Polski przemysł piwny

Małe piwo się pieni
Browar restauracyjny Spiż we Wrocławiu. Piwo warzy się na oczach gości.
Grzegorz Kwolek/Agencja Gazeta

Browar restauracyjny Spiż we Wrocławiu. Piwo warzy się na oczach gości.

Reaktywowany tradycyjny browar w Lwówku Śląskim.
Bartek Sadowski/Fotorzepa

Reaktywowany tradycyjny browar w Lwówku Śląskim.

Polityka

Polityka

Browar bez beczek

Wojna o piwa niepasteryzowane jest częścią walki o wyobraźnię konsumentów. Piwo zawsze otaczała legenda. Producenci odwołują się do niej, przekonując o tajemnicy smaku tkwiącej w starych recepturach, źródlanej wodzie, starannie dobieranych składnikach itd. W reklamach możemy oglądać staroświeckie wnętrza browarów, piwowarów z sumiastymi wąsami, miedziane kotły i dębowe beczki. Konsumenci to lubią, wielu wierzy, że piwa są warzone jak przed wiekami. Kiedy pojawiły się telewizyjne reklamówki piwa Dębowego z piwnicą pełną wielkich dębowych beczek, goście odwiedzający Browar Tychy, gdzie produkowane jest to piwo, chcieli zwiedzić piwnice i obejrzeć beczki. Byli rozczarowani, gdy słyszeli, że to była tylko filmowa dekoracja.

Najdalej w tej dziedzinie poszła Grupa Żywiec, która nie tylko odwołuje się do tradycji, ale także zachowała Bracki Browar Zamkowy w Cieszynie, zabytkowy zakład, w którym piwo rzeczywiście powstaje tradycyjnymi metodami. Warzy się je w otwartych kadziach fermentacyjnych, a potem leżakuje jak za dawnych lat. To takie żywe muzeum, wszystko robi się tu na niewielką skalę, dlatego piwo Brackie sprzedawane jest tylko w trzech pobliskich powiatach. Jednak wizytówką Cieszyna jest wytwarzany tu Żywiec Porter.

To piwo reprezentuje stary styl portera bałtyckiego. Warzone tradycyjnymi metodami, leżakuje pół roku w piwnicach browaru w górze zamkowej – wyjaśnia Sebastian Tołwiński.

Współczesny przemysłowy browar wygląda jednak zupełnie inaczej niż cieszyński zabytek. To gigantyczna fabryka, pełna stalowych zbiorników i gęstwiny rur, sterowana przez komputery. Proces technologiczny ma na celu wyprodukowanie milionów hektolitrów piwa w jak najkrótszym czasie i przy jak najniższych kosztach. Dlatego w przemysłowych browarach tradycyjne metody warzenia piwa zostały zastąpione technologią high gravity, polegającą na produkcji skondensowanego ekstraktu piwnego, a następnie rozcieńczaniu go wodą w zależności od potrzeb i sztucznym nasycaniu CO2 (w piwie tradycyjnym CO2 pochodzi jedynie z naturalnego procesu fermentacji). Wszystko odbywa się w gigantycznych zbiornikach zwanych tankofermentatorami. Nie ma już leżakowania piwa. Cały proces skrócono do minimum. Bo czas to pieniądz.

Produkcja piwa w browarze przemysłowym trwa 45 dni. U nas, tradycyjnymi metodami, 21 dni – wyjaśnia Dariusz Rejmus, dyrektor handlowy pomorskiego Browaru Amber, którego rynkowym przebojem stało się niepasteryzowane piwo Żywe o pięciotygodniowej przydatności do spożycia. Niepasteryzowane piwa koncernów mogą stać na półce trzy miesiące, pasteryzowane pół roku, a niekiedy i dłużej.

Uwarz sobie sam

Amber, choć jest małym regionalnym zakładem, także nie przypomina starego, zabytkowego browaru. I tu, zamiast miedzianych kotłów, króluje nierdzewna stal i tankofermentatory. Zakład dysponuje także technologią mikrofiltracji, która – jak podkreśla dyrektor Rejmus – wykorzystywana jest tylko do jednego gatunku piwa.

Małe browary regionalne mają wsparcie w rzeszy ortodoksyjnych piwoszy, dla których piwo to nie jest zwykły napój. To ich pasja, temat niekończących się dyskusji i sporów, także na forach internetowych. Ta grupa z zasady kontestuje produkty wielkich koncernów, piwo z puszki napawa ich prawdziwą odrazą. Eksperci po cichu przyznają, że nowoczesna technologia nie oznacza automatycznie gorszego trunku. Piwo może być złe albo dobre, niezależnie, jaką metodą powstało. Faktem jest jednak, że wielcy producenci narzucili piwną monokulturę – jednakowych piw dolnej fermentacji typu lager, jasnych pełnych, o stosunkowo wysokiej zawartości alkoholu. Tłumaczą, że robią to, co lubią Polacy, a na piwa innych stylów nie ma u nas rynku. A oni nie mogą się rozdrabniać na dziesiątki marek i różnych odmian jak mali konkurenci.

Dlatego najbardziej zdesperowani piwosze robią sobie piwo sami. – Oceniamy, że w Polsce działa już ok. 30 tys. piwowarów domowych – wyjaśnia Dorota Chrapek z zarządu Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych. Pani Dorota jest technologiem żywności, pracowała niegdyś w nieistniejącym już Browarze Belgia, dziś pracuje w branży mięsnej, a piwną pasję realizuje warząc piwo w domu. W ubiegłym roku zwyciężyła w konkursie piw domowych i w nagrodę mogła uwarzyć swoje piwo stylu belgijskiego Pale Ale w cieszyńskim browarze.

Piwo wytwarzane we współczesnym browarze, niezależnie, małym czy dużym, to jednak żywność przemysłowa ze wszystkimi tego konsekwencjami – przekonuje pani Dorota. Dlatego sceptycznie patrzy na najnowszy przebój browarów regionalnych – piwa smakowe. Piwa miodowe albo owocowe różnych odmian zyskują coraz większe grono amatorów. Reklamowane jako produkt naturalny, w rzeczywistości są dosładzane cukrem i sztucznie aromatyzowane.

Naturalny miód jest drogi, a dodany do piwa zostaje przetworzony przez drożdże na alkohol, więc jego smak zanika. Silny aromat miodu można uzyskać sztucznym dodatkiem – tłumaczy Dorota Chrapek.

Szefowie wielkich koncernów piwnych na małych konkurentów patrzą jak niedźwiedź na uciążliwą muchę. Robią dużo hałasu, krytykując „przemysłowe piwa bez smaku”, ale w sumie nie szkodzą. Mogą za to wiele zdziałać na rzecz popularyzacji piwa. A na tym najwięcej skorzystają wielcy. Byle tylko pogoda tak nie szkodziła.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną