Kino nie musi być masowe ani porywające. „Płomienie” to coś więcej

To nie jest kraj dla kobiet
Koreański reżyser Lee Chang-dong, autor dramatu „Płomienie”, opowiada o utraconej tożsamości młodego pokolenia i sile koreańskiego kina.
Kadr z filmu „Płomienie”
mat. pr.

Kadr z filmu „Płomienie”

Lee Chang-dong
Forum

Lee Chang-dong

JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Jest pan jednym z najbardziej uznanych reżyserów azjatyckich, konsekwentnie balansującym na granicy kina autorskiego i gatunkowego. Co pana zainspirowało w opowiadaniu Harukiego Murakamiego i dlaczego zdecydował się pan je zekranizować?
LEE CHANG-DONG: – To historia o mężczyźnie, który dla rozrywki palił stodoły (w filmie są to szklarnie). W sumie wszystko kręci się wokół zagadki, czy jego przyznanie się jest prawdziwe. „Spalenie stodoły” kończy się tak, że nie dostajemy definitywnej odpowiedzi. W filmie niejednoznaczność była dla mnie kluczowa. Zależało mi na przedstawieniu jednej małej tajemnicy jako części wielopoziomowej, rozległej zagadki. Aby widzowie śledzący dziwne wydarzenia natrafiali na jeszcze większe tajemnice. Pragnąłem w ten sposób dać im możliwość spotkania się z sekretami naszego świata i życia.

Co jeszcze pan zmienił w opowiadaniu Murakamiego i co stanowiło największą trudność przy adaptowaniu tekstu do warunków koreańskich?
Opowiadanie ma minimalistyczną formę, powiedziałbym, że to historia, która mogłaby się rozgrywać gdziekolwiek na świecie. Bohaterowie stworzeni przez Murakamiego mają swój urok, ale trudno ich traktować jak reprezentantów naszych czasach, ludzi, na których w Korei można natknąć się na co dzień. Sporym wyzwaniem było utrzymanie niejasności wydarzeń aż do samego końca, nie tracąc przy tym napięcia i wyczekiwania na finał. Nie chciałem korzystać z metod stosowanych w thrillerach. Zależało mi na stworzeniu nowego doświadczenia filmowego, w którym widz czuje dreszcz emocji i śledzi w napięciu rozwój sytuacji, obserwując najzwyklejsze, codzienne wydarzenia pozbawione spektakularnych zwrotów akcji.

Czytaj także: Chińskie kino siódmej generacji

Film oskarża młode pokolenie koreańskich bogaczy o cynizm, skrajny hedonizm i traktowanie życia w kategoriach zabawy. Czy dużo jest takich odpowiedników Wielkiego Gatsby’ego w Korei?
Wielu młodych ma majątek, którego wielkość jest nieadekwatna do ich wieku. Z takim fenomenem można się spotkać nie tylko w Azji, ale i w całym kapitalistycznym świecie. Ci ludzie może i posiadają fortunę, ale jest w nich jakaś pustka. Co ciekawe, biedniejsi, których zarobki są tylko przeciętne, również przyzwyczajeni są do dużej liczby dóbr materialnych. Nawet jeśli za godzinę pracy zarabiają kwotę bliską minimalnej płacy krajowej, i tak noszą buty od Nike i piją drogą kawę w Starbucksie, bo dla wielu to po prostu obowiązujący styl życia. Tak samo jak ostatni człowiek z „Tako rzecze Zaratustra” Nietzschego nie oddzielają pracy od zabawy i żyją usatysfakcjonowani małymi przyjemnościami, które sami sobie sprawiają.

Skąd mają pieniądze i dlaczego są tak zdeprawowani?
W dzisiejszych czasach sporo ludzi nie tylko rodzi się bogatymi, ale też zarabia, mimo że w ogóle nie pracuje. Pieniądze mnożą pieniądze. Czy te osoby są zdeprawowane? Nie da się tego łatwo osądzić. Tak jak Ben w filmie część z nich bogactwo dziedziczy po rodzicach, a mimo to wydają się życzliwi i dobrzy, niezwykle ludzcy i normalni. Czy Ben może być seryjnym mordercą? Tego nie wiemy. Ale tak naprawdę to, czy nim jest, czy też nie, może się okazać zupełnie bez znaczenia. Wpływowi ludzie mający pieniądze i siłę, np. osoby zarządzające funduszami, za pomocą jednego kliknięcia mogą zwalniać setki pracowników i w ten sposób ich „zabijać”.

Oprócz konfliktów klasowych opartych na nierównościach społecznych (wieś–miasto, biedny–bogaty) pokazuje pan zanik więzi rodzinnych i głębszych relacji między pokoleniem rodziców a dziećmi. Na ile starsze pokolenie ponosi winę za upadek moralności młodych?
Wraz z tym, jak nasz świat staje się coraz bardziej rozwinięty, wygodny, wyrafinowany, pozycja jednostki ulega osłabieniu. Jest coraz mniej miejsc pracy, ceny domów szybują w przerażającym tempie. Młodzi nawet już nie wierzą, że nierówności ekonomiczne znikną, a przyszłość przyniesie im lepszą perspektywę. Czują się bezsilni. Rozumieją, że coś jest nie tak, ale nie potrafią temu przeciwdziałać, nie wiedzą, z kim tak naprawdę muszą walczyć. Rośnie w nich gniew. Jongsu jest takim właśnie zagubionym outsiderem, w którym tli się tytułowy płomień. Rzeczywistość jest dla niego nieczytelna. On nie wie nawet, czy Ben jest jego dobrym i życzliwym przyjacielem, czy też bezlitosnym mordercą. Prawda jest taka, że dzisiejsza młodzież nie jest sama sobie winna. Za wyzwania, z którymi musi się zmierzyć, odpowiedzialne jest pokolenie rodziców. Młodzi Koreańczycy, tacy jak Jongsu, odziedziczyli po przodkach nie tylko problemy społeczne, ale spadło też na nich mnóstwo innych kwestii sięgających podziału Korei na Północ i Południe. Odziedziczyli niepokój i gorycz.

Jedna z bohaterek mówi, że Korea to nie jest kraj dla kobiet – mógłby pan rozwinąć tę myśl?
Nie jestem pewien, jak dokładnie przetłumaczono to w polskich napisach, ale mówi ona: „Nie ma kraju dla kobiet”. Jest to swego rodzaju odniesienie do filmu braci Coen „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Chodziło mi o to, że kobietom żyje się o wiele ciężej niż mężczyznom. Nie chodzi tylko o Koreę; na całym świecie jest tak samo. Mogą występować tylko jakieś drobne różnice. Osoba, która gra bohaterkę, nie jest aktorką, tylko menedżerką modelek i hostess. Specjalnie wstawiłem scenę, w której mówi to w tak bezpośredni sposób. W filmie pojawiają się sceny nawiązujące do różnych gatunków filmowych i to właśnie jedna z nich. Bezpośrednio po tym fragmencie mamy obrazek pantomimy. Tworzy się kontrast pomiędzy treścią wyrażaną bezpośrednio słowami a sytuacją rozgrywającą się w ciszy.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj