Nauka

Jezus ze słów

O czym należy pamietać, czytając Nowy Testament

Św. Marek pracujący nad tekstem Ewangelii – przedstawienie z XII w. Św. Marek pracujący nad tekstem Ewangelii – przedstawienie z XII w. www.bridgemanart.com / Corbis
Egzegeci i uczeni od niespełna 2 tys. lat analizują każde słowo Nowego Testamentu, mimo to nadal nie ma jednego zweryfikowanego przez naukę obrazu historycznego Jezusa. Wydana właśnie książka Barta D. Ehrmana wyjaśnia dlaczego.
Chrzest Chrystusa – obraz Williama Brasseya.www.bridgemanart.com/Corbis Chrzest Chrystusa – obraz Williama Brasseya.
Zdjęcie z krzyża – obraz Anthony'ego van Dycka.www.bridgemanart.com/Corbis Zdjęcie z krzyża – obraz Anthony'ego van Dycka.

Katolicy nie sypią przy każdej okazji cytatami z Biblii jak protestanci i nie są może aż tak przywiązani do Słowa, ale nie wątpią, że Pismo Święte jest natchnione przez Boga. Wszelkie nielogiczności, wykluczające się fakty czy kłopoty z ustaleniem autorstwa poszczególnych jego części, od wieków wyciągane przez krytyków kwestionujących historyczność przekazu biblijnego, tłumaczone są przez obrońców wiary tak, by nie podważały jej podstaw.

Odpryski hermetycznych dyskusji toczonych przez biblistów przedzierają się do opinii publicznej zazwyczaj w tandetnej formie, np. dzięki książkom takim jak „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Kościół sensacyjnych scenariuszy o dzieciństwie i młodzieńczym życiu Jezusa nie komentuje ani nie wyśmiewa, ale całkiem wykluczyć ich nie może, bo ani historia pozabiblijna, ani archeologia nie pomagają w rekonstrukcji życia Syna Bożego.

Jezus pojawia się jedynie w dwóch pozabiblijnych wzmiankach z I w. u Józefa Flawiusza (w dodatku jedna z nich to zapewne późniejszy dopisek), a pierwsze doniesienia o chrześcijaństwie (Tacyt i Swetoniusz) pochodzą z początku II w. Dysponujemy zatem głównie przekazem biblijnym i odrzuconymi przez oficjalny nurt apokryfami, które dają pole do popisu najróżniejszym interpretacjom. W sporze nauki z wiarą znalezienie prawdy ostatecznej jest niemożliwe, można jedynie wykazywać, jak skomplikowane jest badanie historyczności Biblii i stawiać pytania wynikające z jej wnikliwej lektury. Tak właśnie postępuje prof. Bart D. Ehrman z University of North California w książce „Nowy Testament. Historyczne wprowadzenie do literatury wczesnochrześcijańskiej”, która właśnie ukazała się po polsku (nakładem wydawnictwa CiS). Wyłania się z niej obraz początków chrześcijaństwa znacznie ciekawszy niż prosta wersja znana m.in. z katechizmów.

Nie ma tekstu bez kontekstu

Ehrman to ceniony badacz Nowego Testamentu i autor znanych w Polsce książek o faktach i mitach dotyczących Jezusa. W jednej z nich, „Przeinaczanie Jezusa”, opowiedział, jak wieloletnie studia nad Pismem Świętym zachwiały jego dziecięcą wiarą w historyczność przekazu biblijnego, i chociaż w innych książkach Ehrman potrafi stanowczo forsować swoją wizję początków chrześcijaństwa, tym razem jest inaczej. Już na początku zastrzega, że nie ma zamiaru nikogo nawracać ani zniechęcać do wiary, chce jedynie pokazać, co należy brać pod uwagę, czytając Nowy Testament. – Dzięki temu jego 30 wykładów, które składają się na książkę, przeznaczonych jest zarówno dla wierzących, szukających solidnej wiedzy na temat przedmiotu swojej wiary, jak i ateistów przekonanych, że chrześcijaństwo jest kulturowym konstruktem entuzjastów Jezusa – mówi prof. Stanisław Obirek z Ośrodka Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego. – O tym, że Ehrmanowi udał się ten zabieg, a jego podręcznik uchodzi za rzetelny i wyważony, świadczy fakt, że w USA od lat książka ta jest podstawową lekturą na większości uniwersytetów.

Bardziej wymagającego czytelnika usatysfakcjonują aktualne publikacje naukowe, do których odsyła autor; mniej wprawnego przekona logiczny układ i przystępny język, które pomagają w sprawnie poprowadzonej wycieczce po warsztacie historyka-biblisty. Zabieg Ehrmana polega na tym, że analiza poszczególnych Ewangelii stanowi dla niego okazję do prezentacji kolejnych metod badawczych: literacko-historycznej, tematycznej (badającej rozłożenie akcentów w tekście), socjohistorycznej (skupionej na kontekście dzieła), porównawczej (analizującej różnice między tekstami) i krytyce redakcji (zajmującej się zmianami w tekście w stosunku do źródła).

Jednak największą zasługą Ehrmana jest pokazanie, że punktem wyjścia do zrozumienia historyczności Biblii jest znajomość epoki, w której powstawała, i zasad funkcjonowania tekstu w starożytności. Chrześcijaństwo było religią wyrastającą z judaizmu, ale jednocześnie dzieckiem czasów, w których kwitły kulty misteryjne, krążyli cudotwórcy, a wśród Żydów panowały nastroje apokaliptyczne i gnoza. – Nawet na kwestię ubóstwienia człowieka należy patrzeć przez pryzmat tego, że w świecie grecko-rzymskim kategoria boskości była inaczej rozumiana niż dziś – podkreśla Sławomir Poloczek, doktorant z Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. – „Boskość” oznaczała związek ze sferą nadnaturalną, niekoniecznie status „Boga”. W Polsce mało kto zdaje sobie sprawę, że Ewangelie powstałe kilkadziesiąt lat po śmierci proroka z Galilei, to nie raport z życia Jezusa, tylko efekt intelektualnych przemyśleń pierwszych chrześcijan. Rzymscy autorzy traktatów antychrześcijańskich już w II i III w. wskazywali na sprzeczności między Ewangeliami, z czasem zaczęto sobie zadawać podstawowe i do dziś aktualne pytanie: skąd ich autorzy czerpali informacje o życiu i czynach Jezusa?

Tropem źródeł

Jeśli założymy, że autorami Ewangelii byli apostołowie – naoczni świadkowie życia Jezusa, sprawa będzie oczywista. Problem w tym, że jest to prawie niemożliwe, bo najstarsza Ewangelia Marka powstała ok. 30 lat po śmierci Jezusa. W II w. Papiasz, jeden z Ojców Kościoła, po raz pierwszy wspominając o Ewangeliach, zapewnia, że Marek spisał słowa św. Piotra, ale to nieprawda, że wszystko pomieszał. Takie sformułowanie oznacza, że już wtedy były wątpliwości w kwestii autorstwa. Ewangelia ta nie przypomina relacji naocznego świadka, a w dodatku autor, pisząc, że Jezus szedł z Tyru nad Jezioro Galilejskie przez Sydon, dowodzi, że nigdy nie był w Galilei, a przecież św. Piotr mieszkał w niej przez lata.

Podobnie z Ewangelią Mateusza, której autor nie mógł być hebrajskojęzycznym celnikiem. – W opisie wjazdu Jezusa do Jerozolimy u Mateusza czytamy: „Przyprowadzili oślicę i źrebię i położyli na nie swe płaszcze, a On usiadł na nich”. To źle przetłumaczony na grekę starotestamentowy cytat z proroka Zachariasza, w którym Mesjasz miał się pojawić siedząc na osiołku i źrebięciu oślicy”. Osoba znająca hebrajski lub aramejski wiedziałaby, że powtórzenie tego samego wyrażenia innymi słowami to zabieg retoryczny. Autor Ewangelii Mateusza, cytujący grecki przekład Septuaginty, tego nie rozumiał. I wyszły mu dwa różne osły. Najprawdopodobniej więc to Ojcowie Kościoła anonimowe Ewangelie przypisali później apostołom – mówi Poloczek.

Pierwotnie dla chrześcijan to Stary Testament był Pismem Świętym, w którym szukali potwierdzenia, że Jezus jest Mesjaszem. Impulsem do stworzenia kanonu Nowego Testamentu było odrzucenie autorytetu pism starotestamentalnych w II w. przez heretyka Marcjona i przyjęcie za obowiązujące Ewangelii Łukasza i Listów św. Pawła. W odpowiedzi oficjalny Kościół zaczął pracować nad własną wersją kanonu (np. odrzucając pisma apokryficzne), który w obecnej formie pojawił się w połowie IV w. Według św. Augustyna Marek streścił Mateusza i dlatego to jego wersja jest do dziś pierwsza w kanonie, ale było dokładnie odwrotnie – najstarsza i wzorcowa była właśnie ta najkrótsza i najuboższa literacko wersja, bo ewolucja tekstu polega raczej na jego wzbogacaniu i dodawaniu niż skracaniu. Jednak najstarszymi pismami chrześcijańskimi i tak nie są Ewangelie, tylko Listy św. Pawła, które powstały ok. 50 roku. Z tym że z listów napisanych w odpowiedzi na konkretne problemy kilku gmin chrześcijańskich wiele dowiadujemy się na temat założeń teologicznych chrześcijaństwa tamtego czasu, ale prawie nic o życiu Jezusa.

Skąd zatem ewangeliści czerpali wiedzę? Ehrman tłumaczy stanowisko współczesnej biblistyki, wskazując na Ewangelię Marka oraz hipotetyczne źródło Q (niem. Quelle – źródło), czyli pozbawiony narracji zbiór wypowiedzi Jezusa (tzw. logiów). Na podstawie analizy porównawczej trzech podobnych Ewangelii zwanych synoptycznymi (Marka, Mateusza i Łukasza) w 1801 r. pojawił się pomysł na istnienie takiego dokumentu. Jakiś czas później biblista Burnett Hillman Streeter wyróżnił jeszcze dwa inne – źródło M (wykorzystane przez Mateusza) i L (przez Łukasza). Potwierdzeniem, że hipoteza ta jest prawdopodobna, było odkrycie w 1945 r. 61 kodeksów w Nag Hammadi, wśród których znalazł się zbiór logiów Jezusa, czyli apokryficzna Ewangelia Tomasza. – Ehrman, jak większość biblistów, zakłada istnienie tych źródeł, ale ci, którzy w nie wątpią, twierdzą, że podobieństwa, rzekomo z nich pochodzące, mogły się wziąć stąd, że ewangeliści po prostu przypisali Jezusowi aforyzmy mądrościowe popularne w literaturze antycznej, jak np. złotą regułę o miłości bliźniego. A problem „Q” można z powodzeniem zastąpić hipotezą, że Łukasz opierał się także na Mateuszu, a nie domniemanym zbiorze logiów – mówi Poloczek. Zostaje jeszcze tradycja ustna, którą wielu traktuje jako wytrych w badaniach okresu przedewangelicznego, wierząc, że pierwsi chrześcijanie przez lata powtarzali słowa Jezusa. Niestety z badań wynika, że tradycja ustna też jest zawodna, bo słowa przekazywane z ust do ust podlegają ewolucji, są przekształcane, a narracja rozbudowywana.

Do całej dyskusji nad ewolucją tekstu biblijnego dochodzi kolejna fundamentalna kwestia – rola kopistów. Złośliwi mówią, że w tysiącach manuskryptów Nowego Testamentu powstałych do pojawienia się druku jest więcej różnic niż słów. I nawet jeśli zdecydowana większość z nich to nieistotne błędy i przeoczenia, niektóre przeinaczenia i dopiski mają duże znaczenie. Np. kwestia dopisania zakończenia Ewangelii Marka, nawiązującego do dyskusji, czy św. Piotr był źródłem informacji dla Marka albo zmiana imienia kobiety-apostoła Junii na męską wersję Junias w liście do Rzymian, co stanowi przyczynek do dyskusji na temat roli kobiet w gminach wczesnochrześcijańskich.

Kryterium zawstydzenia

Polemik co do głównych zrębów chrześcijaństwa można się dopatrzyć już na poziomie Ewangelii, bo autorzy je piszący zwalczali pewne poglądy na temat Jezusa, które według nich nie były słuszne. Choć biblistyka konfesyjna zakłada, że od początku chrześcijaństwa istniał rdzeń ortodoksyjny, od którego odłączały się poszczególne grupy heretyków, Ehrman twierdzi, że przyczyną tego stanu rzeczy była niejednorodność chrześcijaństwa. Według twórcy tej teorii, niemieckiego teologa Waltera Bauera, od początku było wiele sekt chrześcijańskich, które nawiązywały do postaci Jezusa, ale różniły się w wielu kwestiach (np. fałszywi prorocy z Listów św. Pawła uważali, że chrześcijanie powinni się obrzezać, a marcjoniści odwoływali się do gnozy). Grupy te współegzystowały przez trzy wieki z głównym nurtem, który zaczął dominować dopiero po nawróceniu cesarza Konstantyna Wielkiego.

Nawet jeśli większość badaczy traktuje Nowy Testament jako wiarygodny dokument historiograficzny, to są i tacy, którzy twierdzą, że nauka nie ma dostępu do historycznego Jezusa. Prekursorem tej szkoły był niemiecki teolog Rudolf Bultman, który wprowadził największy ferment w biblistyce XX w., mówiąc, że Ewangelie są tworem wczesnych gmin i nie ma w nich śladów historycznego Jezusa, jedynie odzwierciedlenie wyobrażeń, jakie mieli na jego temat pierwsi chrześcijanie. – Uczniowie Bultmanna byli mniej radykalni i za najbardziej prawdopodobne uznali te epizody, które – choć kłopotliwe dla twórców kanonu – nie zostały usunięte. Takie „kryterium zawstydzenia” spełnia fakt, że Jezus przyjął chrzest od Jana Chrzciciela, bo może sugerować, że w jakiś sposób był od niego zależny. Choć chrzest pojawia się w Ewangeliach synoptycznych, autor Ewangelii Jana, chcąc podkreślić znaczenie Jezusa, w ogóle nie opisuje jego chrztu, a we wstępie wspomina, że to nie Jan Chrzciciel „był Światłem, miał jedynie zaświadczyć o Świetle”. Zatem, tak naprawdę, możemy być pewni dwóch rzeczy z życia Jezusa – że został ochrzczony przez Jana Chrzciciela i zmarł na krzyżu, bo śmierć „Zbawiciela” jak zwykłego kryminalisty, także była wtedy szokująca.

Bez odpowiedzi

Na samym początku myślano, że wystarczy z Ewangelii wyciąć informacje dotyczące cudów i będziemy mieli obraz życia historycznego Jezusa (tak powstała tzw. Biblia Jeffersona, czyli książka „Życie i nauka Jezusa z Nazaretu” pióra trzeciego prezydenta USA). Jednak za prekursora szukania historycznych korzeni bohatera Nowego Testamentu uważa się teologa, lekarza i laureata Pokojowej Nagrody Nobla Alberta Schweitzera, który widział w Jezusie żydowskiego proroka apokaliptycznego i reformatora judaizmu. O tym, że wcześni chrześcijanie czekali na koniec świata, świadczą Listy św. Pawła. W I liście do Tesaloniczan odpowiada on na pytanie zaniepokojonej gminy, czy ci z braci, którzy umarli przed nadejściem apokalipsy, też mają szansę na zbawienie. Wiara w rychły koniec świata to wielka pomyłka i rozczarowanie wczesnego chrześcijaństwa.

W badaniach historycznego Jezusa od jakiegoś czasu panuje moda na jego rejudaizację. To dobrze, bo przez lata żydowskość Jezusa była skrzętnie pomijana, ale takie spojrzenie ma tę wadę, że odrywa chrześcijaństwo od kontekstu grecko-rzymskiego. Dlatego dobrze, że Ehrman w swojej książce o nim przypomina. Prawda jednak jest taka, że nie ma żadnego konsensu, jednej obowiązującej wersji co do historyczności Jezusa czy początków chrześcijaństwa. I chyba nie ma co liczyć, że kiedykolwiek do niego dojdzie. Niby są pewne rzeczy akceptowane przez ogół uczonych, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto się z tego wyłamuje.

Ehrman, pisząc swój podręcznik, nie prezentuje przeglądu całego stanu badań na temat Nowego Testamentu, bo przy tak ogromnej liczbie publikacji i opinii, nie jest to możliwe. Oczywiście można się nie zgadzać ze wszystkimi jego założeniami (jak np. to, że Ewangelie to antyczne biografie) albo mieć pretensję, że jedne zagadnienia autor potraktował zbyt szczegółowo, a inne pominął (np. badania uczonych żydowskich, którzy ostatnio włączyli Jezusa z Nazaretu do własnej tradycji religijnej). Jednak jest to wybór autora, a podręcznik to nie miejsce na roztrząsanie wszystkich niuansów.

Lektura pozostawia nas z mnóstwem pytań, ale to jest kolejna jej zaleta, bo dla wielu może stać się początkiem pasjonującej intelektualnej i duchowej przygody – mówi prof. Obirek. – Myślę, że gdyby podręcznik Ehrmana stał się lekturą obowiązkową w polskich seminariach, znacznie podniosłoby to poziom kazań i katechez, bo zmusza do refleksji. A Poloczek dodaje: – Badania nad Biblią nie powinny służyć ani do udowadniania, ani obalania wiary. To problem każdego wierzącego, jak ma pogodzić to, co słyszy w kościele, z tym co przeczyta u Ehrmana. Studiowanie Biblii nie musi łączyć się z utratą wiary, a chrześcijaństwo – jak twierdził Rudolf Bultmann – świetnie poradzi sobie bez historycznego Jezusa.

Polityka 6.2015 (2995) z dnia 03.02.2015; Nauka; s. 62
Oryginalny tytuł tekstu: "Jezus ze słów"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną