Rozmowa z Andrzejem Franaszkiem o Herbercie i jego biografii

Poeta cierpiący
Rozmowa z Andrzejem Franaszkiem, autorem dwutomowej biografii Zbigniewa Herberta.
Zbigniew Herbert w swoim warszawskim mieszkaniu, 1962 r.
Wacław Kapusto/Forum

Zbigniew Herbert w swoim warszawskim mieszkaniu, 1962 r.

Andrzej Franaszek
Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta

Andrzej Franaszek

Justyna Sobolewska: – Po biografii Czesława Miłosza w maju tego roku ukaże się pana monumentalna biografia Zbigniewa Herberta. Te dwa portrety się zresztą uzupełniają, to są dwie postawy wobec Polski. Herbert jednak wydaje się trudniejszy do opisania.
Andrzej Franaszek: – Niekoniecznie. Oczywiście Miłosz pisał bardzo dużo o sobie wprost, Herbert zaś tego nie robił, wręcz unikał biograficznych wynurzeń. A jednak kiedy zaczynamy uważnie przyglądać się różnego rodzaju pozostawionym przez niego materiałom archiwalnym, notesom, szkicownikom czy rękopisom utworów, dostrzegamy liczne kładki między tzw. życiem a dziełem. Dla mnie osobiście ważnym przykładem jest wiersz „Pan Cogito – zapiski z martwego domu”. Przed dziesięcioleciami, jeszcze jako student, czytałem go poprzez odniesienia do Biblii czy filozofii, oczywiście do Dostojewskiego; w czasie pracy nad biografią udało mi się natomiast dowiedzieć, że sam poeta zamierzył ów utwór jako swego rodzaju komentarz do dwóch doświadczeń. Tak więc wiersz ten mówi zarazem o przyjaciołach Herberta z kręgu KOR, internowanych w stanie wojennym, więzionych, i zarazem o jego własnym więzieniu – pobycie w klinice dla nerwowo chorych.

Autor „Pana Cogito” cierpiał na chorobę dwubiegunową afektywną. Myślę, że 20 lat po jego śmierci możemy o tym mówić otwarcie. I należy od razu podkreślić, że słowo „cierpieć” jest tu bardzo na miejscu. Taka choroba jest przeżyciem upiornym, zadającym cierpienia olbrzymie. A „Zapiski...” opowiadają m.in. o tym, jak człowiek zamknięty w klinice psychiatrycznej jest pozbawiany godności, niejako wydziedziczony z człowieczeństwa, a przynajmniej z prawa do stanowienia o sobie.

Kiedy zaczął chorować?
Wydaje mi się, że w dzieciństwie i młodości Herbert był raczej pogodnym chłopcem, poważniejsze niepokoje czy depresje zaczęły go gnębić zapewne w latach 50. Wcale też nie był dlań łatwym doświadczeniem dwuletni, pierwszy pobyt na Zachodzie – po części samotny. W latach 60. towarzyszą mu już załamania, często łagodzone alkoholem. Zresztą klimat tych lat, w Polsce stopniowo coraz bardziej ponury, sprzyjał podobnym ucieczkom. Warto jednak pamiętać, że jakkolwiek Herbert potrafił wypić dużo, to jednak bez porównania więcej pracował, nie rozmieniał życia na drobne.

Pierwszy naprawdę poważny kryzys ma miejsce w 1967 r. we Francji. Zaprzyjaźniony francuski psychiatra stawia diagnozę, przepisuje leczenie, które czasem było skuteczne, czasami zaś nie. Przez trzy dziesięciolecia autor „Napisu” żył w naprzemiennym rytmie depresji oraz euforii, gdy podejmował najrozmaitsze plany, szkicował książki, wydawał ostatnie pieniądze na aukcjach rycin czy map.

Przy tym bardzo późno się osiedlił na stałe, większość życia upływała mu w podróżach. Mieszkał w hotelach, pensjonatach, wynajmowanych pokojach. Ciekawe jest tu porównanie z Miłoszem, który od czasu, gdy osiadł w Kalifornii, robił notatki w solidnych kajetach o twardych oprawach. Herbert natomiast zapisywał cytaty, szkice wierszy w malutkich notesikach, które mieściły się w kieszeni marynarki, jakby zawsze był gotów do drogi. Wielu projektów nie udało mu się ukończyć – książki o Rembrandcie, Vermeerze, rozpraw o jednorożcu czy o podróżopisarstwie. Im lepiej go jednak poznajemy, tym jaśniejsze się staje, że w pewnych pasmach jego życie było właściwie heroiczne. To, że zdołał tak wiele przeczytać, zrozumieć, no i oczywiście napisać, jest najzwyczajniej w świecie imponujące.

Herbert ma wyraźny wizerunek w kulturze – poety, który był taki jak jego twórczość. Wcielał ideał stoicki.
W książce chciałem pokazać także różnicę między rzeczywistością a wyobrażeniem, jakiego nabieramy w szkole, gdy czytamy „Potęgę smaku” lub „Przesłanie Pana Cogito”. Absolutnie nie chodzi mi o „pomniejszanie” Herberta, ale o ukazanie prawdziwego człowieka. Potrafił być zarówno niesprawiedliwy czy napastliwy, jak – może częściej – wspaniałomyślny, szczodry, urokliwy, porywający intelektualnie. Pierwszy z rzędu przykład: lata 60., do Warszawy przyjeżdża z Wrocławia przeziębiony Tymoteusz Karpowicz, odwiedza Herberta. Kilka dni później odnajduje w kieszeni płaszcza cytryny, podrzucone mu tam przez kolegę. Wydarzenie może błahe, ale ukazujące pewien mechanizm: chęć pomocy, a przy tym zrobienia tego w taki sposób, by nie zawstydzać obdarowanego. Katarzyna Herbertowa mówiła, i myślę, że ma tutaj całkowitą rację, iż jej mąż był u fundamentów swej duszy człowiekiem szlachetnym, a przede wszystkim nigdy niepozostającym obojętnym na cudze cierpienie, chociaż potrafił także ranić i być bezwzględny.

Tak więc Herbert nie był monolitem, przeciwnie – zmiennym żywiołem. Sam zresztą napomykał, że ludzie czytający jego utwory myślą o ich autorze jako o kimś, kto niewiele ma wspólnego z nim samym. Że życie prywatne jakby „nie dorasta” do perspektywy stwarzanej przez jego wiersze, jest ono o wiele bardziej skomplikowane, niekonsekwentne.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną