Kraj

Minister Sójka o zdrowiu nie pamięta. Woli ćwierkać i się promować

Minister Katarzyna Sójka podczas miesięcznicy wprowadzenia darmowych leków dla dzieci, młodzieży i osób 65+. Minister Katarzyna Sójka podczas miesięcznicy wprowadzenia darmowych leków dla dzieci, młodzieży i osób 65+. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Minister zdrowia Katarzyna Sójka zapomniała, że nie przestała być lekarzem. Bo w roli klakierki i propagandystki czuje się najlepiej.

„Wygraliśmy!”, „Zwyciężymy!”, „Jedziemy dalej”. A nawet: „7:0 dla Morawieckiego” – takimi hasłami minister zdrowia Katarzyna Sójka komentowała w poniedziałkowy wieczór debatę wyborczą. W ciągu godziny opublikowała kilkadziesiąt wpisów, czym wydała fatalne o sobie świadectwo. Bo jeśli lekarka – a przypomnijmy, że podczas desygnowania jej na to stanowisko w sierpniu prezydent Andrzej Duda wyłącznie z tego się cieszył: „że jest Pani zwykłym lekarzem” – swojej publice (na koncie X, d. Twitter, obserwuje ją ponad 6 tys. osób) wmawia coś, co wszyscy widzą inaczej, nie można mieć złudzeń, że straciła kontakt z rzeczywistością.

Mimo wszystko od lekarki, funkcjonariuszki publicznej, oczekiwalibyśmy innych standardów. Przyznanie premierowi bezapelacyjnego zwycięstwa (7:0!) w tzw. debacie telewizyjnej, w której obiektywnie wypadł źle (chyba najgorzej ze wszystkich odpytywanych polityków) i słowa Sójki „wygraliśmy” brzmią tak fałszywie, że aż groźnie. Gdybym był jej pacjentem, naprawdę bałbym się, że może tak samo opacznie zinterpretować moją zdrowotną sytuację. Wyobraźmy sobie chorego na raka, kiedy siada przed lekarką, która zerkając na niepomyślne wyniki badań, zaklina rzeczywistość i z triumfem oświadcza: „Panie Pawle, wygraliśmy!”. Doktor Sójka zapomniała, że lekarzem jest się zawsze i kiedy nawet na stanowisku ministra ma dodanych parę innych obowiązków, obserwują ją pacjenci i pracownicy ochrony zdrowia, więc powinna zachowywać się jak lekarz, a nie jak klakierka i propagandzistka.

Dr Sójka trafiła do resortu zdrowia z przypadku

Wiadomo było, że delegowanie Sójki na szefową Ministerstwa Zdrowia nie łączy się wobec niej z jakimikolwiek oczekiwaniami, by coś w resorcie poprawić, zreformować, zaprezentować nowe pomysły na przyszłość. Niespodziewany wybryk poprzedniego ministra zdrowia Adama Niedzielskiego (który opublikował dane z recepty jednego z lekarzy) do tego stopnia zaskoczył PiS, że nie mieli w zanadrzu żadnego lepszego kandydata na to stanowisko. Postawiono więc na posłankę lekarkę z trzeciego szeregu, której nikt początkowo nie kojarzył, bo i ona sama przez cztery lata pracy w sejmowej komisji zdrowia nie starała się specjalnie, by dać się z czegoś zapamiętać. Z zaledwie 25 interpelacji, jakie razem z innymi posłami złożyła w Sejmie, i tak tylko sześć skierowanych było do Ministerstwa Zdrowia, co pokazuje, że resortowe problemy niekoniecznie były dla niej najważniejsze.

Ostatnie dwa miesiące potwierdzają to nastawienie, bo wykorzystała je wygodnie, myśląc wyłącznie o własnej kampanii wyborczej. Pierwsze publiczne spotkanie zorganizowała w Ministerstwie Zdrowia z przedstawicielami organizacji pacjenckich, by ocieplić wizerunek resortu, którym wcześniej zarządzał Niedzielski technokrata. Nie był z wykształcenia lekarzem i zachowywał się nieraz arogancko. Dlatego 18 sierpnia media społecznościowe rozgrzały się do czerwoności od zdjęć z Sali Kolumnowej w siedzibie ministerstwa, bo każdy, kto dostąpił zaszczytu zaproszenia na wspomniane spotkanie, publikował selfie z nową panią minister.

A ta, w ulubionym swoim stroju (biały t-shirt pod kolorową marynarką) chętnie pozowała do pamiątkowych fotografii, zwłaszcza że szefowie organizacji podpisywali je w podobny sposób: deklaracja dialogu z obu stron. Tak oto cel, który PiS postawił sobie w związku z tą nominacją, został szybko zrealizowany. Tyle że to był tylko pierwszy tydzień jej obecności w siedzibie resortu. Już w następnym ministra ruszyła w tour z czekami dla terenowych szpitali, klinik i uniwersytetów medycznych, promując własną partię i rząd przed zbliżającymi się wyborami, a przy okazji samą siebie.

Z podziwem dla Czarnka, na przekór lekarzom

Jest też pani minister zwolenniczką bałaganu, za który w wyższym szkolnictwie medycznym odpowiada Przemysław Czarnek. On i Adam Niedzielski (bez pojęcia o specyfice studiów medycznych, gdyż obydwaj mają zupełnie inne wykształcenie) postanowili ułatwić najróżniejszym uczelniom i pospolitym szkołom zawodowym otwieranie kierunków lekarskich – i można było mieć nadzieję, że Katarzyna Sójka tę nieprzemyślaną do końca reformę jakoś skoryguje, a przynajmniej spowolni.

Ale gdzie tam! Nie wolno się przecież narazić tak wpływowemu we władzach PiS ministrowi edukacji, a ostatnią rzeczą, którą mogłaby pani Sójka zrobić, to popaść w niełaskę swych partyjnych mocodawców. Więc dumnie stawiła się dwa dni temu obok Przemysława Czarnka na pierwszej uroczystej inauguracji roku akademickiego na nowo otwartym wydziale lekarskim w Uniwersytecie Kaliskim (do niedawna była to Akademia Kaliska i Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa), mimo że Naczelna Rada Lekarska złożyła do prokuratury zawiadomienie na tę uczelnię (w jej ocenie otworzyła ona kierunek lekarski bez wymaganej infrastruktury i mimo negatywnej opinii Komisji Akredytacyjnej). No cóż, rektorem uczelni jest prof. Andrzej Wojtyła (mało kto pamięta, że był ministrem zdrowia w rządzie Hanny Suchockiej), a obecnie to kandydat PiS do Senatu z ziemi kaliskiej.

Minister edukacji Przemysław Czarnek na wieść o proteście Naczelnej Rady Lekarskiej miał powiedzieć (cytuję za PAP), że „jej bezczelność nie zna granic”, dając do zrozumienia, że bezczelne są władze samorządu lekarskiego, którym nie podoba się obniżanie jakości kształcenia. Czy myślicie, że minister Sójka wzięła w obronę lekarzy? Nie, wręcz przeciwnie – dała do zrozumienia, że Wielkopolska potrzebuje tej uczelni (sama kandyduje do Sejmu z drugiego miejsca na liście PiS właśnie w Kaliszu). A przecież na obcesowe słowa Czarnka, że „lekarze powinni przestać węszyć”, mogła zaćwierkać na swoim koncie X (d. Twitter) i przypomnieć, że samorząd lekarski (do którego też przynależy) ustawowo jest zobowiązany do dbania o jakość kształcenia przeddyplomowego.

Pani minister pozuje i wręcza

Na czele resortu zdrowia stoi dziś propagandystka, a nie – jak oczekiwał tego Andrzej Duda – zwykła lekarka. I środowisko medyczne patrzy na to z zażenowaniem. Pani minister niedawno zorganizowała w gmachu ministerstwa krótką konferencję prasową w związku z miesięcznicą (tak, tak!) wprowadzenia listy darmowych leków dla dzieci i osób 65 plus. Nie dość, że nie przygotowała się do swoich wypowiedzi wcale (nie tylko paskudne mylenie „tą” z „tę” kłuło w uszy), to jeszcze na pytanie szefowej branżowego portalu „Co w zdrowiu”, dlaczego „darmowych” leków nie mogą wypisywać lekarze z prywatnych placówek (gdzie wiele rodzin ma wykupione abonamenty), odrzekła, że „Ministerstwo Zdrowia wspiera sektor publiczny”. Takie to wspieranie, że rodzice, chcąc otrzymać darmowe leki dla swoich pociech, muszą ustawiać się w kolejkach do lekarzy rodzinnych z POZ ze zleceniami, które otrzymali już od „lekarzy prywatnych”. Dublowanie wizyt jest według pani minister dobre i ujmuje pracy lekarzom z przychodni POZ?

Ale zajęta kampanią wyborczą i komentowaniem występów premiera doktor Katarzyna Sójka nie ma wiele czasu na poświęcanie go teraz sprawom resortu zdrowia. Przynajmniej nic o tym na swoim koncie w mediach społecznościowych nie informuje. Jakby jej ministrowanie miało polegać wyłącznie na prezentowaniu zdjęć z różnych uroczystości, podczas których wręcza wspomniane czeki lub pozuje do zdjęć ze swoimi wyborcami (posunęła się nawet do tego, by wykorzystać na jednym z nich niepełnosprawnych pensjonariuszy domu opieki).

Byli już różni ministrowie zdrowa w rządach PiS. Do każdego można mieć o coś pretensje (Konstanty Radziwiłł, prof. Szumowski, ostatnio Adam Niedzielski), bo żaden nie zbliżył się do formatu sprawowania tego urzędu przez prof. Zbigniewa Religę (był ministrem zdrowia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, a następnie Jarosława Kaczyńskiego). No cóż, Polska 2005–07 i Polska 2015–23 to zupełnie inne kraje. A doktor Katarzyna Sójka jest na finiszu tej kadencji najlepszym symbolem rządów, o których byłoby najlepiej jak najszybciej zapomnieć.

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną