Rząd przyjął projekt budżetu

Szybko i ostrożnie
W maju zawsze kwitną kasztanowce, zaczynają się matury, ale żeby w tym czasie był już gotowy rządowy projekt budżetu na przyszły rok? Coś takiego mamy w wolnej Polsce bodaj po raz pierwszy i pewnie ostatni. Trudno jednak mówić, że to zaskoczenie.

 

Powody tego niezwykłego zapału ministrów do pracy są dosyć oczywiste. Już za miesiąc Polska obejmie przewodnictwo w Unii, jesienią będą parlamentarne, gorące  wybory. Donald Tusk nie chciał, żeby ostra, prowadzona nie zawsze fair dyskusja o przyszłorocznym budżecie zakłócała nasze „europejskie pięć minut”. By była bezpośrednio wykorzystywana w bezpardonowej, wyborczej walce i kładła się cieniem na obu tych ważnych dla kraju wydarzeniach. Wybrał, skądinąd słusznie, „ucieczkę do przodu” i w ekspresowym tempie, wraz ze swoimi ministrami, przygotował projekt planowanych wpływów i wydatków państwa na 2012 rok. Jakie są tej strategii konsekwencje?

Nie zawsze najlepsze. Ponieważ minister finansów szykował założenia (chodzi m.in. tempo wzrostu PKB, stopę inflacji, kurs złotego) tym razem wczesną wiosną, a nie - jak zawsze - jesienią, więc siłą rzeczy ich precyzyjność była jeszcze mniejsza niż zwykle. Do przyszłego roku ciągle przecież daleko.  Grozi to rozjechaniem się przyjętych wskaźników i rzeczywistych, przyszłorocznych wydarzeń. Może to w konsekwencji zmusić rząd (fakt, że już przyszły) do korekty budżetu, co zawsze komplikuje sprawne zarządzanie państwem. Jest to więc istotny mankament tego pośpiechu.  

Co więcej, ekspresowe tempo prac oznaczało w praktyce pominięcie etapu konsultacji projektu z reprezentantami przedsiębiorców i związków zawodowych. Ci ostatni już ostrzegają, że skoro nie rozmawiano z nimi przy stole, to spróbują dialogować na ulicach. Formalnie mają rację, choć trudno nie dostrzec, że to bardziej szukanie pretekstu do demonstracji, niż rzeczywista potrzeba rozmowy o wskaźnikach i rozdziale pieniędzy między najważniejsze struktury państwa.

Najważniejsze, że projekt budżetu już jednak jest. Jak mówi premier, ma niespecjalnie boleć, ale też nie będzie wyborczym, kampanijnym.  Czy aby na pewno? To drugie twierdzenie będzie jeszcze podlegało w następnych miesiącach weryfikacji w parlamencie,  bo w ciągu ostatnich dwóch dekad w roku wyborów chyba nie było przypadku, żeby posłowie nie starali się jednak w jakiś sposób różnym grupom głosujących mimo wszystko osłodzić życie. Tym razem może być podobnie.

Ekonomiści narzekają, że część założeń dotycząca choćby tempa wzrostu PKB czy poziomu inflacji jest zbyt optymistyczna, a w planach nie ma istotnych reform finansów publicznych, o których tyle już razy się mówiło. Stąd wzięła się nalepka, że to jeszcze jeden „budżet przetrwania”. Dużych szkód rząd nim nie robi, ale też kolejny raz odkłada najtrudniejsze do realizacji zadania. Ile razy jeszcze będzie powtarzał ten manewr?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj