Kraj

Prezydent Duda zaczął meblować prezydencję Polski w UE. To się może skończyć kompromitacją

Prezydent Andrzej Duda po wygłoszeniu oświadczenia 1 maja 2024 r. Prezydent Andrzej Duda po wygłoszeniu oświadczenia 1 maja 2024 r. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Wygląda na to, że Andrzej Duda zamierza przetestować granice swoich kompetencji podczas nominacji polskiego komisarza i zaczynającej się w styczniu polskiej prezydencji w Radzie UE. Polskiej polityce europejskiej wróży to jak najgorzej.

Trzy świąteczne dni na początku maja to zwykle moment większej aktywności prezydentów. W tym roku Andrzej Duda wykorzystał ten czas szczególnie, bo to już przedostatni raz, kiedy ma szansę zwracać się do Polaków z tego stanowiska. A w przyszłym roku jego słowa nie będą już miały politycznego znaczenia – raczej tylko symboliczne, bo prezydent będzie się powoli pakował przed rychłym zakończeniem swojej kadencji.

Wśród wielu tematów, które Andrzej Duda poruszył w tym roku, warto zwrócić uwagę na jeden: rozpoczynającą się w styczniu przyszłego roku półroczną prezydencję Polski w Radzie UE. Raz na kilkanaście lat każdy kraj Unii ma szansę przewodniczyć pracom tej unijnej instytucji reprezentującej państwa członkowskie. To okazja, żeby wywrzeć większe piętno na działalności Unii niż w pozostałych miesiącach i latach – trzeba to tylko zrobić umiejętnie. Wypowiedzi prezydenta i jego współpracowników z ostatnich dni sugerują jednak, że Andrzej Duda będzie raczej próbował coś ugrać na krajowym podwórku. A to wróży jak najgorzej.

Czytaj też: Sikorski wyznacza cele, gdy sytuacja na świecie jest groźna. Reakcja Dudy nie mieści się w głowie

Rząd rządzi, prezydent reprezentuje

Zacząć trzeba od banału, czyli art. 146 konstytucji, który mówi jasno: „Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną Rzeczpospolitej Polskiej” oraz „sprawuje ogólne kierownictwo w dziedzinie stosunków z innymi państwami i organizacjami międzynarodowymi”. Wynika z niego więc, że – po pierwsze – polityka zagraniczna Polski jest jedna. Poszczególne organy nie mogą prowadzić swoich odrębnych polityk: rząd swoje, prezydent swoje, co innego jeden minister, a co innego drugi. Po drugie zaś, tę jedną i niepodzielną politykę zagraniczną prowadzi rząd pod przewodnictwem premiera.

Te zasady zostały szczegółowo wyłożone przez Trybunał Konstytucyjny, gdy był zgodnie uznawany przez wszystkie strony polskiej sceny politycznej, jeszcze długo zanim został zagarnięty przez PiS i zmienił się w swoją atrapę. Wyrok trybunału z 2009 r. zapadł zresztą także na tle polityki europejskiej, kiedy od 2007 r. prezydent Lech Kaczyński uznał, że to on będzie reprezentował Polskę na unijnych szczytach, a nie premier Donald Tusk (tzw. spór o krzesło).

Trybunał uznał wprawdzie, że prezydent – zgodnie z art. 126 konstytucji będący najwyższym przedstawicielem RP – może podjąć decyzję o udziale w konkretnym szczycie Unii, ale stanowisko na taki szczyt ustala rząd, a prezydent musi je przedstawić. Oczywiście rząd i prezydent powinni generalnie ze sobą współdziałać (art. 133 konstytucji), ale w tym przypadku oznacza to, że to prezydent powinien współdziałać z premierem i właściwym ministrem, żeby zapewnić „jednolitość działań” Polski w stosunkach z UE i jej instytucjami. Prezydent może co najwyżej się odnieść do ustalonego stanowiska rządu.

Duda o exposé Sikorskiego: Trudno nie nazwać tego manipulacją i propagandą

Niekonstytucyjna ustawa

Tyle konstytucja i trybunał. Ale PiS tuż przed końcem poprzedniej kadencji zaczął podejrzewać, że mimo wszystkich starań może się nie utrzymać u władzy po 2023 r. Dlatego wykorzystał minimalną większość w Sejmie, żeby uchwalić specjalną ustawę regulującą uprawnienia prezydenta w polityce europejskiej według projektu zgłoszonego przez Andrzeja Dudę.

„Polityka” przestrzegała przed tym projektem, gdy tylko został złożony przed niewiele ponad rokiem, jako „konfrontacyjnym i niekonstytucyjnym”. Według uchwalonej wkrótce potem ustawy rząd będzie musiał uzgadniać swoje stanowiska na unijne szczyty z prezydentem. Prezydent będzie też miał prawo weta wobec kluczowych nominacji Polski w Unii Europejskiej, w tym komisarza UE czy sędziego TSUE. Będzie również mógł w każdej chwili sam się wysłać na szczyt unijny, jeśli będzie miał taką fantazję – zastępując premiera (kiedyś każdy kraj mogły reprezentować dwie osoby).

Wszystkie te przepisy w otwarty sposób łamią wyłożone wyżej konstytucyjne zasady prowadzenia polityki zagranicznej i europejskiej. Przypomnijmy, że unijne szczyty, czyli w oficjalnej terminologii posiedzenia Rady Europejskiej, w tzw. konkluzjach podejmują kierunkowe decyzje o polityce Unii. Potem Komisja Europejska, służby prawne Rady i Parlament Europejski pracowicie przekuwają je w szczegółowe akty prawne.

Już nie „wyimaginowana wspólnota”

Pisaliśmy w czerwcu zeszłego roku, że ustawa może sprawić, że prezydent sparaliżuje politykę europejską nowego rządu, który nie będzie mógł nawet kichnąć w sprawach unijnych bez zgody głowy państwa. I prezydent zdaje się realizować te przepowiednie przed polską prezydencją. Już kilka tygodni temu współpracownicy prezydenta zaczęli grozić zablokowaniem rządowej nominacji nowego komisarza UE. Wybór nowej Komisji (i nominacje na inne kluczowe stanowiska) będzie się odbywał po czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego, zapewne jesienią, czyli tuż przed polską prezydencją.

Teraz prezydent idzie dalej. W pierwszomajowym oświadczeniu prezydent wskazał na swoje główne cele prezydencji: zacieśnienie współpracy między Unią Europejską a USA, wejście do Unii nowych członków (Ukrainy, Mołdawii i państw Bałkanów Zachodnich), wspieranie Ukrainy w odbudowie oraz transformację energetyczną i ochronę klimatu. Zanim rząd przedstawił nawet kierunkowe priorytety prezydencji, Andrzej Duda zaczął rządowi szczegółowo ją meblować, łącznie z dyktowaniem, ile i jakich szczytów powinno się podczas niej odbyć („Uważam, że powinniśmy zorganizować w Polsce (…) dwa szczyty europejskie: pierwszy szczyt Unia Europejska – Stany Zjednoczone i drugi szczyt Unia Europejska – Ukraina” – mówił w pierwszomajowym przemówieniu z okazji 20-lecia Polski w Unii).

Duda przypomniał też 1 maja o swoich nowych, wynikających z ustawy, kompetencjach w sprawach personalnych. „Wierzę w to, że uda się wspólnie z rządem wybrać takie osoby, które będą nas reprezentowały godnie, które będą przede wszystkim obiektywnie, znakomicie merytorycznie przygotowane do tego, by prowadzić sprawy europejskie. Oczywiście z uwzględnieniem polskich interesów” – powiedział Duda. Obóz polityczny prezydenta ogłosił swoim kandydatem na komisarza UE Jacka Saryusza-Wolskiego, pozostającego w ostrym personalnym sporze z premierem Tuskiem i Koalicją Obywatelską.

Równocześnie Andrzej Duda, zapewne dla przydania sobie kompetencji w dziedzinie polityki europejskiej, zaczął nagle te 20 lat Polski w Unii bardzo chwalić. „20 lat obecności Polski w UE to był i to jest bardzo dobry czas dla naszego kraju” – mówił ten sam prezydent, który w kampanii wyborczej 2020 r. nazywał Unię „wyimaginowaną wspólnotą, z której nic dla nas nie wynika”. Równolegle Jarosław Kaczyński mówi o Unii jako o projekcie realizującym niemieckie interesy, a Mateusz Morawiecki jeździ na imprezy partii antyeuropejskich.

Aktywny za granicą, ale cele krajowe

Prezydent w ostatnich tygodniach wykazuje dużą aktywność w polityce zagranicznej. Przed wspólną wizytą z Donaldem Tuskiem w Waszyngtonie ogłosił, że jego zdaniem próg minimalnych wydatków militarnych w państwach NATO powinien być podniesiony z 2 proc. do 3 proc. PKB (Amerykanie od razu odżegnali się od tego pomysłu). Podczas kolejnej wizyty w USA, gdy spotkał się z Donaldem Trumpem, zapowiedział, że Polska chce dołączyć do programu nuclear sharing, zakładającego udział w składowaniu i przenoszeniu amerykańskiej broni jądrowej. Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg w Warszawie poinformował, że obecnie nie ma takich planów.

Wszystkie te inicjatywy nie miały więc dużych perspektyw na arenie międzynarodowej, bardziej miały pokazać wyborcom w kraju, że prezydent jest aktywnym i wpływowym politykiem na arenie międzynarodowej, niekoniecznie zgodnie z realiami. Ostatnie wypowiedzi Andrzeja Dudy wskazują na to, że będzie próbował wykorzystać swoje niedawno nabyte uprawnienia w polityce europejskiej w tym samym celu. Problem w tym, że nie mamy już Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby orzec, że przepisy uchwalonej w zeszłym roku ustawy są niezgodnie z konstytucją.

Polska prezydencja przypada na bardzo ważny i trudny okres: za wschodnią granicą Polski (i nie tylko) trwa wojna, w Europie nowe władze wybrane w wyniku czerwcowych wyborów będą dopiero kształtowały swoją politykę, w Ameryce władzę obejmie nowy-stary prezydent Joe Biden lub Donald Trump. Jeśli Andrzej Duda będzie próbował w tym czasie przede wszystkim politycznie stawiać na swoim – wbrew rządowi i niepodważanym do tej pory zasadom prowadzenia polityki europejskiej – osiągnięcie czegokolwiek z polskich priorytetów podczas prezydencji może się okazać niemożliwe. Nie wspominając o dalszym osłabieniu wizerunku państwa polskiego.

Organy państwa polskiego powinny ze sobą współpracować, ale inicjatywa i ustalanie polityki zagranicznej kraju zgodnie z ustawą zasadniczą należy do rządu. Prezydent jako strażnik konstytucji powinien o tym pamiętać.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną