Polska 2050 już bez Hołowni w nazwie. Pełczyńska-Nałęcz włącza się w wyścig. „Anty-PiS nie wystarczy”
„Kongres nowego otwarcia” odbył się w sobotę na warszawskim placu Konesera. Polska 2050 chce udowodnić niedowiarkom, że jest potrzebna i zdolna samodzielnie wejść do Sejmu. Jak przyznała w rozmowie z „Polityką” osoba związana z partią, „wchodzą do kampanii wyborczej jako ostatni”.
Do wyborów zostało półtora roku. Ugrupowanie Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz chce w tym czasie dotrzeć do „zwykłych” ludzi, czyli klasy średniej. Motywy przewodnie są trzy: praca, płaca i mieszkania. No i nowa nazwa: Polska 2050 Rzeczypospolitej Polskiej.
Polska 2050: lobbyści ludzi w rządzie
Taką wizję zarysował Szymon Hołownia. „Nie udało mi się zmienić polskiej polityki tak, jak chciałem, nie udało mi się osiągnąć wielu rzeczy, które chciałem osiągnąć. (...) Ale to, że udało się zebrać ludzi tak niezwykłych i tak wytrzymałych, wiernych ideom i wartościom, zapiszę sobie w pamiętniczku – wyznał. – Bez was byłbym dalej sam w mieszkaniu w 2019 r., mówiąc, że zmiana jest możliwa. Idziemy razem tą drogą już siedem lat. I to było siedem lat chudych. Teraz czeka nas najfajniejszy i najlepszy okres”.
Hołownia „odzyskuje nazwisko”, które znika z nazwy partii, ustępując „Rzeczypospolitej Polskiej”. Chwalił następczynię, wskazując, że jest „wybitnym liderem, osobą merytoryczną, pracowitą, oddaną sprawie i kryształowo uczciwą”.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz mówiła o trzech fundamentach i propozycjach dla wyborców: „praca, płaca i mieszkania”. W przypadku pracy chodzi o sprawiedliwsze opodatkowanie, które dziś z jednej strony – zdaniem Polski 2050 – obarcza klasę średnią drugim progiem podatkowym, z drugiej daje liczne przywileje milionerem (m.in. fundacje rodzinne). Pełczyńska powoływała się na pielęgniarki i nauczycieli zarabiających ok. 120 tys. zł rocznie, pracujących dla państwa i „karanych” 32-procentowym podatkiem dochodowym. Liderka nowej Polski 2050 chce zwiększenia progu do 140 tys., co miałyby pokryć m.in. zmiany w ryczałcie i podatek cyfrowy. Zamierza też zadbać o to, by praca była dostępna w całym kraju, a nie tylko w metropoliach.
Z kolei mieszkania, nieśmiało nazwane „prawem” (a nie towarem), mają być dostępne dla ludzi, zwłaszcza młodych, i przestać przynosić „krocie milionerom”. „Mieszkania to nie jest jakaś tam jedna z polityk. To kotwica bezpieczeństwa. Własne miejsce do mieszkania, do zakładania rodziny, wychowywania dzieci” – mówiła. Chwaliła się zablokowaniem dopłat do kredytów i ujawnieniem cen mieszkań (we współpracy z Lewicą). „Przeczytałam gdzieś w necie, że jesteśmy waszym zapleczem politycznym. Nie ma sprawy. Polska 2050 jest lobbystą ludzi w rządzie”.
Oni karmią ludzi strachem
Część przemówienia ministra poświęciła konkurencji i koalicjantom. Wprost oberwało się prawicy: Konfederacji i Konfederacji Korony. „Żyjemy w trudnych czasach i w takich czasach jak grzyby po deszczu rosną politycy, którzy chętnie zdemolują nam dom. Piraci z gaśnicą, patokonserwatyści po rozwodach i dwóch ślubach kościelnych. To politycy, którzy nie potrafią przynieść rozwiązań prawdziwych problemów, więc przynoszą sztuczne wojny. Nienawiść do Ukraińca, Niemca, sąsiada, który głosuje inaczej. Karmią ludzi strachem jak narkotykiem”.
Słowa o strachu, który należy zastąpić „nadzieją, kierunkiem i bezpieczeństwem”, wybrzmiały ogólniej, jakby były kierowane nie tylko do opozycji. Zwłaszcza jeśli doda się do nich inne aluzje mniej i bardziej czytelne. „Nie będziemy pili piwa z Konfederacją, żeby przypodobać się patoprawicy i patokonserwatystom” – zapewniła Pełczyńska-Nałęcz. Nawiązała też do owianej złą sławą relacji z Donaldem Tuskiem. „Wiecie, że mnie z premierem łączy szorstka przyjaźń. Jestem w rządzie dla walki o sprawy i nasze wartości. (…) Premier mówił kiedyś, że jak ma się wizję, to trzeba iść do lekarza. Wartości i wizje to nie jest choroba. To jest lekarstwo”.
Sama określiła się mianem „niepolitycznej polityczki” i „rebeliantki”. Podkreśliła, że „elity III RP są niereformowalne”, a sam „anty-PiS nie wystarczy”. Użyła nawet określeń „uśmiechnięty establishment” z lepszych dzielnic. Sama przyznała, że jej perspektywa – warszawskiego Wilanowa – była kiedyś podobna. Ale „w klasie średniej i wśród zwykłych ludzi budzi się gniew”.
Zwłaszcza końcówka przemówienia pokazuje, jak wyobraża sobie siebie Polska 2050. Chce zwrócić się do ludzi o społecznej wrażliwości, odejść od wolnorynkowych pasji Ryszarda Petru, a jednocześnie jawić się jako ugrupowanie antysystemowe dla – to nie pada, ale samo ciśnie się na usta – politycznego układu. Walkę z systemem widać na przykładzie mieszkalnictwa: III RP symbolizują deweloperzy, zwalczani przez prospołeczną Polskę 2050. W percepcji partii klasę średnią stanowią zaś nauczyciele, pielęgniarki, strażacy i pracownicy administracji, co może zakrawać na sprzeczność. To grupy sięgające drugiego progu podatkowego, ale wciąż kojarzone z większym prestiżem zawodu niż zarobków.
Polska 2050 chce być „Dawidem polskiej polityki”, który pokona establishmentowego Goliata. Wchodzi na pole, na którym okopane były już Lewica i Razem – ale chce sprawiać wrażenie, że jest poza układem (nie to co Nowa Lewica), wykazuje sprawczość i umiarkowanie (Razem). Czy taki plan ma szansę powodzenia? Polska 2050 wreszcie obrała kierunek, który na papierze wygląda spójnie, może rezonować ze społecznymi emocjami i polityczną geografią. Czasu jest mało – nie tylko na przekonanie do własnych pomysłów, ale i wyprostowanie wrażenia, że ugrupowanie Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz jest inne niż Szymona Hołowni. Co oboje żartobliwie próbowali podkreślać.