Recenzja książki: Tadeusz Różewicz, "Kup kota w worku"

Kot w butach
Kilkadziesiąt stron kpiarskiej logorei.

Podczas pierwszej lektury tomu „Kup kota w worku” pomyślałem (parafrazując zamieszczony w nim wiersz o Mickiewiczu „mam żal do Ojca Adama”): „Różewicz jest dla mnie/Ojcem i Matką powojennej poezji polskiej/więc z szacunkiem i czcią/zwracam się do Rodzica/nie uchodzi Ojcze Tadeuszu/nie uchodzi wystawiać czytelnika/poezji/na taką próbę”. A próba jest teatralna (co nie znaczy, że oderwana od życia), bo prozy, sztuczki, wierszyki, wiersze i poematy, z których ta książka się składa, tworzą całość dramaturgiczną, spektakl z gazetą, telewizorem i Internetem w tle, będący opowieścią o przekopywaniu się poety do poezji i człowieka przez hałdy popkulturowego śmiecia, a zarazem o żegnaniu się z nią, o konieczności jej porzucenia.

Trzy czwarte książki to parodia języka, jakim mówią do nas copywriterzy, gwiazdy, politycy, dziennikarze, autorzy blogów, „artyści”, „pisarze”, cudowne dzieci rodzimej prozy. Kilkadziesiąt stron kpiarskiej, tragikomicznej i, trzeba przyznać, męczącej logorei nie jest jednak świadectwem zgorzknienia czy nihilizmu. Różewicz patrzy temu światu w twarz i stara się go przeboleć. Pasja, z jaką używa kultury masowej w roli oręża przeciwko niej samej, sprawia, że należałoby wnikliwiej rozważyć kwestię (estetycznej) fascynacji poety tym, co niskie, puste, tandetne i trywialne. Gdyby potraktować popkulturę jako globalną kulturę ludową, rozgadane poematy Różewicza byłyby karykaturalnymi na miarę naszych czasów odpowiednikami „Ballad i romansów”.

A zatem: bombarduje nas autor kiczem przeciw kiczowi, tylko po co? Po to, by wzbudzić w nas pragnienie milczenia, pragnienie poezji, która „(...) rodzi się/z nieobjętego łona natury przeciska się/przez wargi mniejsze i większe” i „okrwawiona ślepa (...)/zaczyna mówić”. Taka poezja rodzi się w drugiej części zbioru, w wierszach „niebieska linia”, „normalny poeta”, przede wszystkim zaś w olśniewającym apokaliptycznym „Credo”. Różewicz, świadomy ułomności słów, również w tym tomie ponawia Mickiewiczowski gest porzucenia poezji. Lecz w przeciwieństwie do swojego mistrza nie szuka pocieszenia w mistycyzmach. Pozostaje mu rozum i czysty głos anonima, którym zawsze chciał być. Ten głos mówi: „(...) czy jest ważne kto/zasiał, nie! ważne jest/kto zebrał...”.

Poezja zmartwychwstaje w czytelniku. Odbiorca ma pójść dalej w butach poety (do czego zachęca fotografia butów z odręczną adnotacją Różewicza na s. 104). Pisał Jan od Biedronki: „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą/zostaną po nich buty i telefon głuchy”. Po Różewiczu zostaną wygodne buty poety-myśliciela i głuchy telefon jego „work in progress”. Lubię zabawę w głuchy telefon. Ale wybieram buty.

Tadeusz Różewicz, Kup kota w worku (work in progress), Biuro Literackie, Wrocław 2008, s. 106 

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną