Rozmowa z pisarką Małgorzatą Kalicińską

Dym nad rozlewiskiem
Telewizja pokaże serial „Miłość nad rozlewiskiem”, dalszą część „Domu nad rozlewiskiem”. Dlaczego autorka powieści, według których powstał scenariusz, wycofała z czołówki swoje nazwisko?
Małgorzata Kalicińska ze swoją książką
Marcin Dławichowski/Forum

Małgorzata Kalicińska ze swoją książką

Joanna Brodzik na planie serialu 'Miłość nad rozlewiskiem'. Główna bohaterka powieści w obu częściach serialu została odmłodzona.
Marcin Dławichowski/Forum

Joanna Brodzik na planie serialu "Miłość nad rozlewiskiem". Główna bohaterka powieści w obu częściach serialu została odmłodzona.

Liliana Śnieg-Czaplewska: Twierdzi pani, że czytelniczki pani książek poczuły się zdradzone, oglądając telewizyjny serial. Dlaczego?

Małgorzata Kalicińska: Moja bohaterka to kobieta 45+, z niedoskonałościami, zaganiana, z problemami, zwolniona z pracy – bo się zestarzała. Realizatorzy, odmładzając na siłę bohaterkę, wsparli wredną modę na młodoholizm w Polsce, „paniom w wieku lat 45+ już dziękujemy!...”.

Wśród 5 mln widzów pierwszej serii „Rozlewiska” zapewne były kobiety w różnym wieku.

Według badań z 2008 r., znakomita większość oglądaczek seriali to panie 45+, a powyżej 60 następuje frekwencyjny skok, co zrozumiałe. Tymczasem Ważny Pan z TVP huczał: „Jak nie odmłodzimy bohaterów, nie obsadzimy w głównej roli Joasi Brodzik, to zapewniam panią, NIKT nie zechce tego oglądać!”.

Może jest tak, jak on mówi?

To nonszalancja i pogarda dla widzów. I niewiedza. Pokazałabym temu panu „Lepiej późno niż później”, „Co się wydarzyło w Madison County”, „Mamma mia”, „Smażone, zielone pomidory” czy „Stowarzyszenie wdów”. Filmy o życiu i perypetiach ludzi, olaboga!, po pięćdziesiątce. Wszyscy ze zmarszczkami, nadwagą i... wewnętrznym ciepłem, pragnieniem miłości.

Wróćmy do postaci głównej bohaterki.

Scenarzystki pierwszej części nie lubiły jej. Powinna mi się zapalić lampka, gdy jedna powiedziała: „Nie rozumiem, ma porządnego męża, co kasę do domu przynosi, nie awanturuje się, a ona puszcza się z jakimś głuchym? To kurwa”! Tak żałośnie okrojono książkę, że wyszła nieskładna wycinanka. Nikomu nie zależało na klimacie „Domu nad rozlewiskiem”.

To na czym zależało?

W prywatnej rozmowie usłyszałam niby żart: „Wiesz, po co się kręci taki serial? Z nieokiełznanej chęci zysku”! Gdyby przynajmniej ta chęć była poparta dobrym rzemiosłem! Podstawa to dobry scenariusz. Ale scenarzyści nie piszą sami. Dyktują im Bardzo Ważne Osoby z biura TVP. Według własnego widzimisię układają nowe sceny, sytuacje. Gdyby dzisiaj kręcono serial według „Lalki”, Izabelę Łęcką wydaliby za Wokulskiego. Reżyserzy szczycą się, że „nie muszą czytać powieści, żeby ją adaptować”?! Za idiotyzmy, potknięcia, o paradoksie, ja zbieram baty, bo widzowie widzą je i okpiwają.

Jakiś przykład?

Niby drobiazgi – w scenie mamy maj (panie świętują Dzień Matki), a na stole leżą śliwki uleny, dojrzewające jesienią. Sklepowa wychodzi na papierosa na tył sklepu, zostawiając sklep otwarty! Janusz – trzeźwiejący alkoholik, świeżo zakochany w Gosi – zostaje uwikłany w sceny z wymyśloną naprędce postacią (nieistniejącą w książce!), ponoć dla udramatyzowania fabuły. W rezultacie wychodzi na podłego sukinsyna, a widz traci do niego sympatię i szacunek. Zero wiedzy o psychologii, brak szacunku dla faktów zawartych w powieści. W mojej książce było klarowne przesłanie: alkoholik nie jest trędowaty i nie musi być sukinsynem. A jak wyszło? Sami zobaczycie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną