Film

Supersamiec Junior

Recenzja filmu: „Grzeczni chłopcy”, reż. Gene Stupnitsky

„Grzeczni chłopcy” „Grzeczni chłopcy” mat. pr.
Banalna intryga generuje serię szalonych zdarzeń, mniej lub bardziej śmiesznych gagów podawanych przez reżysera w zawrotnym tempie.

W przypadku „Grzecznych chłopców” warto przyjrzeć się nie tyle nazwisku reżysera, dla którego jest to kinowy debiut, ile liście producentów. Seth Rogen i Evan Goldberg, kumple z dzieciństwa i założyciele firmy Point Grey Pictures, jako duchowi spadkobiercy Judda Apatowa, odnowiciela amerykańskiej komedii głównego nurtu, to twórcy, po których wiadomo mniej więcej czego się spodziewać.

W ostatniej dekadzie wyprodukowali kilka raczej dobrze przyjętych filmów i seriali, opatrzonych zwykle kategorią wiekową R, co w USA oznacza, że osoby nieletnie mogą je oglądać tylko z rodzicami lub dorosłymi opiekunami. Część z nich także napisali i wyreżyserowali. W tym „Sąsiadów” (reż. Nicholas Stoller, 2014), „Disaster Artist” (reż. James Franco, 2017) czy całkiem niedawnych „Niedobranych” (reż. Jonathan Levine, 2019). Ale obrazem przełomowym, od którego zaczęła się ich hollywoodzka kariera, jest „Supersamiec” (reż. Greg Mottola, 2007), ordynarna komedia o licealnych nieudacznikach, którzy przed opuszczeniem szkoły muszą zaliczyć obowiązkową imprezę – ostatnią szansę, by choć zbliżyć się do wymarzonych dziewczyn.

To dość płytkie i krzywdzące odczytanie anegdoty ma na celu jedynie przybliżenie specyfiki portfolio duetu Rogen–Goldberg. Zresztą „Supersamiec” wpisuje się w dość długą tradycję kina o dorastającej młodzieży, którą czeka poważna zmiana. Chodzi mianowicie o zbliżający się ostatni dzwonek, pożegnalne wakacje i wyjazd na studia, komentowane już przez „Amerykańskie graffiti” (reż. George Lucas, 1973) czy „Uczniowską balangę” (reż. Richard Linklater), a ostatnio także w mocno feminizującej wariacji na ten temat, czyli w „Szkole melanżu” (reż. Olivia Wilde, 2019). Bohaterowie „Grzecznych chłopców” nie kończą może edukacji, ale wchodzą na nowy, znacznie dostojniejszy poziom – przestają być piątoklasistami i zaczynają klasę szóstą, co zresztą często wraca w dialogach w formie mobilizującego dowcipu.

11-letni Max (Jacob Tremblay) zostaje zaproszony na domówkę przez kolegę z klasy, który zapowiada, że uczestnicy będą grali w butelkę. Brzmi nieco archaicznie, ale dla chłopaka to znakomita okazja, by pocałować wreszcie dziewczynę, w której się podkochuje. Jest oczywiście pewien problem: Max nigdy tego nie robił. Z pomocą przychodzą przyjaciele – Thor (Brady Noon) i Lucas (Keith L. Williams) – trochę dziwaki, trochę cudaki, żywcem wyjęci z serialu „Stranger Things” (2016) braci Dufferów. Zamiast po prostu wpisać w wyszukiwarce hasło „jak się całować?”, wszyscy trzej postanawiają – tuż po traumatycznym i pierwszym w życiu obejrzeniu pornosa – podejrzeć dronem, jak to robi ich sąsiadka ze swoim chłopakiem.

Banalna intryga generuje serię szalonych zdarzeń, mniej lub bardziej śmiesznych gagów, w zawrotnym tempie podawanych przez reżysera. Czasami komizm jest na wysokim poziomie, zwłaszcza gdy twórcy – projektując własne problemy z przeszłości – naigrawają się ze sposobu bycia dzisiejszych nastolatków, nieporadnych w kontaktach z płcią przeciwną. Całość dość szybko zaczyna jednak nużyć – powtarzany jest wciąż jeden i ten sam żart, będący coraz bardziej zbereźną wersją samego siebie. Dotyczy on oczywiście seksu, a serwowany jest w skrajnie wulgarny sposób. Na szczęście dobrze wiadomo, czemu to służy – jak większość takich filmów chodzi ostatecznie o zacieśnianie więzów, zrozumienie własnych błędów, a może nawet – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – odnalezienie siebie.

Stupnitsky fenomenalnie prowadzi młodych aktorów. Nie tylko znanego z „Pokoju” (reż. Lenny Abrahamson, 2015) czy „Cudownego chłopaka” (reż. Stephen Chbosky, 2017) Tremblaya, którego anielska twarz i delikatny głos idealnie kontrastują z odgrywaną postacią, ale także Williamsa i Noona, wcielających się w jego najlepszych kolegów. Ich relacja – słowne potyczki i nie do końca odpowiednie dla ich wieku gesty – przypomina żywiołowy konflikt id, ego i superego (czym innym jest sytuacja, w której Max chcący pocałować dziewczynę jest z jednej strony zachęcany do tego przez bezwstydnego Thora, a z drugiej hamowany przez sumienie w postaci grzecznego Lucasa?).

Pewien niesmak pozostawia sprawa moralności. Jest coś niepokojącego w takim przedstawieniu młodych ludzi, nieco za szybko wkraczających w dorosłość. Nie oznacza to, że film jest afirmacją tego typu zachowań, a raczej wyrazem niepokojów współczesnych rodziców, którzy chcieliby, aby ich dzieci jak najdłużej pozostały dziećmi.

Ale czy nie jest już za późno? Jakby nie patrzeć, to wciąż obraz dla dorosłych, co znakomicie punktuje Rogen w zwiastunie, mówiąc grającym w filmie niepełnoletnim aktorom, że na planie mogą przeklinać, bić się, handlować narkotykami i przeglądać pornografię, ale nie mogą tego później obejrzeć na ekranie. Są po prostu za młodzi.

Grzeczni chłopcy (Good Boys), reż. Gene Stupnitsky, prod. USA 2019, 95 min

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska jako jedyna w Unii nie udostępnia szczepionki HPV

Szczepionka, którą od 12 lat uznaje się na świecie za wybawienie od raka szyjki macicy, w Polsce jest nadal moralnie podejrzana. Wyparowała też z naszego rynku, za co sami jesteśmy sobie winni.

Paweł Walewski
26.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną