Kultura

Pogrzeb Jerzego Pilcha odbędzie się w Kielcach

Zmarł Jerzy Pilch. Pogrzeb odbędzie się w Kielcach

Jerzy Pilch Jerzy Pilch Leszek Zych / Polityka
Jak przekazali nam bliscy Jerzego Pilcha, zgodnie z jego ostatnią wolą spocznie w Kielcach, a uroczystość będzie miała charakter rodzinny. Pisarz nie chciał być żegnany z wielką celebrą.

Autor powieści, scenariuszy, laureat najważniejszych nagród literackich, w tym Nike i Paszportu „Polityki”. Powiedzieć, że Jerzy Pilch był ważnym polskim pisarzem, to nic nie powiedzieć.

Zmarł w swoim domu w Kielcach w piątek po południu. „Do ostatnich chwil życia był świadomy. Był ciepłym, czułym człowiekiem. Kochał życie, nie był samotnikiem, jak próbowano go przedstawiać” – mówiła „Gazecie Wyborczej” jego żona Kinga Strzelecka. Od kilku dni pisarz miał problemy z ciśnieniem. Od lat zmagał się z chorobą Parkinsona, co wyznał publicznie w 2012 r.

Pociecha z literatury

Urodził się w Wiśle w 1952 r. Rodzinne miasto bywało, nawet dość częstym, bohaterem jego książek. Jerzy Pilch był jednym z najważniejszych współczesnych polskich pisarzy, prócz tego publicystą, felietonistą, dramaturgiem, scenarzystą filmowym, przede wszystkim autorem powieści. Ale i fanem piłki nożnej, o której chętnie opowiadał i pisał, komentując m.in. rozgrywki Euro 2012. Był wiernym kibicem Cracovii. W ostatnich latach ukazywały się także jego dzienniki. Tu też było trochę o sporcie.

W 1998 r. otrzymał Paszport „Polityki” za „Bezpowrotnie utraconą leworęczność”. Za tom „Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej” odebrał Nagrodę im. Fundacji Kościelskich. Za „Pod Mocnym Aniołem”, książkę zekranizowaną przez Wojciecha Smarzowskiego, otrzymał Literacką Nagrodę Nike (2001; był do tego wyróżnienia wielokrotnie nominowany). Przyznawał, że nieprzesadnie tę książkę lubi, mimo że była tłumaczona na wiele języków i dała mu największy rozgłos. W wywiadach mówił, że najbardziej zwykle jest przywiązany do ostatnich swoich publikacji.

Kończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Do 1999 r. był członkiem zespołu redakcyjnego „Tygodnika Powszechnego” (do którego wrócił w 2012 r.), publikował na łamach „Hustlera”, „Polityki” (1999–2006 i później), „Dziennika” i „Przekroju”. W „Polityce” zainaugurował konkurs na opowiadanie pod nazwą „Pisz do Pilcha”. W efekcie w 2005 r. ukazał się zbiór „Pisz do Pilcha. Opowiadań współczesnych trzydzieści i trzy”. Wspomina dziennikarz „Polityki” Adam Grzeszak: – Jurek długo był członkiem zespołu redakcyjnego i uczestniczył w życiu redakcji. Przeprowadził się z Krakowa do Warszawy. Regularnie bywał w redakcji, żył życiem korytarzowym, grał w piłkę w ramach redakcyjnych treningów i rozgrywek.

Dodaje publicysta Adam Szostkiewicz, z którym mijał się na korytarzach i „Tygodnika Powszechnego”, i „Polityki”: – Mam w domu chyba wszystkie jego książki, pamiętam jego felietony, w których osiągnął mistrzostwo. Patrzył na polski świat oczami ironicznego, czasem zabójczo złośliwego, a czasem szczerze zafascynowanego przybysza z luterskiej Wisły.

Na łamach naszego tygodnika pod koniec 2019 r. ukazał się jego tekst-apel: „Uwolnijmy niepełnosprawnych!”, w którym opisywał swoją codzienność na wózku. „Niestety, w tych przypadkach nawet najwyższych lotów literatura nie daje pociechy. Niepełnosprawność nie jest prosta; nawet w centrum Warszawy niepełnosprawny musi dopasować się do miasta. Miasto do niego? Miasto nic nie musi. A on musi. On jest jak kot w wojsku – kot nie ma żadnych praw” – zauważał.

Cóż ważniejszego od pracy?

W aktualnym numerze „Polityki” opublikowaliśmy ledwie oddany do druku felieton o Polsce w czasach kryzysu epidemicznego i o bieżącej polityce autorstwa Jerzego Pilcha i Kingi Strzeleckiej. „Kiedy skończy się ten dziwny czas, wszyscy wrócimy do normalności, do obowiązków, złapiemy poprzedni rytm, dogonimy zaległości, a dla całej rzeszy ludzi nie zmieni się nic” – gorzko zanotował.

Jak widział czas spędzany w izolacji? „Kipi z nas pycha. Wszyscy jesteśmy bohaterami. Jesteśmy bohaterami, bo #zostańwdomu powoduje, że siedzimy w domu, jesteśmy bohaterami, bo z domu wychodzimy i pracujemy, jesteśmy bohaterami, bo roznosimy paczki, i jesteśmy bohaterami, bo zamawiamy zakupy online, płacąc za nie bezkontaktowo, bo uczymy się zdalnie, wysyłamy dobroczynne esemesy. Za sprawą kwarantanny weszliśmy w skórę osób wykluczonych”.

W 2017 r. na łamach „Polityki” ukazały się niepublikowane fragmenty dzienników pisarza. Zapisał w nich m.in.: „Jeśli dojrzałość polega na wyczerpaniu kąśliwości – dojrzeliśmy. Dalej jednak są sytuacje, które nas przerastają. Dalej paranoja jest blisko, a normalność daleko. Matka, owszem, konsekwentnie uważa, że Wisła, że dom – zwany pieszczotliwie psią budą – w Parteczniku to jest jej miejsce na ziemi. Proszę bardzo – moje też, ale w wąskim sensie – mnie się tu doskonale pracuje, najgłębsze i najbardziej dolegliwe kryzysy twórcze tu góra po trzech dniach mijają, zawsze wyjeżdżam stąd a to z czymś nowym solidnie rozpoczętym, a to z czymś starym, ale wreszcie tu skończonym etc., etc. Przeto moje miejsce i to nie w wąskim, ale w jak najszerszym sensie – w końcu cóż oprócz pracy jest ważniejszego?”.

Wyłowić z mroku dobro

Nie przestawał pisać. W rozmowie z „Polityką” w 2018 r. mówił: „Zgrzeszyłbym ciężko, gdybym powiedział, że mam jakiś zły czas. Nawet wiek, który niektórzy uważają za późny, nie jest przeszkodą. Uważam, że dopiero teraz zaczynam coś rozumieć z życia, czyli z literatury. Moja sytuacja pisarska jest taka, że napisałem właśnie kolejny tom »Dziennika«. I kończę tom opowiadań, siedem opowiadań, jestem przy ostatnim. Trzy dłuższe – po 20 stron, trzy mają 5–6 stron, czyli – jak mawiał Kornel Filipowicz – piękny rozmiar”. Ukazała się wtedy jego powieść „Żywego ducha”, później „Żółte światło”, obie zwięźlejsze niż te starsze w jego dorobku, częściowo autobiograficzne, w obu silny jest wątek kresu, samotności albo końca świata, jaki znaliśmy.

Z drugiej strony pokpiwał z katastrofy jako tematu poruszanego w popkulturze („Jest tego zatrzęsienie, wszystko na jedno kopyto. Nawet nie wiem, czy nie ma osobnych kanałów filmów katastroficznych”). Niepokoił go stan natury, ale wiedział, że literacko tego wątku już nie podejmie. „Nie ma wkurzenia, właściwie jestem zadowolony – mówił „Polityce”. – Zadowolony oczywiście w dziwny sposób. Okazuje się, że umiem też wyławiać z mroku dobro”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama