Seks, przemoc i mundury. Ten spektakl wstrząsnął szczecińskim Kontrapunktem
Argentyński spektakl „Fuck me” w reż. Mariny Otero, pokazany na finał 58. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Kontrapunkt w Szczecinie, nad którym „Polityka” objęła w tym roku patronat, dowodzi, że owszem, może. I to jak!
Sceniczna autofikcja
Wychodzą na scenę nadzy z widowni i zaczynają od układów, w których akrobatyczne niemal wyskoki kończą się szpagatem, a elementy wojskowej musztry łączą się z ruchami przywołującymi skojarzenia z erotyką, także w wersji queerowej. Wszystko to do granej na pełnej głośności, ekstatycznie rzewnej muzyki latynoamerykańskiej. Po tej wprowadzającej sekwencji siedząca z boku Marina Otero – urodzona w 1984 r. argentyńska tancerka, choreografka, performerka i reżyserka, od kilku lat mieszkająca w Madrycie – rozpoczyna swoją opowieść.
Jest nie tylko autorką scenariusza, choreografii i reżyserką „Fuck me”, ale też jego podmiotem i przedmiotem. Jak zresztą wszystkich swoich spektakli, bo teatr Otero jest performatywnym odpowiednikiem autopisania i autofikcji, i ma się zakończyć wraz ze śmiercią artystki. Na pierwszym planie jest chęć zaspokojenia potrzeb narcystycznych – tłumaczy spokojnie do mikrofonu. Ale też chęć pozostawienia kobiecego świadectwa. Bo kto o nas opowie, jeśli nie my same? Zwłaszcza że nie zamierza posiadać dzieci. Teatr to całe jej życie. Wyświetlane z tyłu nagrania pokazują pierwsze występy, układy choreograficzne ćwiczone z kuzynkami i prezentowane przed rodziną. Kolejne to fragmenty jej poprzednich premier, odgrywane na scenie przez tancerzy i dowodzące, że jako tancerka nie oszczędzała swojego ciała, nie istniały też dla niej tematy tabu.
To ostatnie dotyczy także rodziny: dziadek artystki miał być oficerem wywiadu wojskowego w argentyńskiej marynarce za rządów wojskowej junty. Po nim, mówi, dostała imię i z tym brzemieniem idzie przez życie. Dziadkowie swoje tajemnice z czasów dyktatury zabrali do grobów – tu spektakl w zawoalowany sposób odnosi się do niewyjaśnionych do dziś zbrodni (o czym opowiada „Tajny agent” Argentyńczyka Klebera Medonçy Filho, tegoroczny nominowany do Oscara).
Sama Marina w swojej sztuce obrała przeciwną strategię – nieuznawania tematów tabu, czego symbolem jest nagie ciało, wykorzystywane jako narzędzie, nośnik i temat w kolejnych opowieściach o sobie i o współczesnej Argentynie. Ale traktowane bez pardonu odmówiło współpracy. Uszkodzenie dysków skończyło się cyklem operacji kręgosłupa i częściowym unieruchomieniem. W „Fuck me” Marinę „opowiadają” tancerze. A choreografka z boku rzuca prowokacyjnie: „Skończyłam tak, jak skończyłam, tańcząc jak oni dzisiaj”.
Czytaj też: Spór o uznanie ślubów LGBT+. Koalicja się kłóci. A jak zachowa się Trzaskowski?
Męskość mundurowo-queerowa
Ci chórem deklarują, że z przyjemnością i oddaniem (oraz bez zapłaty), najpierw niczym mnisi, potem w wojskowych mundurach, spełniają jej życzenia czy rozkazy. Na przykład tańczą ostatni układ, który wykonała przed kontuzją, perwersyjny, o oddaniu i gwałcie. Tu do grania własną biografią, prawdą i zmyśleniem reżyserka dokłada odwrócenie stereotypów płciowych, silnie działające w maczystowskiej Argentynie: władcza kobieta i podporządkowani mężczyźni.
Świetna jest ta męskość mundurowa zmiksowana z queerową, a możliwość męskiego przejrzenia się w kobiecej historii – uwalniająca, co widać szczególnie w wygłaszanych przez dwóch tancerzy monologach napisanych przez Otero o dorastaniu w konserwatywnej rodzinie i o starzeniu się ciała, stygnięciu emocji, traceniu nadziei i na seks, i na wielką miłość. Przy tym nie brak tu poczucia humoru. A nad całością wisi wyznanie: „Chcę, żeby mnie wszyscy kochali, bo sama siebie nie kocham”.
I kiedy już emocje sięgają zenitu – artystka, ledwo się poruszając, wchodzi między pełnych energii, zaprzeczających sile grawitacji tancerzy, a następnie wygłasza monolog o śmierci za życia, jaką jest dla niej niemożność tańca i swobodnego ruchu – światła gasną. A po nich widzimy nagą Otero, która rozpoczyna bieg po okręgu. Do mikrofonu rzuca, że zamierza biec do ostatniego widza na widowni. W kolejnych minutach zespół techniczny zwija scenografię, scena i widownia stopniowo się wyciemniają. I pada: „Operację miałam sześć lat temu”. Faktycznie, premiera „Fuck me” odbyła się w 2020 r.
Może więc obejrzeliśmy opowieść o przeszłości, o ciemnym momencie w życiu Mariny Otero, który szczęśliwie ma za sobą? Ale finał każe także przemyśleć na nowo to, co oglądaliśmy przez poprzednią godzinę. Zadać pytania o jej strategie narracyjne, stopień manipulacji emocjami publiczności, intencje, ale też o naszą, widzów, łatwowierność – o łatwość, z jaką poddajemy się pierwszoosobowej narracji, i chęć empatyzowania z bohaterką, a w końcu o bolesne uczucie bycia oszukanym czy wykorzystanym. Kontekstem jest Argentyna z jej brutalną, ukrytą historią i trudną teraźniejszością, ale i współczesny świat.
Czytaj też: Tęczowy Zośka, Rudy z ONR? „Kamienie na szaniec” potrzebują dziś krytycznej lektury
Sprawa osobista
„Fuck me” zelektryzowało publiczność szczecińskiego Kontrapunktu. Otrzymało nagrody zarówno od jury, jak i od widzów, głosujących za pomocą ankiet. Najpełniej też reprezentowało temat tegorocznej edycji festiwalu, streszczony w haśle „Sprawa osobista / It’s personal”. Zaproszeni artyści, opowiadając o sobie, poruszali sprawy uniwersalne.
Ten autobiograficzny rys jako punkt wyjścia do opisu szerszych zjawisk to dziś silny nurt w sztuce, w tym w teatrze. Jednym z najbardziej poruszających rodzimych przykładów z ostatnich miesięcy jest monodram Cezarego Tomaszewskiego „U mnie wszystko w porządku” z warszawskiego Teatru Studio. Uznany reżyser, a przed laty także performer, odgrywa w nim, komentując, stand-up grany przez swojego partnera Norberta Bajana, który popełnił samobójstwo.
Przejmujący spektakl jest próbą połączenia się z ukochanym, opowieścią o nim i o zmaganiach z poczuciem winy, z jakim zostają bliscy osób, które zakończyły życie, o przeżywaniu żałoby i przeżywaniu jej w kraju, który uparcie nie chce uznać równości związków osób queerowych. Ale też ma część informacyjno-edukacyjną, m.in. uczulającą na sygnały wysyłane przez osoby zmagające się z myślami samobójczymi.
W programie Kontrapunktu znalazła się zaś m.in. „Fobia” reżysera Markusa Öhrna, artysty wizualnego i aktywisty LGBT+ Karola Radziszewskiego z Nowego Teatru, osądzająca i każąca w stylu filmów Quentina Tarantino pinkwashing, czyli pozorne wspieranie osób queerowych. A także „Orfeusz” w reż. Anny Smolar z TR Warszawa, rozpisana na kilkoro bohaterów i animowaną lalkę opowieść o przeżywaniu żałoby po starcie bliskiej osoby, ze scenariuszem pisanym z udziałem aktorów.
I taneczny, i wywrotowy „Kocham balet” z Komuny Warszawa w choreografii nominowanej do Paszportu POLITYKI Ramony Nagabczyńskiej, w którym cztery tancerki, twarze polskiego tańca współczesnego, odnoszą się do traumatycznej edukacji baletowej, jaką przeszły. Zaś „Wchodzi Duch” w reż. Weroniki Szczawińskiej z Teatru im. Jaracza w Olsztynie i Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego to inspirowana didaskaliami z „Hamleta” grupowa psychoterapia z figurą ojca i autorytetu w centrum. W zagranicznym programie zaś wyróżniał się stworzony w oparciu o osobiste doświadczenia wykonawczyni – randkowania z konserwatywnymi mężczyznami – „Swiping Right” Sophie Anne Veelenturf.
Najsilniej jednak zadziało „Fuck me” Mariny Otero, spektakl, który trwa krótko, tylko godzinę, a zostaje z widzem na bardzo długo. Kolejna edycja Kontrapunktu za dwa lata.