Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Paszporty POLITYKI

Ile wiemy, tyle widzimy

Ant Łakomsk: Uprawianie sztuki napawa mnie trwogą. Boję się wiedzy, która za tym stoi

Ant Łakomsk Ant Łakomsk Leszek Zych / Polityka
Jedna forma zlewa się z drugą nie dlatego, że ma być jak w snach, tylko dlatego, że lubię ten potencjał przewrotności, gdy rzeczy złe stają się dobre, i na odwrót – mówi Ant Łakomsk, laureatka Paszportu POLITYKI w dziedzinie sztuk wizualnych.
„Shower”, 2025 r. (olej, płótno, 170 × 20 cm)Ant Łakomsk „Shower”, 2025 r. (olej, płótno, 170 × 20 cm)
Paszporty POLITYKI 2025Polityka Paszporty POLITYKI 2025
Paszporty POLITYKI 2025Polityka Paszporty POLITYKI 2025
Partnerzy Paszportów POLITYKI 2025Polityka Partnerzy Paszportów POLITYKI 2025

PIOTR SARZYŃSKI: – W finale Paszportów POLITYKI znalazła się pani wraz z Patrykiem Różyckim i Agatą Ingarden. Myślała pani o swoich szansach na zwycięstwo?
ANT ŁAKOMSK: – W życiu staram się być realistką. Patrzę na to, co na wierzchu, a na wierzchu było imponujące portfolio Agaty i wielka rozpoznawalność i popularność Patryka. Oraz fakt, że w tej trójce byłam najmłodsza. Skłaniałam się więc ku myśli, że w ich towarzystwie jestem osobą drugorzędną, z niewielkimi szansami na końcowy sukces.

To zróbmy teraz wycieczkę w przeszłość. Kiedy i jak zaczęła się pani przygoda z malarstwem?
Zaczęła się wcześnie i w rodzinnym domu. Moja mama zajmowała się sztuką, a ja urodziłam się w czasie, gdy studiowała malarstwo na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Więc, chcąc nie chcąc, przez całe swoje dzieciństwo i młodość byłam blisko malarstwa, choć od razu dodam, że mama niespecjalnie dbała, żeby przedłużać tę rodzinną tradycję. Nie miała potrzeby, żeby na mnie projektować swoje ambicje, a nawet wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że raczej starała się mnie zniechęcać do sztuki, dobrze wiedząc, że los artystki bywa niełatwy.

Ale duch twórczości gdzieś tam w pokojach się unosił?
Najbardziej obecnymi osobami w moim dzieciństwie były trzy kobiety: mama, jej siostra i babcia. Odkąd pamiętam, ciocia bardzo interesowała się filmem, babcia, bibliotekoznawczyni, głęboko siedziała w poezji. Ja na samym początku także interesowałam się fotografią i filmem. W drugiej klasie liceum przeniosłam się z rodzinnych Kielc do Warszawy i zaczęłam uczęszczać do liceum filmowego. Miałam też plan, żeby zdawać na łódzką filmówkę i zajmować się krótkimi formami. Ostatecznie uznałam, że wcześniej rozpocznę studia na Wydziale Sztuki Mediów Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, co da mi szerszą świadomość pola sztuki i umożliwi swobodne poruszanie między różnymi technikami. Skończyło się na tym, że pochłonęło mnie malarstwo. To było dla mnie najbardziej konwencjonalne i podstawowe, oprócz rysunku, medium. Odpowiadało mi, że malarstwo ma konkretnie zarysowane zasady, ma wbudowaną instrukcję obsługi.

Ale Wydział Sztuki Mediów to chyba nienajlepsze miejsce na zgłębianie tajemnic malarstwa?
Paradoksalnie studiowałam u wykładowców, którzy zajmują się malarstwem. Rozpoczęłam w pracowni prof. Leona Tarasewicza, a ostatecznie aneks do dyplomu robiłam u prof. Pawła Susida. Natomiast swoje życie studenckie spędziłam zasadniczo w Pracowni Poetyki dr. Wojciecha Bąkowskiego. To były zupełnie różne miejsca. Pracownie malarskie rządzą się rygorem realizacji obrazów z tygodnia na tydzień. Pracownia Poetyki przewidywała długofalowe zadania i dogłębną analizę wykonywanych prac. Najwięcej się dyskutowało.

Czyli jednak ostatecznie poszła pani w ślady mamy?
Gdy przeniosłam się do nowego liceum, mama rozstała się ze światem sztuki. Pracowała wówczas w Muzeum Narodowym w Kielcach jako kierowniczka jednego z działów, miała doktorat, ale z tej muzealnej pensji nie byłaby w stanie pomagać mojemu studiującemu bratu i mnie. Rzuciła więc pracę w muzeum, sprzedała mieszkanie, pozamykała wszystkie sprawy i wyjechała do Wielkiej Brytanii pracować dorywczo. Podejmując taką decyzję, mogła opłacić moją szkołę, a potem studia. Niewielu rodziców stać na takie poświęcenia, szczególnie jeśli stawką są studia artystyczne...

Jaki jest pani rytm pracy?
Maluję regularnie, robię niewiele przerw, a rytm wyznaczają mi kolejne wystawy lub projekty. W pracowni spędzam czas praktycznie codziennie, najczęściej gdzieś między godz. 14 a 23. Ten stały rytm jest dla mnie bardzo ważny, pochłania mnie tak mocno, że nie do końca zwracam uwagę na to, co robię. Każde wyjście z rytmu sprawia, że tracę naturalność, praca staje się zbyt świadoma, każdy gest wydaje mi się zbyt intencjonalny, a efekty jakieś takie „kanciaste”. Najchętniej pracuję nad kilkoma obrazami równocześnie i gdy jeden mnie zmęczy, to przeskakuję do kolejnego. Równoczesne malowanie kilku obrazów pozwala na zachowanie pewnej linearności i relacji między nimi. Tak jakby nawzajem się w sobie przeglądały.

Malowanie poprzedza pani szkicami?
Nigdy nie robiłam i nie robię szkiców. Natomiast od niedawna korzystam z fotografii. Lubię, gdy motywy przenoszą się z medium na medium, zmieniają swoje formy na potrzeby innego narzędzia. Lubię czuć, że moje malarstwo przynależy do innych, zewnętrznych światów wizualnych, że jest gdzieś osadzone, z czegoś wynika. Nie chodzi nawet o ukazanie w obrazie bogactwa tych znaczeń, ale raczej o moją satysfakcję.

Krytycy jednak próbują te inspiracje identyfikować. I wymieniają m.in. secesję, japońską mangę, malarstwo Jamesa McNeilla Whistlera czy Gerharda Richtera.
To bardzo piękne, że ludzie widzą w moim malarstwie inne rzeczy niż ja, i cieszy mnie, że jest ono otwarte na nieprzewidziane przeze mnie perspektywy. Jednak trudno byłoby mi wymienić jakieś hierarchie motywów, modeli, symboli, tradycji malarskich i artystycznych, czy kultur, do których bym się regularnie i intencjonalnie odnosiła w swoich pracach. Szczerze mówiąc, osobiście najbardziej lubię sztukę, która jest zupełnie inna niż ta, którą sama uprawiam.

„Airhead”, 2025 r. (olej, płótno, 120 × 87 cm)Ant Łakomsk„Airhead”, 2025 r. (olej, płótno, 120 × 87 cm)

Na przykład…
…jest taka praca, o której myślę właściwie codziennie. To film holenderskiej artystki Rineke Dijkstry, przedstawiający dziewczynę tańczącą do piosenki Davida Guetty i Kelly Rowland. Poza tym wiele moich prac funkcjonuje jako cytaty z internetu. Lubię języki, które mają określone ramy i funkcjonują wedle pewnych zasad. Czasami maluję graffiti, które samo w sobie jest komunikatem, z jednej strony oczywistym, z tymi krzyczącymi kolorowymi literami, ale z drugiej – funkcjonującym w hermetycznej formie, zrozumiałej tylko przez nielicznych. Ja sama go nie rozumiem. Dlatego nie obrażam się na te skojarzenia z secesją czy mangą. Bo o to chodzi w sztuce, o potencjał, który rodzi się między wizualnością a jej odbieraniem. Dla niektórych moje obrazy mogą być po prostu dekoracyjne, inni będą myśleć o nich w perspektywie biograficznej, a dla kogoś będzie to tylko senny miraż.

Ta perspektywa autobiograficzna nie jest właściwa?
Mówiłabym raczej o perspektywie autofikcyjnej. Bliski jest mi cykl prac Zuzanny Janin, oparty na jej autobiograficznej historii, gdy w młodości jako aktorka wcieliła się w filmową postać Majki Skowron. Stworzyła nowe scenariusze, w których Majka znalazła się w miejscach, gdzie nigdy nie mogła być. Ja też lubię tak myśleć o swoim malarstwie: że chciałabym zobaczyć siebie i innych ludzi w miejscach, do których trafić nie możemy. Czy to jest autobiograficzne? Może co najwyżej w tym sensie, że we własnych doświadczeniach szukam potencjału, który przelewam na innych, i na odwrót.

Maluje pani głową czy sercem?
Wydaje mi się, że moje malarstwo jest intuicyjne, ale to sytuacja dość niebezpieczna, bo mogę stracić kontrolę nad tym, co robię. A ja chciałabym wiedzieć, na jakie terytorium wchodzę, gdzie się panoszę. Uważam, że chcąc się zajmować sztuką, muszę się mierzyć z ogromną ilością wiedzy. Myślę, że widzimy tyle, ile wiemy. I nie można myśleć o sztuce w sposób wyabstrahowany. Wszystko się ze sobą łączy, wszystko z czegoś wynika. Chciałabym wiedzieć jak najwięcej, mieć świadomość, z jakiego zasobu symboli korzystam i jakie są ich uwarunkowania. To jest taka prosta, ale ważna zasada. Uprawianie sztuki napawa mnie pewną trwogą, boję się całej wiedzy, która za tym stoi. Tym bardziej że wiedzę tę dodatkowo obciąża historyczna płynność rzeczy, ich dwojaka natura. Rzeczy pozytywne są wykorzystywane w potworny sposób i na odwrót, historie traumatyczne mogą być pożytkowane na rzecz dobra.

Myślę, że odbiorcy pani malarstwa nie wchodzą aż tak głęboko w jego konteksty oraz genezę i najczęściej ograniczają się do refleksji typu: smutne, nostalgiczne, jak ze snu itd.
Z jednej strony nie lubię takich ocen, bo one do niczego nie prowadzą. Z drugiej jednak lubię, gdy widzę, że jeden obraz może mieć tyle znaczeń, często odmiennych od tych, które mi towarzyszyły przy pracy nad nim. Ileż nasłuchałam się już historii o mojej sztuce i moich intencjach wobec niej, a przecież koniec końców ona żyje autonomicznie, poza naszą kontrolą. Moją intencją nigdy nie było tworzenie obrazów smutnych ani nostalgicznych, ani onirycznych. Te obrazy nie mają też nic wspólnego ze snami, które są jedną z najnudniejszych rzeczy, które nam się przydarzają. Opowiadanie snów jest jak streszczanie filmu – ekscytuje tylko osobę, która to robi, a nie słuchacza.

„Jaded”, 2025 r. (olej, płótno, 120 × 87 cm)Ant Łakomsk„Jaded”, 2025 r. (olej, płótno, 120 × 87 cm)

To dlaczego ludziom tak się kojarzą?
Domyślam się. To kwestia… techniczna. W życiu zaczęłam malować trochę od złej strony, bo akwarelami, i chyba nigdy tego nie umiałam robić, używałam za dużo wody, a nasiąknięty nią papier prawie się rozpadał. Ja jednak lubiłam po prostu patrzeć, jak na moich oczach zmieniają się kształty, jak się w siebie nawzajem przelewają, jak to ewoluuje w trakcie wysychania. Bo każdy pigment ma inną właściwość i jeden zostaje na wierzchu, podczas gdy inny jest zupełnie wymyty. I ten sentyment pozostał we mnie po zmianie technik na farby olejne i akrylowe. Nadużywałam terpentyny, rozpuszczalników, benzyny ekstrakcyjnej (mój organizm pewnie odczuje to za ileś lat) i obserwowałam, jak maluję jedną rzecz, a wychodzi coś innego. Więc jedna forma zlewa się z drugą nie dlatego, że ma być jak w snach, tylko dlatego, że lubię ten potencjał przewrotności i nieprzewidywalności. Lubię, jak rzeczy złe stają się dobre, i na odwrót. Jak rzeczy dobre są złe. Lubię, jak coś mi bliskiego staje się błahe w oczach innych ludzi. To pomieszanie dystansuje wobec moich obrazów i utwierdza w przekonaniu o ich autonomii wobec mnie.

Takie wydarzenia jak kolejne wystawy czy choćby dowody uznania zmieniają panią jako artystkę?
Jestem dosyć uparta w tym, co robię, i staram się poświęcać uwagę tylko rzeczom, które są ważne w mojej pracowni. Ale mam oczywiście świadomość, że widoczność mojej sztuki się zmienia. Wraz z tym potencjał jej odbioru. Poszerza się zatem i klucz interpretacji, który z jednej strony spłaszcza i uziemia moje głupie, prywatne wzruszenia, a z drugiej –demaskuje nieprzewidziane przeze mnie motywy. Cieszę się na ten scenariusz.

ROZMAWIAŁ PIOTR SARZYŃSKI

***

Ant Łakomsk (ur. 2001 r.) – absolwentka Wydziału Sztuki Mediów warszawskiej ASP, a w minionym roku bohaterka dobrze przyjętej i przyciągającej uwagę wystawy „Camille” w Turnus Gallery. Była też finalistką konkursów Young Art Prize (Wrocław, 2024 r.) oraz Bielska Jesień (2025 r.).

***

Partnerem kategorii SZTUKI WIZUALNE jest Kruk.

Partnerem kategorii SZTUKI WIZUALNE jest Kruk.Materiały partneraPartnerem kategorii SZTUKI WIZUALNE jest Kruk.

Polityka 8.2026 (3552) z dnia 17.02.2026; Paszporty POLITYKI 2025; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Ile wiemy, tyle widzimy"
Reklama

Czytaj także

null
Świat

Akta Epsteina. Światowe elity na widelcu, skala jest oszałamiająca. Kogo jeszcze zatopi tsunami?

Tony dokumentów z archiwum Jeffreya Epsteina to materiał, jakiego jeszcze nie było. Potężna kompromitacja amerykańskich i globalnych elit. I służby specjalne w tle.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
11.02.2026
Reklama