Kultura

Polska zdejmuje maskę

Reżyser Andrzej Jakimowski o sytuacji politycznej w Polsce

Andrzej Jakimowski Andrzej Jakimowski Leszek Zych / Polityka
Rozmowa z Andrzejem Jakimowskim, reżyserem „Pewnego razu w listopadzie”, o nacjonalizmie, wykluczaniu i Polsce skręcającej w złą stronę.
Agata Kulesza w filmie „Pewnego razu w listopadzie”Kino Świat Agata Kulesza w filmie „Pewnego razu w listopadzie”

Janusz Wróblewski: – Andrzej Jakimowski, autor poetyckiej przypowieści „Zmruż oczy” czy subtelnego dramatu „Sztuczki” o zaklinaniu rzeczywistości, nagle bierze się za bary z Polską?
Andrzej Jakimowski: – Bez przesady. Po prostu pokazuję Warszawę z punktu widzenia, który sam się narzucił. W 2013 r. kręciłem zdjęcia dokumentalne do innego filmu w kilku europejskich miastach, m.in. w Londynie, Berlinie, Poznaniu i Warszawie. Przez przypadek zdarzyło się, że w Warszawie byliśmy świadkami gwałtownych zdarzeń [zamieszek 11 listopada – red.], które wtedy filmowaliśmy bez wyraźnego celu. Jednak potem nie mogłem zapomnieć o tych scenach. Wracały do mnie. Dotarłem do ludzi, którzy zostali w nich utrwaleni. Poznałem kontekst zdarzeń. Z tej wiedzy wyłonił się obraz, który moim zdaniem mówi wiele o Polsce, o Europie i w ogóle o naszych czasach. Ten obraz starałem się naszkicować w moim filmie. Jest w nim bardzo mało fikcji. Główne wątki, główne postaci i realia, w których żyją, czyli Warszawa 2013 r. – wszystko to jest wzięte z dokumentacji. Więc to nie ja biorę się za bary z Polską, tylko Polska łaskawie uchyliła maski i ukazała mi swoje oblicze, kiedy akurat miałem kamerę w ręku.

A więc życie wymusiło na tobie odwrót od poetyckich klimatów?
Niezupełnie. Zawsze osadzam swoje opowieści w realnym świecie, który staram się obserwować, a nie tylko kreować. Zresztą kiedy go kreuję, też staram się, żeby był prawdziwy. Czasem używam nawet ukrytej kamery, żeby nie ingerować w rzeczywistość, którą obserwuję. W najnowszym filmie tylko skróciłem dystans. Zbliżyliśmy się do gwałtownych zdarzeń na odległość wyciągniętej ręki, bo z tej odległości najlepiej widać ludzi, którzy mogą ci rozbić nos. To niezapomniane przeżycie, które bardzo rozjaśnia w głowie. Z tej odległości można spotkać się spojrzeniem z kimś, kto zasłonił twarz kominiarką. Lepiej rozumiesz, co jest w tym spojrzeniu, kiedy jest skierowane na ciebie. Operator Tomas Rafa w czasie zdjęć dostał brukowcem w głowę. Zachował na pamiątkę kask z wielką dziurą. Prawda detalu ma wielką wartość. To w niczym nie przeszkadza poezji. Poezja to niekoniecznie ładne słówka.

Dedykowałeś film swojej mamie...
Film ma swojego cichego bohatera, który jest wzorowany na prawdziwej postaci – bezdomnej kobiecie, która zrezygnowała z miejsca w schronisku mimo nadciągającej zimy tylko dlatego, że nie chciała zostawić na ulicy psa, zresztą przybłędy, a więc też bezdomnego. To nie jest odosobniony przypadek, tak się zdarza, bo w schroniskach dla bezdomnych nie ma miejsca dla psów i kotów. Siła moralna, jaką posiadają osoby zdolne do takiego zachowania, jest jedyną nadzieją, jaka pozostała nam w tych brutalnych czasach. W filmie taką postać gra Agata Kulesza. Ale moja matka też opiekowała się kundlami wziętymi z ulicy. Jako dziecko nie przywiązywałem do tego wagi, ale z czasem zrozumiałem, jaka tkwi w tym wartość. Nasza inteligencja zobowiązuje nas, byśmy troszczyli się o słabszych, brali pod uwagę ich los. To miara naszej moralności i poziomu cywilizacji, jaką stwarzamy.

Szaleństwem w filmie jest rosnąca w siłę faszystowska Polska?
Ostrożnie z takimi sformułowaniami. Rozjątrzają i pozwalają rozmydlić problem w pyskówce. Dzisiaj dwaj pierwsi z brzegu spierający się Polacy są gotowi nazwać się nawzajem faszystami. Albo komunistami. Nie warto wnikać w ich epitety. Lepiej sprawdzić, czy przypadkiem jeden z nich nie ma na plecach wytatuowanej swastyki. Jest prawdopodobne, że sam umieścił swoje zdjęcie gdzieś na fejsie.

Jak ten kibic spacyfikowany przez duńską policję przed meczem narodowej reprezentacji, któremu ktoś wyciągnął zdjęcia tatuaży.
Sprawa rosnących w siłę organizacji faszystowskich nie jest tematem filmu. Ten wątek jest tylko zasygnalizowany. Jest bardzo ważny, ale musieliśmy go umieścić w drugim planie, bo przysłoniłby coś znacznie ważniejszego. Mamy do czynienia z żywiołem o dużo większym zasięgu społecznym i rosnącej sile, która w każdej chwili może wymknąć się spod wszelkiej kontroli.

Jak nazwać to zjawisko? Nacjonalizm?
Nie chcę tego nazywać. Chcę to pokazać. Jakkolwiek to nazwiemy, będą to tylko słowa. Żyjemy w czasach, gdy słowa zmieniają znaczenie. Czasami dewaluują się dosłownie z dnia na dzień. Prawdzie można przeciwstawić bezczelne kłamstwo, a media natychmiast to podchwycą, będą mieliły i nagłaśniały, dopóki będzie to przyciągało uwagę. Kłamstwo zostanie powtórzone wiele razy i odmienione przez wszystkie przypadki. Prawda zawsze wychodzi z tego zmaltretowana. Żeby jej dociec, trzeba patrzeć, co ludzie robią, a nie tylko słuchać, co mówią. Dlatego unikam słów. Wolę obrazy.

Czy obrazy nie mogą podlegać manipulacji?
Mogą, dlatego sięgam tylko do tych, które były kręcone w mojej obecności. Wiem, w jakich okolicznościach zostały utrwalone i jak należy ich użyć, żeby nie kłamały. Staram się też pokazać kontekst, który pozwala coś zrozumieć.

Pokazujesz między innymi, jak agresywni bojówkarze demolują squat na ulicy Skorupki w Warszawie, wymachując przy tym biało-czerwoną flagą.
Przecież ten spacyfikowany przez duńską policję kibic piłkarski ze swastyką wytatuowaną na plecach na każdym meczu przywdziewa polskie barwy narodowe. Naziole bardzo lubią flagę biało-czerwoną. Niestety, wbrew prawu symbole narodowe traktuje się u nas bez należnej czci. Są nadużywane. Przed Marszem Niepodległości powstańczą opaskę kupuje się na ulicy za 10 zł, a flagę narodową za 20. Każdy chuligan, który przyjdzie na Marsz – proszony czy nieproszony – może się nią owinąć, jeśli chce sobie zapewnić bezkarność.

Jest to szczególnie przykre na ulicach Warszawy, gdzie nie ma skrawka ziemi wolnego od krwi Polaków. Mieszkańcy Śródmieścia, starsze osoby, które same walczyły lub których krewni oddali życie za narodowe symbole, dzisiaj muszą patrzeć na maszerujących pod oknami osiłków, którzy te symbole bezmyślnie bezczeszczą. Szczególnie przykro patrzeć na znak Polski Walczącej. Ten znak i polska flaga narodowa na Marszu zawsze pojawia się w towarzystwie celtyckich krzyży. A przecież powstańcy ich nie używali. Krzyże, wywodzące się z tej samej symboliki, zdobiły hitlerowskie pojazdy pancerne.

Nikt nie reaguje na te ekscesy?
Mieszkańcy Śródmieścia odwracają wzrok i przemykają pod ścianami. Media zbywają lekceważącymi wzmiankami, często przekręcając fakty. Spalenie tęczy w 2013 r. ze względu na widowiskowość zaznaczyło się jakoś w niektórych mediach, ale atak na squat na Skorupki nie zrobił na nikim wrażenia – a przecież to był atak zagrażający życiu ludzi. Policja przez prawie pół godziny przyglądała się temu bezczynnie. W zabarykadowanym i oblężonym przez bojówki budynku, który był odcięty od wszelkiej ewentualnej pomocy straży pożarnej, podpalenie mogło się skończyć zwęglonymi trupami. Tak właśnie się stało w podobnej sytuacji w Odessie, kiedy na Krymie toczyła się wojna hybrydowa z Rosją. Ale u nas nie było żadnych szczególnych okoliczności. Świętowaliśmy 11 listopada i zastępy policji oraz Straży Marszu ochraniały porządek. W środku cywilizowanego miasta w centrum Europy doszło do aktów brutalnej przemocy, ale akurat wszyscy patrzyli gdzie indziej i nie zauważyli. Nikt nie został w końcu ukarany ani nawet napiętnowany.

O czym to świadczy?
Brak odwagi cywilnej i znieczulica. Zastraszenie. Ignorancja i konformizm mediów. Daje do myślenia, że kiedy przez Drezno maszerują neonaziści, przechodnie krzyczą „nazi raus”, a młodzież stawia blokadę za blokadą, siadając na trasie marszu. W tych warunkach przemarsz jest prawie niemożliwy, a neonaziści z opuszczonymi głowami drepczą za eskortą policji. W Polsce antyfaszystowskie protesty organizuje tylko garstka działaczy, głównie anarchistów.

To anarchiści na ogół są utożsamiani z tymi, którzy wywołują zamieszki.
Jeżeli ktoś cię okradnie, czy powiesz o sobie, że jesteś zamieszany w przestępstwo? Bo ja bym raczej zaproponował, żeby dokonać subtelnego rozróżnienia na złodzieja i ofiarę kradzieży. Podobnie jest z tymi zamieszkami. Gdybyś w Londynie albo w Sztokholmie próbował powstrzymać przemarsz neonazistów, musiałbyś stanąć naprzeciw krewkich facetów chętnych do rękoczynów, czasem formujących bojówkę, oraz naprzeciw policji, która ich osłania, eskortuje. Blokując taki przemarsz, z dużym prawdopodobieństwem wywołałbyś zamieszanie albo nawet zamieszki. Ale czy racja nie byłaby po twojej stronie? Kilka lat temu w Londynie byłem świadkiem zabawnej sytuacji, w której protestujący zostali zepchnięci przez policję w boczną ulicę, a kiedy próbowali przebiec dookoła, żeby znowu wyjść przed czoło marszu i ponowić próbę blokady, policja już tam na nich czekała, sprytnie odcinając całą przecznicę z dwóch stron. W ten sposób protestujący zostali unieszkodliwieni w pułapce z dala od marszu. Takie gry uliczne. Uniknięto zamieszek, ale też nikt nie miał szansy zaprotestować. Bardzo sprytne. Przy okazji każdy z protestujących dorobił się pięknego kompletu policyjnych portretów osobistych.

Zresztą atak paniki, jakiego niektórzy doznają na wzmiankę o anarchiście, jest dla mnie bardzo zabawny. W filmie pokazuję prawdziwy squat, w którym można natknąć się na prawdziwego anarchistę. Z dużym prawdopodobieństwem będzie programistą, psychologiem lub absolwentem ASP. Mówię konkretnie, bo takich poznałem. Oczywiście nie wszyscy są wykształceni, ale na ogół pracują lub szukają pracy. Ludzie ci trzymają się pewnych zasad i to rygorystycznie. Po pierwsze, nie wolno palić ani pić, a nawet wnosić alkoholu do środka. Poza tym bezwzględna zasada poszanowania cudzych poglądów i upodobań, w tym orientacji seksualnej, i kolegialne decyzje podejmowane na zasadzie konsensu lub głosowania. Jednak każdy ma prawo się sprzeciwić, jeśli to uzasadni. Różnego rodzaju działalność organizowana jest tam na zasadzie samopomocy – korzystają z tego nawet okoliczni mieszkańcy, np. młodzież, której nie stać na korepetycje.

Słysząc „Polska to my”, skandowane przez uczestników Marszu, poczułem się – pewnie tak jak bohaterowie filmu – wykluczony.
Akurat tego skandowanego okrzyku nie powinieneś brać za bardzo do siebie. W całości brzmi to tak: „Polska to my, Polska to my, a nie Donald i jego psy!”. To porachunki kiboli z policją, po prostu hasło ukuło się za rządu Donalda Tuska. Ale kibice piłkarscy, a nawet kibole, mają prawo do swoich sympatii i antypatii politycznych. Mnie bardziej do myślenia daje inne hasło. W scenie, gdzie mój bohater Mareczek widzi skalę Marszu z góry, słyszymy: „To my, to my, Po-la-cy!”. Jest to neutralne stwierdzenie, wyrażające niezaprzeczalną prawdę i należy spojrzeć tej prawdzie w oczy. Kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, patrząc na Marsz z góry jak Mareczek, w dole powiewała wielka flaga z pięścią. To dało mi do myślenia.

Właśnie, kto to są ci my? Kto bierze udział w tej imprezie?
Głównie ONR i Młodzież Wszechpolska. Ale oprócz ich znajdziesz tu cały przekrój społeczny. Będą tu kibice Legii Warszawa i innych klubów piłkarskich, będą studenci, będą młode matki z dziećmi prowadzonymi za rękę lub w wózkach i starsze samotne panie. Trafi się szacownie ubrany pan w kapeluszu, z rozmowy wnioskuję, że profesor – nie podsłuchiwałem, ta rozmowa była głośna – i motocykliści formujący kawalkady. Pomiędzy szeregami czasami przebiegają bojówki, w kierunku Marszu i pod prąd, czasem jakiś wypad w bok, wtedy w kominiarkach. Nad wszystkim góruje podniosła, patriotyczna atmosfera, wzmożona potężnym rykiem tłumu skandującego hasła, często drastyczne, i wybuchami petard. Race robią się najbardziej efektowne o zmierzchu i po zmroku, większość jest wtedy odpalana. To sprawia wielu uczestnikom dziecięcą radość. Wzruszony patriota o najszczerszych intencjach nawet nie podejrzewa, że obok, gdzieś za grupką Jobbiku z Węgier, idzie typek ze swastyką wystającą spod koszulki. Jeśli dochodzi do starcia z policją, w ruch idą rakietnice i brukowce lub płyty chodnikowe i krawężniki wyrwane z jezdni. Od 2015 r. nie ma dużych zadym. Jednak wcześniej bywało ostro. Nie użyliśmy materiałów nakręconych przez Tomasa Rafę na ulicy Wilczej w 2013 r., bo były zbyt drastyczne, a nie chcieliśmy tym nikogo epatować. Kilka lat temu w czasie Marszu zdemolowano wóz transmisyjny TVN. Od tego czasu kamery tej stacji relacjonują Marsz z bardzo, bardzo rozsądnego dystansu. Kamery telewizyjne lub filmowe nie mają szansy zaistnieć w tej sytuacji na Marszu, chyba że ekipa jest zaprzyjaźniona z organizatorami.

Czy wasza ekipa też była zaprzyjaźniona?
Nie mieliśmy takiej śmiałości i dlatego nie mogę zdradzić, w jaki sposób kręciliśmy zdjęcia. Słyszałem, że studenci jednej ze szkół filmowych jednak coś kręcili na tej imprezie. Mam nadzieję, że oni też nie byli zaprzyjaźnieni. Ale wiem o jednej niezaprzyjaźnionej studentce, której potłuczono aparat w drobny mak.

Kolejną raną, którą otwierasz w filmie, jest los wyrzuconych na bruk mieszkańców prywatyzowanych kamienic.
Squat na Skorupki sąsiaduje przez mur z Wilczą 32, gdzie robiłem film dokumentalny i poznałem losy większości mieszkających tam rodzin. Otóż po komorniczych eksmisjach mieszkańcom okolicznych domów zdarza się trafiać na squaty. Tak wygląda życie tej dzielnicy od jakiegoś czasu. Poznałem te realia już w 2013 r. i zapisałem w scenariuszu, na długo zanim zostały ujawnione afery reprywatyzacyjne w Warszawie.

Bohaterka grana przez Kuleszę przypomina Jolantę Brzeską.
W jednej ze scen filmu na ścianie squatu można zobaczyć portret Jolanty Brzeskiej w formie graffiti. Namalował go jeden ze squattersów w czasie, kiedy jej sprawa nie budziła jeszcze niczyjego zainteresowania. Jednak sprawa Jolanty Brzeskiej jest ekstremalna i z tego powodu nie umieściłem jej w filmie. Nie nadaje się do uogólnień. Bohaterka filmu nie jest wzorowana na postaci pani Jolanty. Ale wielu mieszkańców śródmieścia Warszawy, gdzie znajduje się ulica Skorupki z naszym squatem, doskonale zna tę sprawę i postrzega świat przez jej pryzmat. Dla nich państwo, prawo i wymiar sprawiedliwości reprezentują tylko interes bandyckiego kapitalizmu o niepohamowanej pazerności. Czy możemy kogokolwiek z nich tak łatwo potępiać, jeżeli przyłączy się do Marszu Niepodległości, który przechodzi pod jego oknami? W filmie czyni tak Krzysiu, lat 20, sąsiad Mareczka z eksmitowanej kamienicy. Może tam Krzysiu odzyskuje zachwiane poczucie własnej wartości i wiarę w solidarność w ramach wspólnoty? Przecież to wspólnota patriotyczna, odwołująca się do szlachetnych tradycji narodowych. W każdym razie jest pewne, że na Marszu ktoś Krzysiowi wreszcie wskaże winnych jego sytuacji życiowej, i prawdopodobne, że Krzysiu tych winnych obdarzy szczerą nienawiścią. Obojętne, czy będą to Żydzi, komuniści, Unia Europejska czy rząd Tuska, pedały czy lewactwo. Prawdopodobnie wszystko razem. Z wyjątkiem Unii Europejskiej i rządu Tuska obiekty nienawiści Krzysia gnieżdżą się na squacie. Nie spodziewa się tam tylko Mareczka, ale tu się akurat myli i mogą sobie z obustronnym zdziwieniem popatrzeć przez chwilę w oczy.

Warszawa pęka teraz od inwestycji, wszędzie powstają nowoczesne biurowce, obwodnice. A na ekranie tego nie widać. Dlaczego?
Oczywiście ja też, jak każdy warszawiak, odczuwam dumę z inwestycji i rosnących biurowców. Nie wiem, dlaczego mówisz, że na ekranie tego nie widać. Zachwycająca panorama Warszawy z pięknie mrugającym Pałacem Kultury co chwila pojawia się w filmie z daleka i z bliska, w nocy i o świcie, i w dzień słoneczny, a także pochmurny. Ale przecież obaj wiemy, że Warszawa jest zacofanym, biednym, cywilizacyjnie słabo rozwiniętym miastem z rachityczną siecią metra, bez funkcjonującej obwodnicy. Zatruwa nas smog. Stoimy w korkach. Brakuje infrastruktury i opieki socjalnej. Nawet nie poruszam tych tematów, żeby nie robić nikomu przykrości – przecież w Łodzi jest jeszcze gorzej. Weźmy ten squat na ulicy Skorupki. Nazywa się PRZYCHODNIA, bo tam była kiedyś Przychodnia Chorób Płuc i Gruźlicy. Stara tablica z lat 80. wciąż wisi nad wejściem i Mareczek się jej przygląda. Przychodnię zlikwidowano, ale za to pojawiły się od lat nienotowane przypadki gruźlicy.

Zgodzę się, że powinienem pokazać Veturilo i uporządkowane ostatnio nabrzeża Wisły. Przepadło.

rozmawiał Janusz Wróblewski

***

Andrzej Jakimowski (ur. 1963 r.) – reżyser filmów fabularnych i dokumentalnych, m.in. „Zmruż oczy” i „Sztuczek”. Laureat Paszportu POLITYKI. Jego „Imagine” otrzymał nagrody za reżyserię i laur publiczności na Warszawskim Festiwalu Filmowym. W październiku na Warszawskim Festiwalu Filmowym pokazany zostanie również nowy film Jakimowskiego „Pewnego razu w listopadzie”.

Polityka 40.2017 (3130) z dnia 03.10.2017; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Polska zdejmuje maskę"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Elżbieta Turlej
26.11.2013
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną