Ludzie i style

Coś z byle czego

Jak architekci wykorzystują śmieci

Centrum kultury La Tiuna w dzielnicy Valle w Caracas, dzieło wenezuelskiej grupy Lab Pro Fab Centrum kultury La Tiuna w dzielnicy Valle w Caracas, dzieło wenezuelskiej grupy Lab Pro Fab materiały prasowe
W Hiszpanii po kryzysowym tsunami pozostało 3,5 mln pustych mieszkań na przedmieściach. Ale właśnie tam i w Ameryce Łacińskiej najlepiej widać w budowaniu społeczną innowację.
„Niedokończone” domy socjalne projektu Alejandro Aravenymateriały prasowe „Niedokończone” domy socjalne projektu Alejandro Araveny
Realizacja hiszpańskiego architekta Santiago Cirugedymateriały prasowe Realizacja hiszpańskiego architekta Santiago Cirugedy

Kilka lat temu hiszpańska Sewilla postanowiła zafundować sobie bibliotekę autorstwa słynnej architektki Zahy Hadid. Kiedy prace już pochłonęły 4 mln euro, budowę nakazał wstrzymać sąd. Przychylił się do skargi mieszkańców, którym nie spodobało się, że gmach „połknie” tereny miejskiego parku.

Problemy w Hiszpanii miał też inny architekt supergwiazda – Santiago Calatrava. Musiał zapłacić wysokie odszkodowanie Walencji, bo z fasady zbudowanego kilka lat wcześniej Pałacu Sztuki zaczęły odpadać ciężkie ceramiczne elementy. W Hiszpanii, która jeszcze do niedawna zapraszała najsłynniejszych architektów z całego świata, epoka architektonicznych gwiazd skończyła się niesmakiem. Ale to właśnie z Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej płyną dziś najciekawsze recepty na to, jak architektura może wynaleźć siebie samą na nowo.

Carla Juaçaba to jedna ze wschodzących gwiazd brazylijskiej architektury. Nowojorski magazyn o architekturze „Pin-Up” nazwał ją „liryczną poetką architektury”. Nie pracuje w wielkiej skali, nie robi gigantycznych projektów. Jedna z jej najsłynniejszych prac to pawilon Humanidade, który postawiła w Rio de Janeiro na szczyt ONZ w 2012 r. Obiekt, w którym pokazywana była wystawa na temat zrównoważonego rozwoju, zbudowała w całości z dostępnych na miejscu rusztowań. Skonstruowany został z używanych materiałów, które po rozbiórce mogły służyć dalej. W żaden sposób nie naruszył otoczenia, w którym się tymczasowo pojawił.

„Nie rozumiem, dlaczego pawilony, które mają być czymś »na chwilę«, zwykle buduje się z betonu” – mówiła Juaçaba, która za Humanidade otrzymała międzynarodową nagrodę arcVision przyznawaną architektkom.

Jej projekt ma coś wspólnego z pomysłem ZIPZIP Hiszpana Rodrigo Garcíi. García stworzył projekt składanego budynku, łatwego do postawienia i złożenia, rozciąganego lub zmniejszanego w zależności od potrzeb. Idealnego, by ulokować w nim tymczasowych pracowników, uczestników kongresów, igrzysk albo ofiary kataklizmów lub innych ludzi pilnie potrzebujących dachu nad głową.

Juaçaba i García to dwoje z kilkunastu architektów, których prace prezentował organizowany przez Instytut Cervantesa projekt Freshlatino2 poświęcony „nowej” architekturze z Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej.

Freshlatino (cvc.cervantes.es/artes/freshlatino) to rodzaj internetowego archiwum gromadzącego informacje o architekturze, która, jak mówią kuratorzy projektu Ariadna Cantis i Andrés Jaque (hiszpański architekt nagrodzony w 2014 r. Srebrnym Lwem na Biennale Architektury w Wenecji), „oddaliła się od sporów formalnych i estetycznych, by całkowicie zanurzyć się w tym, co społeczne”. Odtrutka – tak można nazwać to, czym na pierwszy rzut oka jest młoda hiszpańska i latynoska architektura. Odrutka na przerost ego, na kolosalne projekty o gigantycznych kosztach, na nadmierną eksploatację zasobów. Nowym bohaterem wyobraźni staje się street-architect, architekt uliczny, działający w mikroskali, odpowiedzialny społecznie, architekt przewodnik. „Do niedawna architektura była zawodem luksusowym – mówiła Ariadna Cantis magazynowi „PD Colombia” – teraz sprzyja społecznym innowacjom i politycznej krytyce”.

Coś, które nadeszło

O luksus zresztą coraz trudniej. Architektura w Hiszpanii to branża, która padła ofiarą wielkiego kryzysu. Bez pracy (według danych Sindicato de Arquitectos – związku zawodowego architektów) jest dziś co trzeci hiszpański architekt. W ciągu ostatnich kilku lat zamknięto połowę biur architektonicznych. W Hiszpanii straszy dziś – jako pozostałość po epoce budowlanego boomu – 3,5 mln pustych mieszkań i miast widm, jak nazwano niezamieszkane dziś w większości nowe suburbia. Wielu hiszpańskich architektów stawia dziś budynki w Brazylii, Dubaju czy Pekinie. Inni próbują robić architekturę na miejscu, ale po swojemu.

Najsłynniejszym przykładem nowego typu architekta jest Santiago Cirugeda – ikona alternatywnej architektury. Ucieleśnienie słów socjologa Marka Krajewskiego, który w książce „Coś, które nadchodzi. Architektura XXI wieku” (2011 r.), wydanej przez Fundację Bęc Zmiana z okazji wystawy pod tym samym tytułem, mówił o kategorii architektów porównywalnej z twórcami mody ulicznej, których projekty „wyrastają z życia codziennego, niezgody na uniformizację i woli życia po swojemu, ale również z potrzeby pokazania dysfunkcjonalności oficjalnych, mainstreamowych projektów”.

Cirugeda – założyciel kolektywu Recetas Urbanas (Miejskie Recepty/Przepisy) – od kilkunastu lat wznosi nielegalne place zabaw, ławki, tymczasowe budynki na niewykorzystanych, stojących „odłogiem” pustych placach i działkach w centrach miast. Wspólnie ze swoimi studentami z wydziału architektury w Sewilli postawił aulę wykładową zbudowaną z materiałów pochodzących z rozbiórki innego budynku. Władze stawia zwykle przed faktem dokonanym: najpierw wznosi budowlę, która jest z takiego czy innego powodu potrzebna mieszkańcom, potem dąży do jej zalegalizowania.

– Zaha Hadid czy Dominique Perrault tworzą piękne budynki na zamówienie polityków, ale nie myślą o funkcjonowaniu miasta – mówił mi kilka lat temu. – Politycy chcą nowej opery, ale nie stawiają placów zabaw i ławek. A jakość życia mieszkańców nie poprawi się dzięki Muzeum Guggenheima.

Z Cirugedą współpracuje prezentowana na Freshlatino2 Todo por la Praxis, multidyscyplinarna grupa, nazywająca swoje działania architektoniczną partyzantką, i Zoohaus, kolektyw architektów realizujący projekty z pogranicza architektury, miejskiego planowania, sztuki i ekonomii. Na ich stronie (inteligenciascolectivas.org) można znaleźć przykłady inteligentnych, funkcjonalnych technik konstrukcyjnych z różnych miejsc na świecie i innych przejawów sprytnego wykorzystania lokalnych zasobów – w rodzaju mioteł z palmowych liści na Kanarach i motowózków z Maroka.

Wszyscy oni mają niewiele wspólnego z tradycyjnym obrazem architekta pracującego nad planami w biurze projektowym. Jak to ujął nestor chilijskiej architektury Enrique Browne: łatwiej niż w biurze można ich spotkać na mieście. Eksperymentują w miejskim laboratorium. Ich prace są przewrotne i „nieposłuszne”, sygnalizują społeczne problemy.

Szkoła za 200 dol.

W Hiszpanii takie podejście do architektury to stosunkowo nowe zjawisko, wyrosłe jako reakcja na „niezrównoważony rozwój” epoki bonanzy. Inaczej jest w Ameryce Łacińskiej. Kontynent, który dał światowej architekturze Oskara Niemeyera i Linę Bo Bardi (choć ta ostatnia była z pochodzenia Włoszką), od dawna jest laboratorium nowych społecznych, politycznych, ale także architektonicznych trendów.

Jednym z ciekawszych zjawisk jest tu ekwadorski kolektyw Al Borde (Na krawędzi). Jego członkowie pracują z materiałem, który mają pod ręką, łączą nowoczesność z tradycyjnymi technikami, a końcowy efekt interesuje ich tak samo jak uwolniona po drodze społeczna energia.

Jeden z ich najbardziej znanych projektów, prezentowany także w ramach Freshlatino2, to szkoła Nueva Esperanza (Nowa Nadzieja) w Puerto Cabuyal na północy Ekwadoru. Wspólnota rybaków o dużym odsetku analfabetów pilnie potrzebowała nowej szkoły, ale nie miała na nią pieniędzy. Odpowiedzią Al Borde była wybudowana w tydzień i za 200 (!) dol. mikroszkoła nad brzegiem morza, zbudowana przy użyciu tradycyjnych lokalnych technik, kryta dachem z palmowych liści, otwarta na morze i świat, a dzięki temu wspomagająca proces nauki – w przeciwieństwie do bloków z betonu z kratami w oknach, które dominowały w okolicy. Tania, bo zbudowana wspólnymi siłami, z udziałem lokalnych wolontariuszy. „Zanim zaczął się nagłośniony w mediach światowy kryzys, my od dawna w nim tkwiliśmy – mówili członkowie Al Borde portugalskiemu czasopismu „Estudo Prévio”. – Niepewność, której doświadczamy w Ekwadorze, stała się codziennością całego świata”.

Podobnie mówią też członkowie wenezuelskiej grupy Lab Pro Fab: architekt to zawód społecznego zaufania. Nie chodzi o to, by czekać na zlecenie od klienta, ale znaleźć rozwiązanie dla istniejących problemów.

Sztandarowym projektem Wenezuelczyków jest centrum kultury La Tiuna w dzielnicy Valle w Caracas. Nie było zlecenia, był za to pusty, nieużytkowany plac i dużo problemów. Członkowie Lab Pro Fab ruszyli tam bez wstępnego planu, za to wyposażeni w mikrofon, by udzielić głosu mieszkańcom. Z procesu partycypacyjnego wyłonił się pomysł na dom kultury, również budowany na zasadzie projektowania partycypacyjnego, czyli z wykorzystaniem wiedzy, umiejętności i pomysłów przyszłych użytkowników. W ruch poszły materiały z recyklingu: kontenery, opony, rusztowania. Zajmujące wielki plac, fantazyjnie rozmieszczone i pokryte graffiti kontenery oferują dziś zajęcia dla 500 dzieci i nastolatków dziennie.

Orędownik projektowania partycypacyjnego chilijski architekt Alejandro Aravena, założyciel grupy Elemental, twierdzi wręcz, że „rozwiązanie tkwi w slumsach i fawelach”. I przekonuje, że te w rzeczywistości są dużo bardziej funkcjonalne niż wielkie, bezosobowe osiedla.

Jego najsłynniejszym projektem są „niedokończone” domy socjalne – projekt pozostawiający pole do popisu i aktywizujący samych mieszkańców. To domy o niewielkiej (40 m kw.) powierzchni, do których – w miarę potrzeb i posiadanych środków – mogą oni stopniowo dobudowywać drugą połowę. Taki proces rozbudowy to zresztą norma w ubogich dzielnicach, gdzie kwitnie kultura robienia czegoś z niczego.

Butelki zamiast cegieł

Prezentowana w ramach Freshlatino2 architektura sygnalizuje problemy, ale dużo w niej też zabawy i przekory, ironii, eksperymentu. „Architektura to nie tylko budynki, to również sytuacje i zdarzenia, jakie mają w nich miejsce. Można tworzyć architekturę, posługując się wyłącznie murem oraz szkłem, można jednak tworzyć ją za pomocą obrusów, pomidorów i wina” – piszą kuratorzy. Hiszpan Rodrigo García i polski architekt Maciej Siuda przekonują, że można ją też robić z „powietrza, ludzi i plastikowych butelek”.

Wspólnie powołali do życia projekt Devebere, którego nazwa pochodzi od włoskiego tłumaczenia imienia ludzika Michelina. Wykorzystują w nim jako budulec najbardziej znienawidzone tworzywo współczesnego świata, czyli plastikowe butelki.

Projekt – kilkudniowa interwencja, którą przeprowadzili między innymi podczas Biennale Architektury w Wenecji w 2012 r., Paryżu, Liège, Wrocławiu i Kielcach, polega na zebraniu – wraz z grupą wolontariuszy – dużej ilości plastikowych butelek, zapakowaniu ich w plastikowy worek, a następnie odessaniu z nich powietrza. Powstaje w ten sposób niezwykle wytrzymała konstrukcja, pełna zaskakującego uroku. Butelkowe arkady postawione w Wenecji i Kielcach dały uczestnikom projektu i publiczności sporo radości. – To próba odwrócenia tendencji do pozbywania się śmieci w ich twórcze wykorzystanie – mówił Maciej Siuda.

A to nie koniec eksperymentów z plastikiem. Rodrigo García jest też wynalazcą i wśród jego projektów znajdziemy Gotella/Ooho, czyli jadalne opakowanie na wodę w formie dużej kapsułki, stworzone dzięki technice sferyfikacji, używanej w kuchni między innymi przez słynnego kucharza Ferrana Adriá. – Może mógłbym pomyśleć o tradycyjnej drodze architekta, ale po prostu nie mam wyjścia – mówił na spotkaniu w Instytucie Cervantesa w Krakowie. – Jak znajdę pracę w kraju, gdzie stoi dziś 3,5 mln pustych mieszkań?

Projekty takie jak Devebere skłaniają do pytań, czy to jeszcze architektura. A jeśli tak, to czy oznacza to koniec wielkiego budowania i budżetów, recykling i ulepszanie zamiast dodawania? Jak zwraca uwagę Marek Krajewski w zbiorze „Coś, które nadchodzi”, streetarchitekci bywają też niegroźną w gruncie rzeczy dla systemu tubą, przez którą „słychać to, na co warto zwrócić uwagę, by uczynić projekt nowoczesnym, na czasie”, i co potem można zaaplikować do projektów przynoszących duże pieniądze. Może więc już niebawem zamiast o „efekcie Guggenheima” będzie się mówiło o „efekcie Cirugedy”?

Polityka 49.2015 (3038) z dnia 01.12.2015; Ludzie i style; s. 102
Oryginalny tytuł tekstu: "Coś z byle czego"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną