Śledzenie użytkowników w pakiecie z darmowymi serwisami?
Branża reklamowa lobbuje niebezpieczne wyłomy w rozporządzeniu ePrivacy, które ma uzupełniać RODO.
Interesy użytkowników i wydawców komercyjnych portali internetowych coraz bardziej się rozchodzą.
Tirza van Dijk/Unsplash

Interesy użytkowników i wydawców komercyjnych portali internetowych coraz bardziej się rozchodzą.

RODO wymusiło na portalach ujawnienie, komu pozwalają śledzić swoich użytkowników w celach reklamowych. Efekt – długie listy firm o mało znanych nazwach i „ustawienia prywatności” tak skonstruowane, że niemal każdy ruch oznacza „zgodę na marketing” – jest dużym rozczarowaniem.

Branża reklamowa ma pomysł, jak wyleczyć dżumę cholerą. Pod wpływem jej lobbingu w ostatniej wersji rozporządzenia ePrivacy (które ma uzupełniać i uszczegóławiać RODO) pojawił się przepis legalizujący ciasteczka i skrypty śledzące dla tych usług, które utrzymują się z reklam. Jeśli ta propozycja utrzyma się w dalszych negocjacjach (a te zależą m.in. od stanowiska polskiego rządu), będziemy mieli już tylko jedno wyjście chroniące prywatność: nie korzystać z komercyjnego internetu.

Dwa sposoby

Interesy użytkowników i wydawców komercyjnych portali internetowych coraz bardziej się rozchodzą. Jedni szukają jakościowego „kontentu” (ale niekoniecznie są gotowi za niego płacić), drudzy – żeby się utrzymać – schodzą z jakości i stawiają na targetowaną reklamę. Polskie portale rzadko dysponują odpowiednimi zasobami, żeby skutecznie śledzić i profilować własnych użytkowników, więc wpuszczają ciasteczka i skrypty serwowane przez tzw. strony trzecie – profesjonalistów obsługujących rynek reklamy behawioralnej. W efekcie użytkownik, który szuka w sieci informacji albo rozrywki, dostaje jej marny substytut i śledzenie w pakiecie. Trudno mu się dziwić, że nie jest skłonny płacić za abonament na takie „usługi”, a na dokładkę instaluje AdBlocka.

W tym krajobrazie toczy się prawna batalia o to, jakie formy śledzenia i profilowania w sieci powinny być dozwolone, a jakie dopuszczalne tylko pod warunkiem uzyskania świadomej zgody użytkownika. RODO (unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych) wymusiło na portalach internetowych ujawnienie wszystkich podmiotów, którym przekazują dane swoich użytkowników (w praktyce sprowadza się to do wpuszczenia na stronę ich ciasteczek lub skryptów śledzących) i pozostawienie decyzji, czy zgadzają się na śledzenie w celach reklamowych, samym użytkownikom. W zależności od tego, czy takie śledzenie da się obronić jako zgodne z racjonalnymi oczekiwaniami i nieingerujące nadmiernie w prywatność użytkowników, RODO dopuszcza zarówno model opt out (użytkownik może się sprzeciwić), jak i opt in (użytkownik musi wyrazić zgodę).

Działania niezgodne z prawem

Zdecydowana większość polskich portali informacyjnych i sklepów internetowych postanowiła do „bólu” wykorzystać elastyczność nowych przepisów i postawiła na model opt-out: nawet jeśli na serwowanych bezlitośnie banerach informacyjnych było coś o zgodzie, w praktyce każda czynność – od zamknięcia irytującego okienka po przejście do serwisu – była traktowana jako zaakceptowanie narzuconych reguł. Po paru nieudanych próbach niezgodzenia się większość z nas wzruszała ramionami i szła dalej. W efekcie, jak pokazało badanie przeprowadzone przez uniwersytet w Oxfordzie, liczba śledzących skryptów i ciasteczek instalowanych na polskich portalach od maja 2018 r. wzrosła (nie spadła) o ponad 20 proc. Wiele firm wykorzystało zalew banerów i pop-upów, by „zalegalizować” swoje działania i utrzymywać, że skoro gdzieś coś kliknęliśmy, śledzą nas za naszą wiedzą i zgodą.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj