Fragment książki „Żubry lubią jeżyny”
Tak, nasz narodowy symbol, kiedy tylko może, sięga po padlinę.
Okładka książki „Żubry lubią jeżyny”
mat. pr.

Okładka książki „Żubry lubią jeżyny”

Gandalf jest już siwy ze starości. Dostojny starzec imponuje swym wyglądem, pomimo wieku wciąż pozostaje w pełni sił. Hardo trzyma głowę, kiedy obserwuje okolicę, a jego szpony i dziób nadal są ostre i chwytne, o czym przekonały się dziesiątki ofiar i przeciwników. Ten prawdopodobnie najstarszy polski bielik niepodzielnie panuje nad swoim łowiskiem, a także nad zimowym karmiskiem, gdzie pojawia się czasem ponad dwudziestu jego młodszych krewniaków. Ustępują Gandalfowi miejsca, kiedy tylko znajdzie się w polu ich widzenia. Nie ośmielają mu się też przeszkadzać w polowaniu czy późniejszym posiłku, chociaż między sobą staczają bezustanne potyczki o pokarm. Nawet cwane kruki, które umieją po prostu przegonić młode, czy niedoświadczone bieliki okazują staremu killerowi głęboki respekt. Kto wie, może właśnie taki orzeł biały, potężniejszy od innych, budzący postrach samym widokiem, zwrócił uwagę przodków naszych władców i dlatego wybrali go sobie na herb?

Bielik nie jest orłem, bo ma za krótkie gacie z piór na skokach, czyli łapach. Prawdziwe orły mają długie hajdawery, które opadają im aż na szpony. Tak orzekli naukowcy i zdegradowali bielika do orłanów.

Bielik nie jest też królem ptaków, lecz można go nazwać księciem, a to ze względu na daleko idące podobieństwo do władcy z politycznego traktatu Niccolo Machiavellego. Tytułowy Il Principe zdobywa i utrzymuje Władzę, szerząc postrach i stosując siłę, ale też przestrzega uroczystego i widowiskowego ceremoniału oraz – jeśli trzeba – wykorzystuje najbardziej niecny lub okrutny podstęp. Bielik postępuje podobnie, bo przy królewskim wyglądzie często zachowuje się jak żebrak – sięga po każdą jałmużnę, jaką rzuci mu Natura, ale też umie zabijać, żerując na słabszych stworzeniach. Dlatego właśnie ocalał, choć był na samym progu zagłady.

W II połowie XX wieku z bielikiem było krucho. Stosowany powszechnie owadobójczy środek DDT długo się rozkładał i krążył w środowisku naturalnym. Bielik pochłaniał go w rybach i drobnej zwierzynie znacznie więcej niż inne stworzenia. DDT w małych dawkach nie szkodził dorosłym ptakom, ale kumulując się latami w organizmie, powodował, że ich jaja miały za cienkie skorupki i pękały od razu po zniesieniu. Iście diabelski, śmiertelnie skuteczny i precyzyjny cios w najbardziej newralgiczny i delikatny punkt istnienia gatunku.

Pół wieku temu na terenie Polski notowano niespełna pięćdziesiąt par bielików, ale stał się pewnego rodzaju cud, bo obecnie jest ich już kilkanaście razy więcej. Największe polskie ptaki zawsze radziły sobie z naturalnymi przeciwnościami, lecz ewolucja nie uwzględniła niszczącej siły ludzkiej bezmyślności i zasadzek, których dostarcza działalność człowieka. Wola życia, najbardziej pierwotne cechy drapieżcy zadziałały jednak w nowych, o wiele trudniejszych okolicznościach.

Bielik uczepił się szponami każdej okazji przeżycia, ocalał i odrodził się wręcz triumfalnie (co tylko częściowo można wytłumaczyć prawną ochroną gatunku, zwłaszcza jego siedlisk w okresie lęgowym). Umiał skorzystać z możliwości, jakie oferuje szerokie a zmienne pogranicze pomiędzy naturą i ludzką cywilizacją. Jego wzrok działa nie tylko przy wypatrywaniu zdobyczy – bielik XX wieku jakby umiał wypatrzeć i ocenić szanse, których wcześniej jego przodkowie nie widzieli na swoje przenikliwe żółto-czarne ślepia.

To bystre spojrzenie bielika spowodowało także, że pewien rybak zdobył przydomek „tańczący z orłami”. Rybak ten zaczął najpierw ot tak, zwyczajnie, a potem ostentacyjnie wyrzucać pojedyncze ryby z połowów, które systematycznie prowadzi na wielkim jeziorze w północnej Polsce. Bieliki, zrazu nieufne, przypatrywały się z daleka – najpierw jeden, następnie dwa, potem cztery osobniki (prawdopodobnie odchowane pisklęta). Teraz korzystają stale z tej możliwości zdobycia pożywienia, ale – co ciekawe – wcale nie uzależniły się od niej. Podobnie postępują inne bieliki, które zlatują się z dalszych okolic i w okresie zimy tworzą zbiorowisko nawet trzydziestu osobników. Reagują na wołanie znanego sobie karmiciela, lecz z rezerwą traktują obecność innych osób. Często się zdarza, że podlatują do łodzi z turystami, ale jakby demonstracyjnie nie korzystają z łatwego posiłku, który im oferują, tylko polują na inną zdobycz, choćby liczne na tym jeziorze kaczki. To nie duma ani ambicja. Instynkt drapieżcy działa niezawodnie – nie pozwala im odpuścić nadarzającej się nagle okazji do posmakowania świeżego mięsa. Stałe szlifowanie naturalnych zdolności to podstawa.

Machiavelli nauczał, że osiadanie na laurach jest początkiem klęski i upadku. Może podobnie jak Leonardo da Vinci obserwował sokoły, wielkim nakładem sił i kosztów układane do polowań przez ludzi, lecz stale korzystające ze swej przyrodzonej dzikości, skrzydeł i szponów? Dzięki nim miały władzę nad innymi ptakami – i w jakiś sposób też nad ludźmi. Bo posiadają magnetyczny wpływ na ich wyobraźnię i stale z niego korzystają.

Na poły podkarmiane, lecz wciąż dzikie i nieprzewidywalne bieliki to tylko ciekawostka, ale dobrze ilustruje zdolność adaptacji potężnych drapieżników, które potrafią zmieniać nawyki, ale zarazem trwać przy swojej pierwotnej naturze. Dalekowzroczność bielika sięga dalej i głębiej niż jednorazowy nalot na słabszą ofiarę. Jego potrzeba przedłużenia gatunku jest na tyle silna, że podpowiada doraźne rozwiązania, ale odwieczny, nieredukowalny zespół potrzeb i instynktów dyktuje niepisany a szeroki kodeks tego ptaka – dopuszcza, co jest dla niego dobre, nawet jeśli jest to zupełnie nowe, nieznane lub roztacza kuszącą woń rozkładu.

Tak, nasz narodowy symbol, kiedy tylko może, sięga po padlinę – czasem jedyne źródło bezcennego, bo życiodajnego białka. Bielik napycha się nim aż po żółte zajady zakrzywionego dzioba. Ten, wielki i ostry, istny tasak rzeźnicki, jest mu niezbędny do „otwierania konserwy” – przecina nim twardą i grubą skórę już martwej zwierzyny. Stadka kruków, srok, sójek oraz chmary drobnego ptactwa wypatrują ją pierwsze i tęsknie czekają, aż pojawi się bielik i wreszcie wypatroszy padło dzika, sarny, jelenia albo podrzuconej na zimowe karmiska przez leśników krowy czy owcy. Dopiero wtedy mogą przystąpić do uczty. Podobną rolę przez tysiąclecia odgrywały niedźwiedzie i wilki, które potrafią upolować i poćwiartować grubego zwierza, a resztki z ich stołu żywią setki innych gatunków. Jeśli brakuje potężnych władców, czyli szafarzy, co się dzieje z chmarą dworaków?

Hm, Padlinożerca numer 1? Mało chwalebny tytuł. Ale jeśli daje przewagę i tym samym szansę przetrwania? Jednak okrutna ironia polega na tym, że ten niby łatwy łup może być śmiertelną pułapką. Chyba ta jedna jedyna cecha bielika jest tak po ludzku prawdziwie królewska – otóż pozostaje on bezbronny wobec trucizny. Często pada jej ofiarą, kiedy posili się zatrutą padliną, podkładaną przez ludzi dla walki, na przykład z lisami. Tu podstęp miesza się z bezmyślnością, bo co roku powtarza się ta praktyka, a później słychać lamenty, że oto znowu ofiarą padły także chronione bieliki...

Inna naprawdę królewska – czyli zgubna – cecha bielika polega na tym, że jest częstym celem skrytobójczych zamachów ze strony małych podłych ludzi. Wielu myśliwych nie potrafi się oprzeć na widok potężnej sylwetki, dumnie krążącej po niebie. Śrut, optyczne celowniki ściągają Jego Wysokość z nieba na ziemię, choć jest prawnie chroniony przez cały rok.

Jednak bielik przetrwał i odrodził się, jest coraz liczniejszy. Pojawia się w regionach Polski, w których nie był widziany od stu lat. Stale patroluje Wisłę i jej brzegi w samym centrum Warszawy. Można go zobaczyć, jak kołuje nad dachem i wieżycą Zamku Królewskiego.

***

Arkadiusz Szaraniec, Żubry lubią jeżyny, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 128

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj