„Szczęśliwy jak Lazzaro” – ambitna baśń czy nieskomplikowana metafora?
Nowa fabuła Alice Rohrwacher to metafora wiecznej krzywdy i wyzysku Dobra. Czy baśń ta ma szanse na zwycięstwo w głównym konkursie festiwalu w Cannes?
Kadr z filmu „Szczęśliwy jak Lazzaro”
mat. pr.

Kadr z filmu „Szczęśliwy jak Lazzaro”

Pochodząca z Toskanii 36-letnia włoska reżyserka i scenarzystka Alice Rohrwacher witana była na festiwalu, który ją wykreował na gwiazdę europejskiego kina, bardzo gorąco. Wydaje się, że to właśnie ona spośród zaledwie trzech autorek zakwalifikowanych do głównego konkursu powinna mieć największe szanse na laury.

Czytaj także: Gorąca wojna w Cannes. To będzie inny festiwal

Skromna, zasługująca jednak na uwagę twórczość Rohrwacher jest u nas prawie nieznana. Większą popularnością cieszy się chyba Alba, starsza siostra Alice, doświadczona aktorka występująca ostatnio w przeboju „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Zarówno debiutanckie „Corpo celeste”, jak i subtelne „Cuda” nakręcone przez Alice w hołdzie ich ojcu – muzykowi, który na starość wybrał pszczelarstwo – są opowieściami z pogranicza magicznego realizmu i ostrej krytyki społecznej.

„Szczęśliwy jak Lazzaro” – cuda i nieprzyjazna codzienność

Jej trzecia fabuła „Szczęśliwy jak Lazzaro” to również ambitna baśń, w której cuda naturalnie sąsiadują z nieprzyjazną codziennością. Odległa przeszłość sięgająca korzeniami średniowiecza przenika się tu z drapieżną współczesnością. Czas wydaje się podążać swoim oddzielnym, nielinearnym torem. Robotnicy rolni dla zabawy wzbudzają wiatr. Piękna, organowa muzyka może zostać skradziona i wyfruwać z kościoła. Przewodnikiem po tym osobliwym wieloświecie położonym wśród jaskrawo kolorowych, jakby z innej planety, wzgórz jest tytułowy Lazarro, wiejski parobek, prostoduszny, naiwny chłopak na posyłki wykorzystywany zarówno przez swoich, jak i każących siebie nosić na królewskich fotelach posiadaczy ziemskich.

Czytaj także: Czym zachwyca „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego

Historia została oparta na autentycznym skandalu ujawnionym w latach 80. ubiegłego stulecia przez włoską prasę. Pewna dama tytułująca się markizą urządziła gdzieś w środku spieczonego słońcem interioru zamkniętą plantację tytoniu. Pracownikom nie płaciła, utrzymując ich w przekonaniu, że to oni ciągle są jej winni jakieś pieniądze. Lata mijały, a markiza Alfonsina de Luna, zwana królową papierosów, nie przejmując się żadnym prawem i postępującym śledztwem, swój przekręt kontynuowała. W filmie pasterska osada nazywa się Inviolata. Główny wątek dotyczy groteskowej przyjaźni między Lazarro a przebiegłym chłopcem z dworu, który nagle znika i zaszywa się w pobliskich górach, chcąc wyłudzić od właścicielki okup za swoje rzekome uwolnienie z rąk porywaczy.

Uniwersalna metafora czy oczywista symbolika?

Zapowiada się to wszystko dosyć atrakcyjnie, tym bardziej że reżyserka stara się rozciągnąć filmową czasoprzestrzeń na tyle, by uczynić z niej uniwersalną metaforę wiecznej krzywdy, pańszczyzny oraz wyzysku Dobra. Wszak mechanizm działa zawsze tak samo. Ci, co mają władzę, są wyżej usytuowani w drabinie społecznej gnębią maluczkich. Obojętnie, czy są to bogacze, arystokracja i różni inni podli krwiopijcy, czy europejskie banki i koncerny budujące rzekomo lepszą przyszłość.

Gdzieś jednak gubi się zainteresowanie dla tej historii. Jej oczywista symbolika zaczyna nużyć. Zamiast cieszyć oczy odniesieniami choćby do malarstwa Henri Rousseau albo Chagalla, cała ta nieskomplikowana metafora obraca się przeciwko filmowi. Może to wina zbyt szeroko (chaotycznie) prowadzonej narracji. Zwłaszcza w początkowej fazie rozwijanej w zbyt powolnym, sennym tempie. A może niewrażliwego na ten typ humoru recenzenta, który nie umiał docenić reżyserskiego kunsztu Alice Rohrwacher, wspartego jej nieprzeciętną wyobraźnią.

Czytaj także: Godard znów na barykadach. „Księga obrazów” w Cannes

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj