Uwalniamy rynek energetyczny

Ceny pod prąd
Zbliża się moment ostatecznego uwolnienia cen energii elektrycznej. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki nie będzie już czuwał nad domowymi rachunkami za prąd. Co to oznacza dla naszych portfeli?
Energetyka to jeden z wielkich polskich tematów, o których powinniśmy rozmawiać, ale o których rozmawia się trudno.
Dan Saelinger/Corbis

Energetyka to jeden z wielkich polskich tematów, o których powinniśmy rozmawiać, ale o których rozmawia się trudno.

O tym, ile zapłacimy za energię, decyduje nie tylko cena węgla kamiennego, uprawnień do emisji CO2, akcyza, ale także polityka energetyczno-klimatyczna UE.
Hans-Joachim Bechheim/PantherMedia

O tym, ile zapłacimy za energię, decyduje nie tylko cena węgla kamiennego, uprawnień do emisji CO2, akcyza, ale także polityka energetyczno-klimatyczna UE.

Polityka

Z prądu w swoich domach korzysta 14,8 mln gospodarstw. Zużywają ok. 25 proc. energii elektrycznej i stanowią ostatni fragment rynku energetycznego, na którym ceny są regulowane. Klienci biznesowi już dawno pokonali drogę do wolnego rynku. Liberalizacja cen dla odbiorców domowych (tzw. grupy G), to jedno z najdziwniejszych zjawisk w polskiej gospodarce. Jednocześnie: było kiedyś, jest teraz i dopiero będzie.

Było – bo w 2007 r. ówczesny prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE) Adam Szafrański podjął już decyzję o zwolnieniu spółek energetycznych z obowiązku zatwierdzania taryf grupy G. Zaskoczyło to spółki oraz ich klientów, ale najbardziej premiera Jarosława Kaczyńskiego, który nie kryjąc oburzenia błyskawicznie odwołał prezesa. Pierwszą decyzją następcy był powrót do stanu poprzedniego. Nowy prezes Mariusz Swora przedstawił Mapę Drogową – plan dojścia do wolnego rynku energetycznego, na razie jednak spółki miały nadal przedkładać mu taryfy do zatwierdzenia. Prezes musi w każdym przypadku sprawdzić, czy ceny zostały skalkulowane rzetelnie i nie są zawyżone. Najczęściej zanim taryfę zatwierdzi, długo targuje się z każdą spółką.

Większość firm pogodziła się z tym faktem, ale dwie powiedziały nie. RWE i Vattenfall stwierdziły, że klamka zapadła i decyzji o uwolnieniu, raz podjętej, cofnąć już nie można. Sprawa trafiła do sądu, który po latach procesów przyznał spółkom rację. W efekcie od 2007 r. na mapie Polski mieliśmy dwie spore wyspy – Warszawę i Górny Śląsk – gdzie ceny energii nie były administracyjnie regulowane. To się ostatnio nieco zmieniło, bo szwedzki Vattenfall wycofał się z naszego kraju sprzedając swoją górnośląską spółkę Grupie Tauron Polska Energia, która respektuje obowiązek taryfowy.

Masz wybór

Od kilku lat do sporej grupy odbiorców płynie więc prąd wolnorynkowy, a oni nawet tego nie zauważają. Rachunki płacone w Warszawie i na Śląsku nie odbiegają szczególnie od tych z pozostałych części kraju. Dla zwolenników wolnego rynku energetycznego to dowód, że administracyjna kontrola cen nie ma sensu. Nie brakuje też sceptyków, którzy zwracają uwagę, że prezes URE, mimo wszystko, ma wpływ na poziom cen w całym kraju. Firmy kontestujące zatwierdzanie taryf muszą brać pod uwagę sytuację na rynku regulowanym, bo inaczej ich klienci wybiorą tańszych sprzedawców.

URE od dawna namawia odbiorców energii do świadomego zarządzania rachunkami za energię. Prąd to towar i nikt nie jest przywiązany do drutów. Akcja „Masz wybór” (www.maszwybor.ure.gov.pl) służy pomocą w znalezieniu lepszej oferty i wyjaśnia, jak dokonać zmiany sprzedawcy prądu.

Sprawa nie jest prosta, bo rachunek, jaki płacimy, składa się z dwóch elementów – połowa to cena energii, a reszta to opłaty za jej przesłanie do naszego domu. Zmiana sprzedawcy energii sprawia, że z reguły musimy podpisać dwie umowy – jedną na energię, a drugą na przesył (tu ceny są i będą regulowane).

Mimo to w ostatnim okresie szybko rośnie liczba odbiorców domowych dokonujących zmiany sprzedawcy. Wynika to z jednej strony z rosnących różnic w cenach energii i innych elementach ofert spółek energetycznych, a z drugiej z coraz ostrzejszej walki o klienta domowego. Kłóci się to trochę z deklaracjami, że taryfa G jest mało opłacalna dla dostawców i czasem trzeba do niej dokładać. Wszystkie firmy energetyczne z nadzieją wyglądają momentu, kiedy prezes URE zwolni je z obowiązku zatwierdzania taryf. Reprezentujące je Towarzystwo Obrotu Energią (TOE) zaapelowało, by stało się to jak najprędzej.

Utrzymywanie regulowanych cen zaburza konkurencję rynkową, naraża też Polskę na konsekwencje ze strony Komisji Europejskiej, która dąży do stworzenia wspólnego europejskiego rynku energetycznego – tłumaczy dyrektor Marek Kulesa z TOE. – Na krótką metę zatwierdzanie taryf może wydawać się korzystne dla odbiorców, ale na dłuższą działa również na ich niekorzyść, bo osłabia spółki i zmusza do przerzucania kosztów na innych nietaryfikowanych odbiorców. Nie służy też bezpieczeństwu energetycznemu kraju.

Szef URE, adresat apelu, zgadza się z jego tezami. On także jest za wolnym, konkurencyjnym rynkiem energetycznym, a zatwierdzanie taryf uznaje za zło konieczne. – Na drodze do pełnego uwolnienia rynku wciąż stoi kilka przeszkód – argumentuje jednak prezes Marek Woszczyk. – Musi zostać uregulowany tryb ustalania dostawcy awaryjnego, czyli tego, kto będzie dostarczał energię w sytuacji, gdy ten właściwy nie będzie mógł się wywiązać z umowy (np. zbankrutuje). Brakuje też wzorca umowy kompleksowej, która pozwoliłaby na zmianę sprzedawcy energii bez podpisywania dwóch odrębnych umów. Trzecią, najpoważniejszą przeszkodą jest nierozwiązana sprawa ochrony odbiorców wrażliwych, czyli osób, których może nie być stać na regulowanie wyższych rachunków za energię.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną