Humbak wpłynął do Zatoki Meklemburskiej w pierwszych dniach marca. Kilka razy wplątywał się w rybackie sieci i z nich oswobadzał. W nocy z 22 na 23 marca utknął na płyciźnie nieopodal Wismaru. Udało mu się odpłynąć, ale 1 kwietnia znów utknął u wybrzeży wyspy Poel. Eksperci byli zdania, że zwierzę wpływa na mielizny, bo jest zbyt słabe, by pływać. Jego stan określono jako bardzo zły i postanowiono go nie ratować.
Ponad dwa tygodnie później (16 kwietnia) z propozycją sfinansowania akcji ratunkowej wyszła dwójka niemieckich multimilionerów: założyciel media Marktu Walter Gunz oraz hodowczyni koni Karin Walter-Mommert. Ministerstwo środowiska Meklemburgii-Pomorza Przedniego na ten plan przystało.
Decyzję o akcji ratunkowej krytykowali eksperci, w tym naukowcy z Niemieckiego Muzeum Morskiego czy Instytutu Badań nad Dziką Fauną Lądową i Wodną. Lekarze weterynarii i biolodzy morscy byli zdania, że jego stan nie daje mu wielkich szans na przeżycie, a pomoc jest niepotrzebnym przedłużaniem cierpienia, narazi go na stres i wiąże się z ryzykiem obrażeń.
Odpłynął, by znów utknąć
Akcja ratunkowa zaczęła się w piątek 17 kwietnia. W niedzielę jednak pojawiły się sztormowe fale i operację przerwano. Podniósł się poziom wód, spychanych do zatoki przez północno-wschodni wiatr. Humbak skorzystał z tej okazji i odpłynął.
W poniedziałek wieczorem (20 kwietnia) poziom wody jednak opadł, a zwierzę znów utknęło. Wznowiono akcję ratunkową. Intensyfikowały się także spory co do szczegółów planu ratunkowego.
Z przedsięwzięcia zrezygnowała m.in. weterynarz i ekspertka od wielorybów dr Jenna Wallace, która do Niemiec specjalnie przybyła z Hawajów. Zarzuca członkom akcji ratowniczej rażące błędy i ignorowanie jej zaleceń medycznych. Jej następczyni Janine Bahr van Gemmert trafiła do szpitala.
W środę 22 kwietnia w ich miejsce do zespołu dołączyła lekarz weterynarii Ina Rheker. Podkreślała, że akcja ratunkowa „nie ma jasnego planu działania”.
Czytaj także: Humbak nie odpłynął. Znów osiadł na mieliźnie, jest bardzo osłabiony
Byle nie na oczach wyborców
W historii humbaka spod Wismaru zbyt wiele idzie nie tak. Społeczne emocje przeważyły nad opiniami ekspertów od biologii ssaków morskich. Inicjatywa miliarderów i akcja ratunkowa są zbyt spóźnione. Niemcy okazali się przytłoczeni biurokratycznymi procedurami i nieszczególnie zorganizowani.
„Till Backhaus (SPD), minister środowiska Meklemburgii-Pomorza Przedniego, znów przedstawia się jako czołowy aktywista praw zwierząt, potem robi zadziwiający zwrot. Najpierw chce, by zwierzę umarło w spokoju, później (...) zezwala na wątpliwą akcję ratunkową. Wygląda na to, że mottem jest, że zwierzę musi zniknąć: z wybrzeża, z obiektywów kamer; konające zwierzę jest zmorą politycznego PR-u podczas kampanii wyborczej”, pisał 16 kwietnia na stronie NDR.de Wolfram Dietrich.
Wybory do landtagu odbędą się 20 września. To wyjaśnia, dlaczego humbak z Wismaru nie może umrzeć w spokoju. To znaczy mógłby, ale nie na oczach wyborców.
Stalowym akwarium na Morze Północne
W ostatni weekend (25 i 26 kwietnia) udało się pogłębić 100 m dna między humbakiem a drogą wodną. W poniedziałek przez Kanał Kiloński z Hamburga do Wismaru dotarła zatapialna barka, która zabierze go na Morze Północne lub Atlantyk.
Poziom wody w zatoce się podnosi, co ułatwi wielorybowi wpłynięcie na barkę (możliwość ucieczki zablokowano mu workami z piaskiem). Ma się to stać we wtorek lub środę. Droga na wody bardziej odpowiednie dla humbaka zajmie kilka dni, tłumaczył szef ekipy płetwonurków Fred Babbel. Barka jest dużo większa (13 na 50 m) niż wieloryb (3,2 m szerokości, 12,35 m długości) i podróż nie będzie dyskomfortowa.
Jasną stroną tej historii jest wzrost wirtualnych adopcji wielkich ssaków morskich, odnotowany przez organizacje zajmujące się ich ochroną. Może również to, że kolejne wieloryby z Bałtyku nie będą ratowane na siłę i wbrew opiniom ekspertów.
Czy humbak przeżyje podróż, dowiemy się, bo zainstalowano mu nadajnik GPS.