Kraj

Śmiech jako kwintesencja życia. Wspomnienie Ludwika Stommy

Ludwik Stomma (1950–2020) Ludwik Stomma (1950–2020) Tadeusz Późniak / Polityka
Paryż zamarł, kawiarnie są zamknięte na cztery spusty. W mieście pogrążonym w grobowej ciszy tylko śpiew ptaków uderza w wyższe tony. I w moim odczuciu jest to ich hymn na cześć utraconego przyjaciela.

14 lat temu, gdy byłem studentem Sorbony, zapisałem się (trochę przez przypadek) na seminarium o polskich mitach tylko dlatego, że jestem polskiego pochodzenia. W kilkoro osób oczekiwaliśmy Pana Profesora przed wejściem do wskazanej sali, gdy nagle naszym oczom ukazała się siwowłosa postać w okularach zatkniętych na orlim nosie, która zwróciła się do nas chrapliwym głosem z bardzo wyraźnym słowiańskim akcentem: „Dobrze, a teraz zmieniamy miejsce. Zajęcia odbędą się gdzie indziej. A to z dwóch powodów. Po pierwsze, w tej sali nie można spożywać alkoholu. Po drugie, w tej sali nie można palić”. I tak znaleźliśmy się w kawiarni Lutèce w pobliżu fontanny Saint-Michel, gdzie odbyło się nasze seminarium. Tydzień później już nie byłem zwykłym „studentem”. Byłem „studentem Ludwika”.

Z pewnością jesteś świadom, Drogi Czytelniku, niezwykłej bystrości umysłu, z której słynął Ludwik. O jego osiągnięciach naukowych wiesz być może trochę mniej. Jego badania nad polską wsią pojawiły się za późno jak na ówczesne gusta akademickie, by zyskać należne im miejsce. Tym niemniej w latach 80. najwięksi historycy francuscy się na nie powoływali – od Le Goffa po Delumeau, a sam Lévi-Strauss docenił umiejętności Ludwika, otwierając mu drogę na Sorbonę. Jednak wciąż brakuje tłumaczeń jego badań (tylko jedna książka wydana po francusku), jak również większego zdystansowania się do naukowych trendów, abyśmy mogli ocenić ogrom jego wkładu w rozważania o tradycyjnych strukturach myślowych, a szerzej o „micie” w rozumieniu Barthesowskim: tej skłonności do deformacji rzeczywistości, by nadać jej sens; zjawisku występującym we wszystkich miejscach i epokach, prowadzącym do najgorszych wynaturzeń, które niezmiennie stanowi palący problem badawczy.

Ale to nie wszystko, co utraciliśmy wraz z odejściem Ludwika. Wystarczało dać mu odrobinę siebie, aby Ludwik oddawał się nam cały, niczego w zamian nie oczekując. Przyjmował nas pod swoje skrzydła, stając się wybitnym nauczycielem oraz dozgonnym przyjacielem (bratnią duszą), by ostatecznie przerodzić się w przewodnika po życiu.

Jego nauki niosły ze sobą prawdziwą mądrość: dawał temu wyraz zarówno we własnym życiu, jak i w swoich artykułach i książkach. Swoją pierwszą lekcję Ludwik wysnuł z tytułowej postaci powieści Thomasa Manna „Józef i jego bracia”: trzeba żyć w taki sposób, by było to warte opowiedzenia. I któż się z tym nie zgodzi? W tym względzie Ludwik tytułowego Józefa wręcz przerasta: to Ludwik, który przy współudziale miejscowych staruszków uciekł z greckiego szpitala, mając tymczasem obie nogi w gipsie; to Ludwik, który przy pomocy młodzieży z NRD odbudowywał popadający w ruinę obóz w Auschwitz; to Ludwik, którego kozackie plemię obdarowało tytułem Honorowego Kozaka; to Ludwik, który orędował za wyświetlaniem „Shoah” Claude’a Lanzmanna w polskim kinie i telewizji; i to wreszcie Ludwik, który wprawił w osłupienie polską dyplomację, łamiąc protokół poprzez padnięcie na kolana przed bułgarskim premierem (i jednocześnie byłym królem) Symeonem II i nazwanie go „carem” – wybryk, dzięki któremu pozyskał dla swojego notatnika osobisty numer monarchy.

Drugą nauką daną przez Ludwika był śmiech rozumiany jako kwintesencja życia. Według tego podejścia frywolny rechot znajduje się tak naprawdę na usługach prawdziwej moralności i spraw priorytetowych: eksplozja śmiechu jest ostateczną formą obrony przed przytłaczającym nas ciężarem rzeczywistości – nieustępliwej w swej materii i pełnej różnego rodzaju idiotów. To właśnie czynił, pisząc regularnie na łamach polskiej prasy, a co zreasumowałem kiedyś w czasie wspólnej rozmowy, robiąc użytek z danych mi przez Ludwika lekcji polskiego: „wkurwiać chujów poprzez szczanie na nich mądrością Rabelaisa”. Nie ma to bynajmniej związku ze śmiechem pełnym pogardy, ale raczej z ironią, która ma nas skłonić do myślenia; ze śmiechem, do którego należy dążyć za wszelką cenę i dzielić się nim bezzwłocznie; ze śmiechem, który pozwala cieszyć się tym, co piękne – tak jak Basia, słońce, rudziki czy białe wino.

Zapewne należę do nielicznych osób, dla których restrykcyjne środki ostrożności, podjęte w walce z koronawirusem, mają głębszy sens: Paryż zamarł, kawiarnie są zamknięte na cztery spusty. W mieście pogrążonym w grobowej ciszy tylko śpiew ptaków uderza w wyższe tony. I w moim odczuciu jest to ich hymn na cześć utraconego przyjaciela.

Tłumaczenie: Anna Chruścińska-Noël

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Dwie Polki na serio rozpracowują SARS-CoV-2. Czy im się uda?

Polskie badaczki próbują rozpracować wirusa CoV-2

Paweł Walewski
03.04.2020
Reklama