Fragment książki „Rosyjska ruletka”
Felix Sater, rany, musiałbym się zastanowić.
Okładka książki „Rosyjska ruletka”
mat. pr.

Okładka książki „Rosyjska ruletka”

Na początku grudnia 2015 roku Donald Trump przewodził w republikańskim wyścigu o nominację prezydencką. Sondaże wskazywały, że wyprzedza rywali nawet o dwadzieścia punktów procentowych. Sześć miesięcy wcześniej włączył się do gry jako outsider i powszechnie uważano go za kandydata bez szans. Miał przecież za sobą liczne skandale biznesowe i osobiste, oskarżano go o związki z postaciami ze świata przestępczości zorganizowanej, oszukiwanie robotników i wykonawców, wygłaszanie poniżających uwag o kobietach (na przykład nazwał Rosie O’Donnell „flejtuchem” o „brzydkiej grubej twarzy”). Jako kandydat rzucał oszczerstwa, naruszał normy i konwencje. Członkowie jego własnej partii odcinali się od wygłaszanych przez niego obraźliwych uwag, takich jak w przemówieniu ogłaszającym jego kandydaturę, w którym Meksykanów nazwał „gwałcicielami”. Potępiali jego brak znajomości polityki i fakt, że opiera ją na zniewagach. Byli całkowicie pewni, że jego niekonsekwentne działania, arogancja, narcyzm, wybuchowość i błędne opinie nie dają mu szans na uzyskanie nominacji.

Jednak Trump umiał zrobić show. Na jego wiece przychodziły tłumy zwolenników, by słuchać, jak gniewnie potępia polityczny establishment, chłoszcze media, szydzi z rywali, chwali się sukcesami i obiecuje, że Trump – zazwyczaj mówił o sobie w trzeciej osobie – zrobi wielkie rzeczy dla Ameryki. Szedł jak burza, zręcznie wykorzystując głęboko tkwiące w ludziach resentymenty, szczególnie wśród wiejskich białych wyborców. Szedł wbrew oczekiwaniom, przenicowywał Partię Republikańską, zapewniał smaczne kąski programom informacyjnym i sterował ku pierwszym prawyborom i zgromadzeniom wyborców.

Kontrolerzy faktów stwierdzili, że w swym krótkim okresie kandydowania Trump pobił wszystkie rekordy ilości kłamstw. Wydaje się, że żaden współczesny znaczący kandydat na prezydenta nie naginał i nie odrzucał prawdy aż tak często. Jednak na początku grudnia dopuścił się on znaczącego przemilczenia, na które mało kto zwrócił uwagę, choć dla Trumpa było konieczne, by zachować szanse na prezydenturę. Chodziło o dawnego przestępcę Felixa Satera, który został informatorem FBI, i o związki Trumpa z Rosją. W tamtym czasie nikt – ani dziennikarze, ani przeciwnicy Trumpa – nie dostrzegł pełni znaczenia tego faktu.

Jako że Trump wysunął się na czoło wyścigu, Associated Press grzebało w rozlicznych kwestiach z jego przeszłości i wśród najróżniejszych epizodów składających się na ów przegląd znalazł się i taki: po 2000 roku Trump pracował z urodzonym w Rosji Saterem, nowojorskim deweloperem, wcześniej siedzącym w więzieniu za napad i biorącym niegdyś udział w oszustwie giełdowym, w które zamieszane były mafia i rosyjska przestępczość zorganizowana. Z firmą Satera Trump zbudował efekciarski zespół hotelowo-mieszkalny Trump SoHo na Dolnym Manhattanie. Gdy w 2007 roku „New York Times” ujawnił kryminalną przeszłość Satera, Trump się od niego zdystansował, ale trzy lata później znów współpracowali przy różnych przedsięwzięciach, między innymi przy dużym projekcie w Rosji. Dziwne związki Trumpa z Saterem przez lata budziły zainteresowanie dziennikarzy.

2 grudnia 2015 roku reporter Associated Press Jeff Horwitz zdołał przeprowadzić z Trumpem krótki wywiad telefoniczny i spytał o Satera.

– Felix Sater, rany, musiałbym się zastanowić – odparł Trump. – Nie znam go zbyt dobrze.

W kolejnej rozmowie przeprowadzonej przez Horwitza główny prawnik Trump Organization Alan Garten potwierdził, że Sater był doradcą w firmie Trumpa przez sześć miesięcy w 2010 roku.

Natomiast ani Trump, ani Garten nie ujawnili, że właśnie wtedy Trump był zaangażowany w interes z Saterem dotyczący budowy wieżowca w Moskwie – niecałe dwa lata po załamaniu się jego przedsięwzięcia z Agałarowami.

Ubiegając się o prezydenturę i twierdząc, że interesy narodu stawia na pierwszym miejscu (przed własnymi), równocześnie raz jeszcze podjął próbę zbudowania Trump Tower w Moskwie. Wcześniejszy układ z Agałarowami załamał się, gdy Obama nałożył na Rosję sankcje po interwencji Putina na Ukrainie. Teraz jednak, półtora roku później, Trump prywatnie negocjował z inną rosyjską firmą deweloperską – a Sater, dawny przestępca, który został informatorem FBI, pośredniczył w tym interesie. Umowa wymagałaby zgody Kremla, czyli losy nowego przedsięwzięcia Trumpa zależały wyłącznie od łaski Putina.

Trump nic nie mówił publicznie o tej sprawie, pojawiał się tu jednak potencjalnie poważny konflikt interesów: kandydat starał się zasiąść w Białym Domu, a równocześnie prowadził interesy, które mogły się zakończyć sukcesem, jedynie jeśli rząd obcego – i to nieprzychylnego – kraju da zielone światło.

Gdy kilka dni później ukazał się artykuł Associated Press zawierający stwierdzenie Trumpa, że ledwo zna Satera, dziennikarze świadomi dawniejszych układów Trumpa z Saterem tylko się zaśmiali – tak absurdalne było twierdzenie, że nie pamięta dawnego wspólnika. Uznali jednak, że Trump posłużył się niedorzecznym kłamstwem, by ukryć dawne związki z pracującym dla przestępczości zorganizowanej oszustem. Nie zdawali sobie sprawy, że miał powody, by ukrywać potencjalny interes w nieruchomościach rosyjskich, ponieważ ujawnienie go mogłoby pogrążyć jego kampanię.

Kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu 2015 roku, Sater zgłosił się do Michaela Cohena, prawnika Trumpa, z propozycją budowy luksusowego hotelu, biurowca i apartamentowca w stolicy Rosji. Zespół miał się nazywać Trump World Tower Moscow. Cohen, wygadany prawnik pochodzący z Long Island, zaciekle bronił Trumpa w sprawach sądowych i w mediach, a znany był jako jego pitbull. W firmie odpowiadał także za zawieranie umów, a Satera znał jeszcze z czasów licealnych.

Propozycja Satera mówiła o wieżowcu, w którym znalazłoby się piętnaście pięter hotelowych, dwieście pięćdziesiąt luksusowych apartamentów i przestrzenie handlowe. Budowę miała zrealizować rosyjska firma IC Expert Investment Company – dotychczas nieznana z konstrukcji takich obiektów – Trump zaś udzieliłby licencji na użycie swego nazwiska. Poprzednim przedsięwzięciem rosyjskiej firmy był duży zespół mieszkaniowy z apartamentami w średnich cenach, ale budowa się opóźniała i borykała z innymi problemami. Cohen powiedział później, że z rosyjską firmą „porozumiewał się przede wszystkim” przez Satera. Wskazał także, że to Sater nadzorował szczegóły: kupno działki, organizację finansowania i uzyskanie koniecznych zezwoleń od władz. Pod koniec października 2015 roku Trump podpisał list intencyjny z IC Expert Investment, by posunąć do przodu sprawę projektu.

Umowa przewidywała, że do kieszeni Trumpa trafią 4 miliony dolarów zaliczki, gwarantowała mu także procent od sprzedaży. Miał mieć kontrolę nad marketingiem i projektem oraz prawo nazwania luksusowego spa hotelowego imieniem swojej córki Ivanki (jedna z możliwości: „The Spa by Ivanka Trump”). Przedsiębiorstwo Trumpa miało zarządzać hotelową częścią obiektu.

Było to poważne zamierzenie. Firma Trumpa zwróciła się w sprawie projektu do różnych architektów, których zasugerowała Ivanka. Prowadzono dyskusje o możliwości finansowania inwestycji. Działanie IC Expert Investment czasami wspierały rosyjskie banki objęte amerykańskimi sankcjami, w tym Sbierbank, który współsponsorował konkurs Miss Universe w Moskwie. Sater twierdził, że uzyskał wsparcie finansowe od VTB Bank, instytucji będącej częściowo własnością Kremla, także objętej sankcjami. Zatem Trump Organization pracowała nad transakcją, która mogła zależeć od rosyjskiego finansowania przez umieszczone na czarnej liście banki związane z reżymem Putina. (VTB zaprzeczyło później, jakoby uczestniczyło w tym przedsięwzięciu).

W liście intencyjnym prezes IC Expert Investment Andriej Rozow stwierdził, że jest wyłącznym właścicielem firmy. Według rosyjskiego rejestru podatkowego IC Expert Investment należało do trzech zagranicznych firm, przy czym jedną z nich kontrolował cypryjski prawnik mocno zaangażowany w rosyjskie finanse. Nie było jasne, jak rozpoczęła się ta transakcja – rosyjska firma o podejrzanych powiązaniach oferująca Trumpowi potencjalnie lukratywne przedsięwzięcie w chwili, gdy prowadził kampanię prezydencką i publicznie wypowiadał się na istotne dla Moskwy tematy. Cohen oświadczył później, że Rozow złożył „ofertę niewywołaną”, że przyjął twierdzenie Rozowa co do własności IC Expert Investment, że na tym etapie „dodatkowa due diligence” nie była potrzebna i że nigdy osobiście nie poznał Rozowa.

Sater, skłonny do upiększania sytuacji, przedstawiał to przedsięwzięcie jako coś znacznie większego niż transakcja na rynku nieruchomości. Forsował ją jako korzystną dla kampanii prezydenckiej Trumpa i stosunków amerykańsko-rosyjskich. W e-mailu do Cohena napisał: „Niech to się stanie, zbudujmy Trump Moscow. I być może naprawimy stosunki między państwami, pokazując wszystkim, że handel i biznes są znacznie lepsze i praktyczniejsze niż polityka. Takie powinno być także przesłanie Putina, a my pomożemy mu się zgodzić na takie przesłanie. Wspomóc pokój światowy i zarobić dużo pieniędzy – powiedziałbym, że to wspaniały cel życiowy, do którego powinniśmy dążyć”.

W kolejnym mailu do Cohena Sater oznajmiał: „Załatwiłem, że Ivanka siedziała na prywatnym krześle Putina przy jego biurku w kremlowskim biurze [podczas pobytu w 2006 roku]. Przekonam Putina do tego programu i sprawimy, że Donald zostanie wybrany. […] Nasz kumpel może zostać prezydentem USA, a my możemy to zorganizować. Przekonam do tego cały zespół Putina, pokieruję tym procesem”.

Sater powiedział Cohenowi, że chciałby pokazać swoim rosyjskim kontaktom wideo, na którym Trump pozytywnie wypowiada się o Rosji; chwalił się także, że może załatwić, by Putin podkreślał zalety Trumpa. Ponadto poinformował Cohena, że życzyłby sobie zostać ambasadorem USA na Bahamach, gdyby Trump został wybrany.

Podczas gdy Cohen i Sater rozwijali to poufne przedsięwzięcie, Trump nadal publicznie żarliwie bronił Putina. W połowie grudnia 2015 roku wystąpił w programie Morning Joe w MSNBC i oznajmił, że Putin jest lepszym przywódcą od Obamy. Gdy prowadzący program Joe Scarborough wskazał, że Putin „zabija dziennikarzy, którzy się z nim nie zgadzają”, Trump go ofuknął: „Zarządza swoim krajem i przynajmniej jest przywódcą, inaczej niż to, co mamy w naszym kraju. […] Wydaje mi się, że nasz kraj też dużo zabija”. Dwa dni później Trump ponownie zbagatelizował zarzuty, że Putin jest związany z morderstwami dysydentów i dziennikarzy w Rosji: „Mówicie, że zabijał ludzi, ale trzeba oddać Putinowi sprawiedliwość. Ja tego nie widziałem. Nie wiem, że to robił. Czy potraficie to udowodnić?” – tym samym zlekceważył zabójstwo Aleksandra Litwinienki w 2006 roku.

W połowie stycznia 2016 roku projekt tkwił w zawieszeniu. Nie kupiono jeszcze terenu pod budowę. Nie uzyskano koniecznych zezwoleń. Sater zasugerował Cohenowi, by ten w imieniu Trumpa porozumiał się z biurem Putina i poprosił o pomoc. Sater nie miał jednak żadnych prawdziwych dojść do Kremla, Cohen też nie. Prawnik Trumpa zaczął dzwonić do dziennikarzy, pytając, czy nie mają adresu mailowego Dmitrija Pieskowa, rzecznika Putina. Zadzwonił między innymi do Maggie Haberman z „New York Timesa”, która od lat pisała o Trumpie. Odparła, że nie ma e-maila Pieskowa. Ostatecznie Cohen wysłał prośbę o pomoc na ogólną skrzynkę kremlowską, której adres podano na rządowym portalu – ale nigdy nie uzyskał odpowiedzi.

Cohen twierdzi, że pod koniec miesiąca samodzielnie – bez wkładu Trumpa – postanowił porzucić transakcję z przyczyn, które nazywa „biznesowymi”.

To przedsięwzięcie odeszło w niebyt. Jednak przez pięć z pierwszych ośmiu miesięcy kampanii Trumpa było aktualne. Potencjalnie mogło przynieść zyski Trumpowi i jego rodzinie, ale także zagrozić marzeniom o prezydenturze, więc Trump trzymał je w tajemnicy. I udawał, że ledwo zna Felixa Satera.

Historia dziwnych układów z Saterem to część większej opowieści o determinacji, z jaką Trump starał się prowadzić interesy z Rosją. Przez niemal trzydzieści lat rozwijał swoje biznesowe imperium na całym świecie – planował i budował biurowce, hotele i pola golfowe w Panamie, Indiach, Turcji, Irlandii, Szkocji, Dubaju, Kanadzie i na Filipinach. Frustrowało go, że Rosja okazała się rynkiem, którego nie potrafił ugryźć.

Jego próby rozpoczęły się od wyprawy sponsorowanej i w całości opłaconej przez radziecki rząd w 1987 roku. Oglądał wtedy tereny w śródmieściu Moskwy, które mogłyby się nadawać pod budowę Trump Tower. W udzielonym wówczas wywiadzie wyjaśnił, że hotel obsługiwałby głównie zamożne osoby odwiedzające Rosję, „które przyjeżdżając do Moskwy, nie chciałyby rezygnować ze swojego stylu życia”. Była jednak pewna znacząca przeszkoda: wieżowiec musiałby być joint venture z radzieckim rządem, przy czym Sowieci zachowaliby 51 procent własności. To dla Trumpa było nie do przyjęcia. (Jakiś czas przed tą próbą zrobienia interesu z Rosją Trump powiedział Bernardowi Lownowi, lekarzowi, który do spółki z radzieckim lekarzem otrzymał w 1985 roku Pokojową Nagrodę Nobla za promowanie rozbrojenia nuklearnego, że chciałby otrzymać od prezydenta Reagana specjalne ambasadorskie prerogatywy, by wynegocjować ze Związkiem Radzieckim układ o broni nuklearnej – który potrafiłby dopiąć „w ciągu godziny”).

Minęło kilka lat, zanim ponownie spróbował interesów z Rosją. Pod koniec października 1996 roku Trump Organization ogłosiła, że Trump udaje się do Moskwy w celu przedyskutowania realizacji zespołu Trump Tower. Minęło pięć lat od rozpadu Związku Radzieckiego; w Rosji odbywała się masowa prywatyzacja i rozkwitał chaotyczny, kolesiowski kapitalizm. Na początku lat dziewięćdziesiątych załamało się kasynowe imperium Trumpa, on sam zaś przeszedł – i przeżył – liczne bankructwa. Zmienił wówczas strategię biznesową, odchodząc od realizacji własnych projektów na rzecz udzielania licencji na swoje nazwisko innym przedsięwzięciom budowlanym, a następnie zarządzania ukończonymi hotelami czy rezydencjami.

Wizyta Trumpa w rosyjskiej stolicy miała trwać trzy dni. „Przewidujemy budowę superluksusowego wieżowca z apartamentami, którego moim zdaniem Moskwa rozpaczliwie chce i potrzebuje” – powiedział.

Tym razem wydawało się, że transakcja jest bliższa realizacji. Trump połączył siły z Liggett-Ducat Ltd., rosyjskim producentem papierosów, który był jednostką zależną Brooke Group, holdingu mającego siedzibę w Stanach Zjednoczonych. Rosyjska firma rozpoczęła już budowę biurowca w Moskwie na dzierżawionej przez siebie działce. Brooke Group namówił Trumpa do budowy na tym terenie pierwszej Trump Tower w Europie. Plany przewidywały zakończenie robót do 2000 roku. „Otrzymaliśmy ogromne deklaracje finansowe od różnych grup – powiedział Trump podczas pobytu w Moskwie. – Jesteśmy gotowi zaczynać, gdy tylko zechcemy”.

Nic jednak z tego nie wyszło – tak samo jak z późniejszej oferty rosyjskiej firmy inwestycyjnej, by Trump przebudował zaniedbany hotel Moskwa, brzydki, szary monolit naprzeciwko Kremla. W 1998 roku rzecznik Trump Organization powiedział „Moscow Timesowi”, że rosyjskie plany Trumpa „odsunęły się bardzo, bardzo, bardzo daleko. Od pewnego czasu nie myśleliśmy o Moskwie. Co nie znaczy, o ile wiem, że całkowicie porzucił ten pomysł”.

Być może Rosja kusiła Trumpa nie tylko przedsięwzięciami biznesowymi. Podczas sprzeczki w nadawanej na żywo audycji radiowej Howarda Sterna plotkarski felietonista A.J. Benza zaatakował Trumpa, mówiąc: „On dyma Rosjanki”. W połowie lat dziewięćdziesiątych Benza był znanym dziennikarzem ścigającym celebrytów w „New York Daily News” i często pisał o Trumpie. Odnosząc się do tamtych czasów, powiedział Sternowi, że Trump „dzwonił do mnie, gdy pisałem felietony, i mówił: »Właśnie byłem w Rosji. Te dziewczyny nie wiedzą, co to moralność. Powinieneś tam pojechać«”.

***

Michael Isikoff, David Corn, Rosyjska ruletka. Jak Putin zhakował Amerykę i wygrał wybory za Donalda Trumpa, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018, s. 80-99.

Książkę można kupić tutaj »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj