Joachim Trier, jeden z ciekawszych współczesnych reżyserów
Nowy film Triera – baśniowa „Thelma” – to nieoczekiwana zmiana tonacji w jego twórczości. Zagraniczna prasa zdążyła już obwołać ten utwór thrillerem w stylu Alfreda Hitchcocka.
Joachim Trier
Mattsson Stefan/Forum

Joachim Trier

W „Thelmie” (2017) – najnowszym, czwartym już pełnometrażowym filmie Joachima Triera – główna bohaterka, studentka pierwszego roku biologii cierpiąca na trudne do zdiagnozowania ataki przypominające padaczkę, wraca do domu znajdującego się gdzieś na norweskiej prowincji. Dziewczyna jest wyraźnie bezsilna, nie ma pojęcia, co się z nią dzieje; zmęczona przeprasza rodziców za to, że nie jest w stanie kontynuować studiów, na które wydali przecież tyle pieniędzy. W odpowiedzi słyszy od matki dość absurdalne w danym momencie stwierdzenie, by niczym się nie przejmowała i piła herbatkę. Chwilę później zasypia – okazuje się bowiem, że została uraczona przez ojca środkiem uspokajającym. Byle tylko nie rozmawiać.

Nieumiejętność rozmowy wraca u Triera

Nieudane powroty i nieumiejętność komunikacji z innymi to tylko jedne z wielu elementów, które składają się na wszystkie dotychczasowe obrazy Triera. 44-letni twórca równie chętnie celuje w tematy związane z przeszłością i pamięcią oraz ich niepodważalnym wpływem na ludzką egzystencję, w czym pobrzmiewają echa skandynawskiego kina niemego.

To z kolei Trier, wyróżniający się wyjątkową erudycją historycznofilmową i kinofilskim zacięciem, zna bardzo dobrze. Urodził się w Danii w rodzinie z kinematograficznymi tradycjami („Pościg” jego dziadka Erika Løchena walczył w 1959 r. o Złotą Palmę w Cannes), dorastał w Norwegii, rzemiosła zaś uczył się w Anglii. W młodości był zawodowym skateboardzistą, odnoszącym sukcesy zarówno w kraju, jak i poza jego granicami. To właśnie w takich okolicznościach, realizując krótkometrażówki prezentujące deskorolkowe wyczyny swoje i kolegów, po raz pierwszy sięgnął po kamerę.

Jeden z najciekawszych współczesnych twórców

Zanim jednak magazyn „Variety” – przy okazji festiwalu w Sundance – umieścił go na liście dziesięciorga najciekawszych twórców, których karierę warto śledzić, obok m.in. Andrei Arnold („American Honey”, 2016) czy Taiki Waititiego („Thor: Ragnarok”, 2017), pracował dla norweskiej telewizji. Tam w najlepszym wypadku zajmował się reżyserowaniem lub – znacznie częściej – asystował na planach zdjęciowych bardziej doświadczonym od siebie.

W ten sposób, podczas produkcji jednego z teleturniejów, poznał Eskila Vogta, równolatka, który z miejsca stał się jego najlepszym przyjacielem, a z czasem także współscenarzystą wszystkich jego filmów.

To już nie wróci

Trier zadebiutował utworem „Reprise: Od początku raz jeszcze...” (2006), opowieścią o relacji dwóch obiecujących pisarzy z aż nadto rozbujałymi ambicjami i planami na dorosłe życie, w które właśnie wkraczają. Dystrybuowany w Stanach Zjednoczonych przez wytwórnię Miramax, wówczas specjalizującą się w kinie niekonwencjonalnym i niezależnym, film okazał się niespodziewanym sukcesem i otoczony został swoistym kultem w kręgach akademickich.

Luźna struktura, oparta na licznych elipsach oraz retro- i futurospekcjach, pozwoliła autorowi ukazać skrajne stany, w których znajdują się bohaterowie, naprzemiennie odnoszący sukcesy i ponoszący porażki, przechodzący od euforii do ogromnych rozczarowań, stale myślący o przeszłości i powrocie do niej, a jednocześnie wypatrujący świetlanej przyszłości. Subiektywna, dygresyjna i fragmentaryczna narracja, nawiązująca do francuskiej Nowej Fali, a zwłaszcza „Hiroszimy, mojej miłości” (1959) Alaina Resnaisa, sprawia, że film – jak sugeruje polski podtytuł – toczy się stale od początku, raz jeszcze.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj