Kultura

Vivat Academia!

Oscary 2015: Pięć polskich nominacji. To rekord!

Flickr CC by 2.0
Takiego sukcesu polskiego kina chyba nikt się nie spodziewał. Aż cztery nominacje dla trzech naszych filmów oraz dla Anny Biedrzyckiej-Sheppard za kostiumy do „Czarownicy”. To przełom.

W środowisku od dawna mówiło się, że polskie tytuły są pomijane przez selekcjonerów ważnych festiwali, że nie zauważa się i nie docenia wyjątkowego charakteru kina znad Wisły.

Członkowie Amerykańskiej Akademii Filmowej zburzyli ten obraz. Nie uchylili nam drzwi, tylko potraktowali jak liczącego się, poważnego partnera. O wartościach artystycznych „Idy”, roli i pozycji Pawła Pawlikowskiego – pisałem wielokrotnie. To on był motorem przedsięwzięcia. Tylko dzięki jego uporowi i wyrozumiałości producentki Ewy Puszczyńskiej z Opus Film „Ida” została ukończona i zdołała się przebić do międzynarodowej dystrybucji. Mogą się teraz czuć spełnionymi artystami.

Zasłużona nominacja dla operatorów „Idy” Ryszarda Lenczewskiego oraz Łukasza Żala to dowód ich talentu, odwagi, estetycznej konsekwencji w komponowaniu uduchowionych kadrów, w których udało się zapisać nie tylko najsilniejsze emocje, ale i historiozoficzno-egzystencjalną refleksję. To także zwycięstwo polskiej szkoły operatorskiej, którą od lat promuje i wspiera festiwal Camerimage Marka Żydowicza. On również – lobbując i przecierając szlaki „Idzie” w branżowych rankingach – ma swój udział w awansie polskiego kina na międzynarodowej arenie.

Dużo większą niespodzianką są oscarowe szanse aż dwóch polskich dokumentów. Spodziewałem się wyróżnienia 40-minutowej „Joanny” Anety Kopacz, dojrzałego pod każdym względem, wybitnego dzieła pełnego poetyckiej zadumy młodej, nieznanej autorki, która opowiedziała historię życia, miłości i umierania, tak jakby rozumiała wszystko. „Nasza klątwa” Tomasza Śliwińskiego nie jest filmem gorszym. Nie stoją za nim żadne wielkie nazwiska. To szkolna etiuda zrealizowana w formie domowej kroniki o bezradności młodych rodziców, którym rodzi się chore dziecko. Amerykanie docenili szczerość autobiograficznej historii oraz reżyserski kunszt niedoświadczonych twórców, którym udało się uchwycić proces godzenia się z losem i czerpania nadziei w sytuacji, zdawałoby się, zupełnie beznadziejnej.

Rzadko się zdarza, by filmy nieamerykańskie zdominowały konkurencję w jednej kategorii. To dowód uznania dla naszych dokumentalistów, którzy częściej niż twórcy kina fabularnego są doceniani za granicą. Ich znakomite filmy od dawna są wizytówkami naszej kinematografii. Po nominacjach Marcela Łozińskiego i wspaniałych dokonaniach starszego pokolenia teraz dokonuje się zmiana pokoleniowa.

Członkom Akademii najbardziej podobały się w tym roku filmy antyhollywoodzkie. Faworyzowany „Boyhood”, niezależne dzieło Richarda Linklatera, nie mogło powstać w żadnym studiu. Kręcone przez 12 lat z tymi samymi aktorami jest eksperymentem na skalę światową. „Foxcatcher” Benneta Millera, „Whiplash” Damien Chazelle to filmy trudne, wymagające od widzów skupienia i trochę innej wrażliwości niż przy odbiorze kina gatunkowego. Podobnie utrzymany w groteskowo-kafkowskiej tonacji „Birdman” Alejandro Gonzáleza Iñárritu.

Chwała nominującym, że postawili na oryginalność, sztukę i że naprawili rażące błędy krytyków zagranicznych akredytowanych w Hollywood przyznających Złote Globy. Porównując obie listy, znajdziemy wiele podobieństw. Ale o jakości i klasie tegorocznych oscarowych nominacji świadczą wyjątkowo różnice.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wybuchowe wesele. Zostali bez domu i z kredytem na całe życie

W jednej chwili wesele Wawrzyniaków zamieniło się w koszmar. Każdego dnia nurtuje ich pytanie: jak tu obchodzić rocznicę?

Norbert Frątczak
18.07.2021
Reklama