W wyznaniu Salmy Hayek chodzi nie tylko o molestowanie seksualne
W tej sprawie chodzi jednak o coś jeszcze.
Salma Hayek
Gage Skidmore/Flickr CC by 2.0

Salma Hayek

„Nigdy nie pokazałam, jak bardzo się go bałam. Przez lata był moim potworem” – wspomina współpracę z Harveyem Weinsteinem aktorka Salma Hayek. Jej wyznanie opublikował kilka dni temu „New York Times”. W sumie już ponad 50 kobiet twierdzi, że zostało wykorzystanych lub molestowanych seksualnie przez amerykańskiego producenta w trzech ostatnich dekadach. Oskarżany twierdzi zaś, że do niczego nie doszło bez zgody kobiety.

Weinstein wielokrotnie dobijał się do drzwi pokoju hotelowego Hayek, mówił, że zrobi jej masaż, żądał, by się rozebrała, chciał się przyglągać, gdy brała prysznic. „Myślę, że najbardziej na świecie nienawidził słowa »nie«” – napisała aktorka w swoim wstrząsającym wyznaniu. Wszystko to działo się podczas kręcenia filmu „Frida” o meksykańskiej malarce, Fridzie Kahlo. Obraz uhonorowano m.in. dwoma Oscarami.

Jesteś kobietą, więc zarabiasz mniej

Kiedy Salma Hayek odrzuciła propozycje Weinsteina, ten chciał ją wyrzucić z produkcji „Fridy”, choć film był jej pomysłem (jest jedną z jego producentek). Weinstein postawił przed nią trudne do spełnienia warunki: napisanie scenariusza od nowa, zebranie 10 mln dolarów na film, znalezienie reżyserów z najwyższej półki i obsadzenie czterech znanych aktorów w rolach drugoplanowych.

Ale dzięki uporowi Hayek wszystko to udało się osiągnąć. Przy czym aktorka dostała minimalne wynagrodzenie za odegranie roli głównej – była to minimalna pensja, jaką gwarantowała Gildia Aktorów Ekranowych, związek zawodowy zrzeszający około 120 tys. amerykańskich aktorów. Pracę producentki wykonywała wręcz za darmo. Jak pisze, w latach 90. w Hollywood nie płacono kobietom za produkcję, sądzono, że wystarczy podać ich nazwiska w napisach końcowych. „Byłam podekscytowana filmem, nie obchodziły mnie pieniądze. Naiwnie sądziłam, że moje marzenie się spełniło” – tłumaczyła Hayek.

Magazyn „Forbes” podał niedawno, że dziesięć najbardziej cenionych gwiazd płci męskiej otrzymało prawie trzykrotność łącznych zarobków dziesięciu równie uznanych kobiet w tej branży. Emma Stone, najlepiej zarabiająca, zdobywczyni Oscara za „La La Land”, zarobiła mniej niż 14 aktorów pracujących przy filmie, w tym rzecz jasna Ryan Gosling.

O dysproporcji wynagrodzeń mówiły też głośno Robin Wright i Jennifer Lawrence. Wcześniej w tym roku Jessica Chastain zapewniła: „Nie podejmuję już pracy, kiedy oferuje mi się jedną czwartą tego, co otrzymuje mężczyzna”.

W rozmowie z „New York Timesem” producentka filmowa Amy Pascal stwierdziła zaś, że cały hollywoodzki system nastawiony jest na to, by kobiety sobie nie poradziły. „Nierówne traktowanie kobiet w branży filmowej jest odbiciem szerszej sytuacji społecznej – zauważa z kolei Agnieszka Holland, reżyserka pracująca w Polsce, Europie i Stanach Zjednoczonych. – Przecież prawdziwego równouprawnienia nie ma nigdzie, nierówności, także w zarobkach, są w każdej branży. Środowiska producenckie i dystrybucyjne są opanowane przez patriarchalne gremia. W Polsce nie ma np. żadnej kobiety dystrybutora, a przecież dystrybutor jest bardzo ważną w kinematografii osobą, od niego zależy kreowanie zapotrzebowania”.

Kobiety mają tylko wartość seksualną – twierdzi Hayek. „Jedyne, co [Weinstein] zauważył, to że nie byłam dość seksowna w filmie”. Jeśli nie cenisz kobiet, nie cenisz kobiecych opowieści, nie płacisz kobietom tyle, ile są warte. To błędne koło.

źródło: „The Guardian”, „Bunt kobiet w Hollywood”

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj