Kraj

„Warszawskie dzieci” w rocznicę powstania. Czy to uchodzi?

Koncert „Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki” w ramach obchodów 74. rocznicy powstania warszawskiego Koncert „Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki” w ramach obchodów 74. rocznicy powstania warszawskiego Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta
Na pl. Piłsudskiego, w obecności ponoć 150 tys. ludzi i milionów przed telewizorami, popłynęła czysta propaganda totalitaryzmu!

W imieniu mieszkańców Śląska i Zagłębia, rodziny i swoim własnym chciałbym wyrazić szczere oburzenie zakończeniem pierwszosierpniowego koncertu piosenek (nie)zakazanych w samym sercu Warszawy. Śpiewaliśmy rodzinnie, z zapałem, jak zawsze. Z „Jedynką”? – trudno.

Warszawskie dzieci w rocznicę powstania warszawskiego

Było pięknie i podniośle – niestety, aż do ostatniej pieśni. Tomasz Wolny zapowiedział hymn walczącej Warszawy, na dodatek zapewnił, że będzie bis. I popłynęła pieśń. Niosła się nie tylko po placu Piłsudskiego, ale i wśród śląskich zaułków i ogrodów:

Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój/ Za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew!/ Warszawskie dzieci, pójdziemy w bój,/ Gdy padnie rozkaz Twój, poniesiem wrogom gniew!

Przecież znam, przecież trąca w czułą strunę mego serca – a przecież zawsze trafia mnie przy tym jasny szlag! Toż to stoi za nią wraży duet Panufnik–Dobrowolski!

Pierwszy, chociaż w czasie wojennym patriotycznie grywał na fortepianie z Witoldem Lutosławskim, to już w 1954 r. dał dyla z ówczesnej ojczyzny i trwał na indeksie cenzury do 1977 r. Drugi wręcz odwrotnie, został. I bardzo mu się ta ojczyzna podobała. Stanisław Ryszard Dobrowolski. „Komunistyczna kanalia”, którą słusznie Zdzisław Sipiera, wojewoda mazowiecki, wraz z IPN wymazują z publicznej przestrzeni (także inni wojewodowie), jak choćby w Płocku, gdzie tę niegodną postać zastąpiono ulicą Braci Jeziorowskich.

Czytaj także: Odebrano nam prawo do rozmowy o sensie powstania warszawskiego

Czysta propaganda totalitaryzmu

No i po cholerę robimy tę całą dekomunizację, tłumaczymy jak Abel krowie, a władza urabia się po pachy, żeby ulepić nowego, patriotycznego obywatela, kiedy na pl. Piłsudskiego, w obecności ponoć 150 tys. ludzi i milionów przed telewizorami, idzie czysta propaganda totalitaryzmu!

I co z tego, że wyżej wspomniana para podarowała powstańcom tę pieśń już pamiętnego 1 sierpnia? O Andrzeju Panufniku, jednym z największych kompozytorów XX w., już wspomniałem. Poeta Stanisław Ryszard Dobrowolski, uczestnik powstania, oficer AK „Goliard” – późniejszy prezes Związku Literatów Polskich, skumany z PZPR – zasługuje na więcej uwagi. Jak bowiem ta dekomunizacja ma nie kuleć, skoro brak reakcji IPN dopuszcza zdrajcę Dobrowolskiego na pl. Piłsudskiego, i to w takim dniu! Nie wystarczy zdjąć tabliczki z ulic, a co ze słowem, melodią i pieśnią...

Mówi się, choć nieoficjalnie, że sam prezes, po tym jak gruchnęła TA PIEŚN, doznał kontuzji drugiego kolana. Źle to wróży organizatorom imprezy „(Nie)zakazanych piosenek”.

Czytaj także: Powstańczy nie ginęli za PiS czy ONR

Poeci zdradzieccy

Tymczasem, jak okiem sięgnąć wstecz, do czasów słusznie minionych, nie był przecież nasz zdradziecki poeta jakimś szczególnym wyjątkiem. Wołały wówczas czerwone strofy w socjalistyczną przestrzeń bez dna:

Byłby Grunwald i Płowce/ gdyby nie te bombowce/ I gdyby nie te czołgi/ które przyszły znad Wołgi

To pytanie legionisty z Virtuti Militari i czterema Krzyżami Walecznych za wojnę z bolszewikami, więźnia NKWD, który uległ urokowi władzy tamtych powojennych lat – Władysława Broniewskiego.

Adam Ważyk bez najmniejszej wszak trudności sławił mądrość Stalina, szeroką jak rzeka, co „zasila stepy i stawia ogrody”.

Słonimski z zapałem i ochotą zachęcał rodaków do „wykuwania Polski sierpem i młotem”. Razem z Brzechwą, Tuwimem i Iwaszkiewiczem, o którym Zygmunt Mycielski pisał: „Jarosławowi zawsze mało. Chciałby mieć nagrodę Nobla. Chciałby być ekscelencją, ministrem, ambasadorem, dostać jeszcze dużo orderów... Nie wystarczy mu, że napisał bardzo dużo pięknych wierszy, że JEST poetą”.

Konstanty Ildefons Gałczyński, którego darzę wyjątkowym sentymentem, zaangażowanie poetów po ciemnej stronie mocy tłumaczył z rozbrajającą szczerością: „... by zarobić ździebełko na bułeczkę i masełko”.

Byli też herosi. O kim to pisze Leopold Tyrmand: „Uprawia naturalną czystość, bezkompromisowość i wierność samemu sobie. Oczywiście cierpi nędzę. Zarabia kilkaset złotych miesięcznie jako kalkulator – chronometrażysta w spółdzielni produkującej papierowe torby... Pogoda, z jaką znosi tę mordęgę po ukończeniu trzech fakultetów, to precyzyjnie skonstruowana maska, kryje się za nią rozpacz człowieka, który boi się, że przegrał życie w niepoważnym pokerze historii”.

To Pan Myślący. Pan Cogito. Po prostu Herbert.

Krakowska noblistka Wisława Szymborska swoją żałobę po Stalinie tłumaczyła tak: „Należałam do pokolenia, które uwierzyło. JA uwierzyłam. Wypełniałam swoje wierszowane zadanie z przekonaniem, że robię dobrze. Jest to najgorsze doświadczenie w moim życiu”.

Afront wobec prezesa

Ja podejmuję trud, żeby temu wyznaniu wierzyć. Wracam do piosenki, tak serdecznie śpiewanej przez nas wszystkich, na tę krótką chwilę zjednoczonych szczerym, naprawdę prawdziwym patriotyzmem, wydobywającym się z samych trzewi.

Na tę krótką chwilę wszyscy jesteśmy warszawskimi dziećmi. Także my tutaj, na Śląsku. Mówi się też, aż boję się powtórzyć, że Dobrowolski pozostawał zaprzyjaźniony z niejakim Rajmundem Kaczyńskim... Mówi się, że dzieci od kołyski tego nie pochwalały – a tu taki afront na Piłsudskim! To przecież wbrew dekomunizującemu przestrzeń prezesowi. Jak można jemu i tysiącom wpuszczać do uszu frazy komunistycznej kanalii?

Wolno śpiewać Dobrowolskiego?

Ale może dla tej krótkiej chwili można by było pomyśleć o poecie, zdrajcy, ciut łaskawiej. Myśli i słowa poetów chodzą własnymi drogami. I tak nie my będziemy ich czyny i słowa ważyć. Nie my. Możecie wymazać ich place i ulice, ale takiej wrednej komunistycznej postaci, niemającej w sobie krztynki prawdziwego dzisiejszego „polskiego patriotyzmu”, jak Stanisław Ryszard Dobrowolski, z w warszawskiej przestrzeni powstańczej i jej pamięci wymazać się nie da. Póki co, rzecz jasna. Ale po kolejne póki co i po kolejne rocznice „Warszawskie dzieci” będą w nas – nawet jeżeli dekomunizacja przestrzeni w telewizji sięgnie z ulic i placów do głów i słów...

W to wierzę, ale dzisiaj uprzejmie donoszę ze Śląska i proszę o większą czujność w doborze powstańczych piosenek, a szczególnie ich autorów. Chodzi o młodzież i wodę w ich mózgach: przy Dobrowolskiego nie mogą mieszkać, ale Dobrowolskiego mogą śpiewać?

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama