan Olszewski w 2009 r.

Artykuł w wersji audio

Jego niedawny wywiad dla „Super Expressu” odbił się szerokim echem. Jan Olszewski nie pierwszy już raz skrytykował ustawę o IPN. Wcześniej, odwołując się do swego autorytetu prawnika, twierdził, że to „bubel prawny”. Tym razem wytoczył znacznie poważniejsze działa.

Poszło o penalizację zaprzeczania zbrodni „banderyzmu”. Zdaniem byłego premiera – niedopuszczalnej zarówno na gruncie politycznym, jak i historycznym. Olszewski zaapelował do rządzących o zaprzestanie polityki pod sondaże i przywrócenie racji stanu w polityce wschodniej. Najwięcej zamieszania narobiła jednak dokonana przez niego relatywizacja rzezi wołyńskiej, którą określił mianem sporu sąsiedzkiego. Owszem, krwawego, lecz nieporównywalnego z ogromem sowieckich i hitlerowskich zbrodni. A w tym przypadku zafałszowana perspektywa historyczna deformuje perspektywę geopolityczną.

Konkluzja wypowiedzi Olszewskiego brzmiała: „Konflikt z imperialną Rosją jest kwestią egzystencjalną, w której na szali stoją byt i niepodległość państwa. Polacy i Ukraińcy skazani są na współpracę. Powinni ją oprzeć na chrześcijańskich wartościach bliskich tradycji obu narodów”.

Politycy PiS nie komentowali tych słów. Ale już w internecie mocno się zakotłowało. Bo to właśnie kwestia ukraińska najbardziej dziś porusza wrażliwe struny prawicowej duszy. I być może nawet jest to sprawa potencjalnie bardziej wybuchowa niż relacje polsko-żydowskie. Reakcje w sieci były więc rozmaite. Od głosów wyrażających troskę („Panie Janie, co się z panem dzieje?”) po gorzkie konkluzje („Nieważne, jak kto zaczyna, ale jak kończy”). Sporo też wylało się nieprzyjemnych uwag o demencji i innych dolegliwościach typowych dla sędziwego wieku. Nie zabrakło nawet refleksji na temat zgniłej instytucji autorytetu, którą „michnikowszczyzna” podstępnie podrzuciła prawicy, osłabiając naturalną po tej stronie predylekcję do niezależnego myślenia.

„Za zasługi to można dostać dodatek do emerytury, ale bohaterem i patriotą się nie bywa, tylko się jest albo nie jest” – wypalił popularny bloger Matka Kurka, wsławiony niegdyś kampanią oszczerstw wymierzonych w Jerzego Owsiaka. Jego zdaniem Olszewski „napluł na groby tysięcy pomordowanych Polaków”. Powinien więc czym prędzej teraz przeprosić. W przeciwnym razie „dołączy do grupy szkodliwych błaznów, którym na starość w głowie się poprzewracało”.

Na szczęście sędziwy mecenas nie korzysta z internetu.

Z nocnej do dobrej zmiany

Trudno rozstrzygnąć, czy aluzja blogera była zamierzona, ale na początku rządów PiS premier Beata Szydło faktycznie przyznała Janowi Olszewskiemu specjalną emeryturę w wysokości 8 tys. zł. Sprawa nie wywołała zresztą kontrowersji. Były premier – jak tłumaczyła w mediach jego żona Marta – żył do tej pory z całkiem niezłej, czterotysięcznej emerytury zusowskiej. Tyle że ponad połowę tej kwoty wydawał co miesiąc na lekarstwa. A jest w końcu jednym z ostatnich żyjących bohaterów demokratycznej opozycji.

Z życia publicznego definitywnie wycofał się w 2011 r. Stanął wtedy nad grobem. I nawet gdy lekarzom udało się opanować rozległy udar mózgu, nie było pewności, czy pacjent powróci do względnej choćby sprawności. Płaty odpowiedzialne za logiczne myślenie pozostały co prawda nienaruszone, porażeniu uległ jednak ośrodek odpowiadający za mowę. Na szczęście rehabilitacja się powiodła.

Latem mecenas skończy 88 lat. Praktycznie nie wychodzi już z domu. Do kontaktów ze światem służy mu telefon. W rozmowie z POLITYKĄ tłumaczy, że z powodu postępującej utraty wzroku nie bardzo jest już w stanie czytać. Wiadomości czerpie więc głównie z radia. Toteż zastrzega, że jego opinie nie w pełni wynikają z odpowiednio głębokiego rozeznania. Niemniej sprawia wrażenie uważnego obserwatora życia publicznego. Ponadgodzinna rozmowa nie stanowi dla byłego premiera zauważalnego problemu.

Ostatnio jest wręcz rozchwytywany przez media. Odkąd poparł ubiegłego lata prezydenckie weta do ustaw sądowych, stał się wręcz naczelnym sumieniem obozu „dobrej zmiany”. – Skoro pytają, to mam obowiązek odpowiadać, co uważam – tłumaczy. – A czy moje opinie komuś odpowiadają i jaki z nich robi się użytek, tego niestety nie wiem.

W poprzednich latach przypominano sobie o mecenasie co najwyżej przy okazji kolejnych rocznic upadku jego rządu. Gdy trzeba było raz jeszcze przywołać dramatyczne wydarzenia czerwcowej nocy sprzed ponad ćwierćwiecza, które zresztą dawno już straciły moc wywoływania dreszczy. Teraz to element obrzędowej liturgii polskiej prawicy. Wydawało się zatem, że Olszewski już na zawsze zastygł w pozie bohaterskiego premiera, który jako pierwszy usiłował zerwać z dyktatem „grubej kreski”. Męczennika słusznej sprawy składającego osobistą ofiarę na ołtarzu dalszej walki o lepszą, prawdziwie suwerenną Polskę. Wedle tej opowieści, nie byłoby bowiem „dobrej zmiany” bez jej „nocnej” poprzedniczki.

Sam Olszewski najwyraźniej nie miał zresztą nic przeciwko temu, aby jego długi i bogaty życiorys sprowadzać do raptem półrocznego epizodu premierowania. Choć wcześniej odegrał wiele równie doniosłych ról, które złożyły się w intrygującą i niejednoznaczną panoramę losu polskiego inteligenta w XX w. Jako dziecko walczył w Szarych Szeregach. Będąc nastolatkiem, wspierał wysiłki Stanisława Mikołajczyka w jego desperackiej próbie odwrócenia wyroku Jałty. U progu dorosłego życia na łamach „Po Prostu” angażował się w Polski Październik ’56. Następnie w roli adwokata przez ponad dwie dekady uczestniczył niemal w każdym ważnym procesie politycznym. Był wreszcie jednym z głównych doradców Solidarności, współtwórcą jej statutu.

Z rodzinnego domu wyniósł pepeesowski etos niepodległościowej lewicy. Po drodze zaliczył lożę masońską. Do Kościoła zbliżył się dopiero w stanie wojennym, co zaważyło na jego późniejszych losach. U schyłku komuny wiązało się to z przyjęciem ugodowej względem władz linii prymasa Glempa. Za to po 1989 r. prowadziło już do radykalizującego się obozu polskiej prawicy. Po upadku swojego rządu orbitował zresztą Olszewski ku coraz skrajniejszym środowiskom, gdzie za towarzyszy miał takich ludzi jak Zygmunt Wrzodak bądź Antoni Macierewicz.

Marzył o zjednoczeniu pod swym przywództwem całego prawicowego obozu, jednak sprawniejszy okazał się w tamtych czasach Marian Krzaklewski, a ostatecznie pełną pulę zgarnął Jarosław Kaczyński. Z nim Olszewski relacje miał zawsze wyboiste; nawet gdy blisko współpracowali, przeważnie jeden chciał wykiwać drugiego.

Latami starał się racjonalizować biograficzny paradoks etosowego pepeesowca, którego dziejowy kołowrót wyniósł do rangi symbolu narodowo-katolickiej prawicy. Jeszcze w latach 90. zapewniał, że „nie utożsamia się z prawicą”. Dowodził, iż jedyny istotny podział w Polsce biegnie pomiędzy „tradycją niepodległościową i peerelowską”. Z tej konstatacji wzięło się zresztą słynne pytanie „Czyja Polska?” z jego pożegnalnej mowy premierowskiej. Wiele lat później Jarosław Kaczyński wedle tego samego schematu i tym razem już z sukcesem narzucił podział sceny politycznej.

Nadal zapewnia, że obce są mu prawicowe poglądy. W projekcie „dobrej zmiany” najbardziej docenia wątki socjalne. Z polską lewicą po 1989 r. było mu nie po drodze z powodu jej stosunku do Kościoła. – W polskich realiach rola Kościoła musi być szczególna. I dopóki współczesna lewica tego nie zrozumie, skazana będzie na polityczny margines – dodaje.

Usterki w systemie

Jan Olszewski jest jak najgorszego zdania o nowelizacji ustawy o IPN. – To jest absurdalna sprawa! – zaperza się. – Ten projekt nie powinien mieć dalszego ciągu. Błędnie pomyślany, fatalnie zredagowany. Jak tylko zapoznałem się ze wstępnymi założeniami, nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości.

Wypadek przy pracy czy nieunikniona konsekwencja godnościowej polityki PiS? Ani jedno, ani drugie. – To błąd systemu. Tego rodzaju akt prawny przechodzi przecież przez szereg ciał opiniujących w rządzie i komisjach sejmowych. Na którymś etapie powinien zostać zatrzymany. Wiążę to z tym, że od miesięcy trwała restrukturyzacja rządu i rutynowe mechanizmy zostały osłabione – uważa Olszewski. Odrzucając również sugestię, że cały kryzys wziął się z politycznej decyzji podjętej przez Kaczyńskiego, który po prostu nakazał przepchnąć wadliwy projekt.

W podobnym duchu Olszewski odmawia bezpośrednio wiązania polityki PiS z osłabieniem międzynarodowej pozycji Polski. Broni rządzących, że przejęli władzę w okresie gwałtownie zachodzących zmian w globalnym układzie sił. Niewiele mogli więc zrobić w ramach projektu suwerennościowego, aby uchronić Polskę przed napięciami. Kłopoty na odcinku wschodnim były premier po części tłumaczy też „inspirowaną z zewnątrz propagandą” i unikaniem wskazania odpowiedzialnych za narastanie nastrojów antyukraińskich. Mówi bezosobowo o „gorliwych animatorach”, którzy zapominają, że eskalowanie naszych sąsiedzkich napięć służy Rosji. Wciąż jednak liczy na otrzeźwienie elit.

Gdy pół roku temu poparł prezydenckie weta do pisowskich ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS, wielu sądziło, że odezwał się w nim lojalny przedstawiciel palestry. Okazało się jednak, że jego krytyka nie sięga filozofii „reformy”, lecz dotyczy jedynie jej cząstkowych rozwiązań. Nie podobał mu się wpływ ministra sprawiedliwości na Sąd Najwyższy, ale już w analogicznych uprawnieniach przyznanych prezydentowi nie dostrzega niczego niestosownego.

Zastrzega: – Początek musi zostać zrobiony. Ale odbudowa nowoczesnego systemu wymiaru sprawiedliwości zajmie dekadę albo i więcej. A jeśli ciągu dalszego zmian już nie będzie? Jan Olszewski odrzuca taką możliwość.

Nie należy więc pochopnie stawiać byłego premiera w szeregu nawróconych grzeszników, obok takich postaci jak Jadwiga Staniszkis czy Ludwik Dorn. Jan Olszewski może i bywa dosyć surowym recenzentem „dobrej zmiany”, lecz nie wychodzi poza krytykę detalu. Kwestionuje czasem taktykę, nie negując wszakże strategii. Dostrzega usterki w realizacji, akceptując ogólne założenia.

Wyznawcy legendy o „nocnej zmianie” nadal więc będą mogli bez większej konfuzji świętować rocznicę 4 czerwca. Ale może też, gdy opadnie obecna fala oddolnego oburzenia, bardziej też będą skłonni brać sobie do serca przestrogi Olszewskiego? Nikt przytomny zdrady mu przecież nie zarzuci.

Na rozstajnych drogach

– Cieszę się, że Jan zachował prostą jasność widzenia – komentuje wieloletni przyjaciel prof. Zdzisław Najder. Dodaje: – Ja jednak jestem o wiele bardziej krytyczny i w najmniejszym stopniu nie podzielam optymizmu Jana, że po zniszczeniu dotychczasowego ładu powstanie jakiś lepszy. Czasy są przerażające, a to, co władza zrobiła z porządkiem prawnym – okropne. Kiedyś z tego wyjdziemy, ale kiedy? Ja już tego z pewnością nie doczekam.

Obaj z tego samego rocznika 1930. I z tej samej pepeesowskiej tradycji. Po raz pierwszy spotkali się jeszcze pod koniec lat 50. w Klubie Krzywego Koła. Zbliżyła ich współpraca w podziemnym Polskim Porozumieniu Niepodległościowym w połowie lat 70. W rządzie Olszewskiego Najder został głównym doradcą premiera. Potem ich polityczne drogi trwale się rozeszły.

Dla mnie było ważne, jaka będzie Polska. A czyja, to już drugorzędne – wspomina Najder. Nie rozumiał ówczesnego zauroczenia starego przyjaciela Macierewiczem. Źle znosił publiczne obnoszenie się z religijnością. – Używanie komunii świętej jako aktu politycznego było nieprzyzwoite. Jan traktował to instrumentalnie, a tego robić nie wolno.

Rozeszły się również drogi Olszewskiego z prof. Adamem Strzemboszem (kolejnym przedstawicielem rocznika ’30). Przed rozpoczęciem Okrągłego Stołu, samemu usuwając się w cień, zdążył jeszcze zarekomendować profesora na szefa strony solidarnościowej przy stoliku ds. reformy wymiaru sprawiedliwości. W 1992 r. Strzembosz bezskutecznie namawiał premiera Olszewskiego, aby odmówił Sejmowi realizacji uchwały lustracyjnej z powodu wątpliwej podstawy prawnej. Mimo to trzy lata później Olszewski początkowo poparł kandydaturę Strzembosza na prezydenta. Skończyło się jednak tym, że sam wystartował, podczas gdy profesor wycofał się z wyścigu.

Dziś stoją po różnych stronach barykady. Strzembosz na całego zaangażował się w protest środowiska sędziowskiego przeciwko zmianom w sądownictwie. Zachowują jednak względem siebie daleko idącą kurtuazję.

Jesteśmy dotknięci podobnymi przypadłościami, on tak samo ma problem ze wzrokiem. Nie pozostaje mi nic innego, jak podziwiać jego wytrzymałość, sprawność, zaangażowanie. Ja już nie byłbym zdolny do takiego wysiłku – wyznaje Olszewski. Zarazem odrzuca przesłanie zawarte w niedawnym oświadczeniu Adama Strzembosza i Andrzeja Zolla, którzy polemizowali z rządową propagandą o postkomunistycznym rodowodzie dotychczasowego ustroju sądownictwa. Ich zdaniem było dokładnie na odwrót: PiS unicestwiło porządek wywodzący się wprost z dorobku Solidarności zawartego w uchwałach historycznego zjazdu w 1981 r.

– Oni zbyt emocjonalnie przywiązali się do ówczesnych formuł i nawet nie zauważyli, iż jesteśmy dziś w zupełnie innym porządku państwowym – replikuje Olszewski. Jednak Strzembosz trwa przy swoim: – Dorobek Solidarności właśnie został spuszczony do ubikacji. A jeśli ktoś zachował jakikolwiek kontakt z sądami, to wie doskonale, że sędziowie związani ze starym reżimem są dziś w stanie spoczynku albo na tamtym świecie. Na koniec prosi jednak o aktualny numer telefonu do Olszewskiego. Są przecież na takim etapie życia, że zatruwanie wzajemnej relacji polityką nie miałoby już sensu.

Jak nie PiS, to co?

Nieco młodszy (rocznik ’35) Piotr Wierzbicki – założyciel i wieloletni naczelny „Gazety Polskiej”, jeden z głównych ideologów prawicowego przyspieszenia z lat 90. – twierdzi, że osobiście namówił Jana Olszewskiego do upublicznienia stanowiska w sprawie Ukrainy. Wyjaśnia: – Szlag mnie trafił, gdy Kaczyński powiedział prezydentowi Poroszence, że z Banderą Ukraina nie wejdzie do Europy. Jak można coś takiego ogłaszać krajowi, który znajduje się w stanie wojny z potężnym sąsiadem? Szczucie na Ukrainę to dziś najprostszy i najbardziej prymitywny sposób politycznej promocji.

Zresztą Wierzbickiemu coraz więcej się ostatnio nie podoba. Mówi, że jako wyborca PiS wstydzi się propagandy w mediach publicznych. Oburza go legislacyjna ignorancja, która właśnie doprowadziła do groźnego kryzysu w stosunkach z USA. Nie akceptuje stosowania zasady zbiorowej odpowiedzialności w ustawie degradacyjnej.

Lecz mimo wszystko, dodaje Piotr Wierzbicki, ludzie jego formacji nie mają dziś wielkiego wyboru. – Jeśli naprawdę uznaję suwerenność Polski za sprawę numer jeden, to na kogo innego mogę oddać głos? Olszewski, jak się zdaje, podziela ten punkt widzenia.

Polityka 11.2018 (3152) z dnia 13.03.2018; Polityka; s. 21
Oryginalny tytuł tekstu: "Bohater nocy czerwcowej"
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Chorwacja – co zobaczyć w drodze nad morze?

Wakacje w Chorwacji kojarzymy przede wszystkim z plażowaniem, kuchnią i zabytkami. Słusznie, ale w głębi kraju czekają na nas prawdziwe skarby natury, które po prostu trzeba zobaczyć!

Prezentacja
21.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną